Szczęśliwe w tym Nowym Roku tak się złożyło, że miałam możliwość zaproponowania tytułu do rekomendacji w naszej gazecie. Szybko padło na Moją przyjaciółkę śmierć, gdzie z grabarzem Robertem Koniecznym rozmawia Maria Mazurek. Bardzo cieszę się, że wybrałam właśnie tą powieść do rekomendacji, gdyż lektura tej książki zarówno patrząc okiem dziennikarki, jak i czytelniczki okazała się pasjonującym i ciekawym doświadczeniem!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Za namową żony, grabarz Robert zakłada konto na Tiktoku, gdzie dzieli się kulisami swojej pracy, a niejednokrotnie obala mity i kłamstwa związane z tą profesją. Śmierć nazywa swoją przyjaciółką, gdyż dzięki niej nauczył się doceniać każdy dzień życia. Podkreśla, że wykonywanie tego zawodu wymaga zarówno ogromnej wrażliwości, jak i silnej psychiki – codzienny kontakt ze śmiercią i jej różnorodnymi obliczami budzi bowiem wiele emocji.
- opis własny
Śmierć w naszej kulturze wciąż pozostaje tematem tabu – rzadko się o niej mówi, a gdy już się pojawia, towarzyszy jej powaga i smutek. W polskim społeczeństwie traktowana jest jako coś odległego i nieprzystępnego. Tymczasem grabarz Robert Konieczny w rozmowie z dziennikarką Marią Mazurek, obala stereotypy związane zarówno ze śmiercią, jak i ze swoim zawodem. Śmierć zostaje ukazana z nieco innej perspektywy – jako ktoś z kim można, a wręcz należy się zaprzyjaźnić. Ostatecznie każdy z nas kiedyś się z nią spotka.
Kulisy zawodu grabarza przybliżają nie tylko sam proces przygotowywania zmarłej osoby do pochówku, ale także fascynujący obraz kulturowych różnic i obrzędów związanych z odejściem. Wbrew pozorom nie jest to pozycja utrzymana w pełnym powagi tonie. Wręcz przeciwnie, Robert opowiada o swojej pracy lekko i z humorem, niejednokrotnie podkreślając, że lęk przed tym, co nieuniknione nie ma sensu. Zamiast go pielęgnować, warto żyć świadomie, czerpiąc radość z codzienności. Bardzo mocno to przekonanie wybrzmiewa w tej książce, co mnie tylko inspiruje do działania, ta celebracja ulotnej chwili i wdzięczność za to, co mam.
Książka ma formę wywiadu, co czyni jej lekturę bardzo przystępną. W rozmowach Roberta z Marią Mazurek nie brakuje żartów i śmiechu, pomimo poważnej tematyki. Właściwie trudno byłoby czytać tą książkę bez uśmiechu na twarzy. Jako dziennikarka jestem pod ogromnym wrażeniem takiego sposobu prowadzenia rozmowy i bardzo chciałabym, aby moje wywiady wyglądały podobnie! Choć tematyka rozmowy dotyczy śmierci, podejście do tematu Roberta jest zaskakująco pozytywne, on po prostu traktuje śmierć jako element życia, nie jako temat tabu, o którym nie należy rozmawiać. To piękne podejście uczy celebracji dnia codziennego, zatrzymywania się, aby powąchać kwiaty i zachwycić się urodą świata. Książka liczy około 200 stron, aczkolwiek przy tempie wywiadu i swobodnej postawie rozmówców, nie czuje się tej liczby, gdybym faktycznie nie wiedziała, ile ma ona stron, zapewne dałabym jej mniej. Przez nią się po prostu płynie i zdecydowanie jest to dzieło, które daje się pochłonąć w jeden wieczór, ba w jedną godzinę!
Moja przyjaciółka śmierć to powieść, którą czytało mi się niesamowicie przyjemnie! Wyjaśniła mi ona wiele spraw związanych ze śmiercią i procesem umierania, co niestety jest ostatnio w moim życiu rodzinnym "bliskim" tematem. W pewnym sensie ta książka mnie uspokoiła. Pomijając ten aspekt, to po prostu świetny wywiad, który jako dziennikarka potrafię docenić! Inspirująca rozmowa pomiędzy dwojgiem ludzi prowadzona w swobodny i niewymuszony sposób, gdzie uśmiechy się po prostu czuje. I wbrew pozorom, odnośnie do tematu książki, bardzo pozytywne i optymistyczne dzieło. Mam nadzieję, że prowadząc wywiady będę w stanie wzbudzić w moich rozmówcach pozytywne odczucia i wywołam na ich twarzach uśmiechy.
Moja przyjaciółka śmierć to poruszająca, błyskotliwa i pełna emocji lektura, która na długo zapada w pamięć. To luźny reportaż, który uczy pokory, oswaja lęk przed śmiercią i przypomina, jak ważne jest dostrzeganie piękna w najprostszych rzeczach, jednym słowem, książka absolutnie wyjątkowa!
Jesień 2024 roku
zaskoczyła miłośników książek kilkoma
literackimi nowościami. Ostrakon Krzysztofa Czyżewskiego to książka, o którą warto się pokusić na jesienne czy
zimowe wieczory. Znakomity thriller historyczny, w którym autor zgrabnie łączy ze sobą dwie płaszczyzny czasowe,
oferując literacki
majstersztyk zagadką na miarę Dana Browna.Powieść zaskoczyła mnie misternie skonstruowaną fabułą i, choć trudno mi to przyznać, zarazem rozczarowała kilkoma mankamentami.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Powieść zaczyna się od utkwionego w martwym punkcie śledztwa w sprawie śmierci wybitnego profesora historii starożytnej. Jego żona, Łucja ma jednak własną teorię na ten temat i postanawia przeprowadzić własne dochodzenie. Kobieta bardzo szybko dochodzi do wniosku, iż za śmiercią męża stoi skrupulatnie zaplanowane zabójstwo, a na nią samą również wydano wyrok.
- opis własny
Na Ostrakona czekałam już jakiś czas, od momentu, kiedy wydawnictwo Pascal ogłosiło współpracę przy tej książce. Otrzymanie jej było dla mnie pewnego rodzaju miłą niespodzianką i nie mogłam się doczekać chwili kiedy zasiądę do jej lektury. To jednak nie nastąpiło tak szybko, jak bym tego chciała, ponieważ najpierw czekała mnie obrona mojej pracy magisterskiej, z której wyszłam zwycięsko, ale też z poczuciem, że wykonałam naprawdę solidną pracę i... nic dziwnego, że poczułam po tym zmęczenie. Ostrakon zaś grzecznie czekał sobie na półce i doczekał się na przeczytanie, a dziś na wstawienie recenzji!
Co interesujące, autor nie ogranicza akcji swojej powieści wyłącznie do czasów współczesnych, ale kreśli dwie płaszczyzny fabularne. W roku 2023 Łucja prowadzi śledztwo na temat śmierci męża. W drugiej linii czasowej, w roku 1507 wybitny matematyk i astronom – Mikołaj Kopernik otrzymuje tajemnicze zlecenie od króla. Musi dostarczyć do Rzymu tajemniczą, zamkniętą skrzynię. Pozornie błahe zlecenie wplątuje go w sieć politycznych intryg. Od wypełnienia zadania zależą losy historii. Przejścia między współczesnością a renesansową Europą są płynne, wzbogacone szczegółowymi opisami Torunia, Rzymu i Krakowa.
Muszę przyznać, że Ostrakon zaczyna
się dość intrygująco i przez pierwszą połowę dosłownie przepłynęłam. O
ile jednak w tej pierwszej nie zbrakło dreszczyku emocji, to w miarę jak
dotarłam do drugiej połowy, to miałam wrażenie, jakby autor za bardzo
starał się utrzymać napięcie z "pierwszej części", co w rezultacie było wymuszone i sztuczne. Niekiedy musiałam się wręcz zmuszać, aby czytać dalej, stąd też lektura tej książki nieco mi się wydłużyła. Na całe szczęście, kiedy już przebrnęłam przez drugą połowę, zrobiło się intrygująco, pojawiła się akcja, zaciekawienie i nareszcie działo się więcej. Ostrakon to książka, do której należy podejść z wielką cierpliwością, gdyż w którymś momencie naprawdę trzeba umieć się skupić, aby wytrzymać co poniektóre bardziej nudne fragmenty. Pomimo tego, naprawdę cieszę się, że czytałam dalej, bo ostatecznie powieść okazała się bardzo dobra, a wątki historyczne ciekawie poprowadzone. Końcówka odsłaniała ironiczny humor autora, który poprzez misternie skonstruowaną intrygę, zapragnął zabawić się ze swoimi bohaterami i niech to będzie zachęta, żeby się przemóc i sięgnąć po Ostrakon!
Niewątpliwym atutem powieści Czyżewskiego jest splatanie ze sobą różnych gatunków literackich, kryminału, sensacji czy zagadek. Postacie historyczne, jak Da Vinci czy Kopernik dodatkowo intrygują odbiorcę i dodają głębi. Olbrzymim walorem jest również mnogość zawartej w niej symboliki oraz nawiązania do kodów ukrytych w dziełach sztuki.
Postacie Ostrakonu to prawdziwe indywidualności, abstrahując od faktu, że większość z nich to sławni na całym świecie artyści. Każdy z nich jest na swój sposób artystyczny i bardzo widać tutaj chęć Czyżewskiego do stworzenia kreacji potencjalnych profili osobowościowych Leonarda da Vinci czy Mikołaja Kopernika. Wprawdzie autorowi nie zaszkodzi się trochę zabawić w grę: "jacy mogliby być sławni artyści". Każda z tych postaci historycznych ma swoje małe przyzwyczajenia, drobiazgi czy zachowania, które oprócz samego talentu wyróżniają ich na tle innych przedstawicieli epoki renesansu. Także postacie współczesne, w tym sama Łucja i stojące u jej boku przyjaciółki to bohaterki z pewnością oryginalne i takie, które chciałoby się poznać i zaprosić na kawę - ciekawskie, wygadane, zabawne, a gdy trzeba poważne i zatroskane, inteligentne. Autor udowodnił mi, że potrafi wykreować postacie niebanalne, zaskakujące i momentami przewrotne, które da się naprawdę lubić.
Tym, co mnie zaskoczyło w tej książce jest miłość autora do tworzenia długich i szczegółowych - nieraz nadmiernie! - zdań. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, a mając już zaplecze pracy jako redaktorka, zastanawiałam się, czy pisarz i jego redaktor osiągnęli jakiś konsensus w tej sprawie. Ja na pewno bym te zdania skróciła! Sam styl Czyżewskiego jest płynny, przez co nawet te długie zdania aż tak nie "rażą po oczach", aczkolwiek widząc je, trudno mi było się po prostu nie uśmiechnąć.
Ostrakon jako dzieło oceniam dość pozytywnie, z pewnością jest to książka, po którą cieszę się, że sięgnęłam. Aczkolwiek mam też duże poczucie ulgi, że wytrwałam w tej drugiej połowie i udało mi się ją skończyć. Jest to dzieło, które jest naprawdę dobrze dopracowane, zarówno pod względem fabularnym, jak i zapewniające mnóstwo ciekawostek historycznych i intrygujących zagadek. Jednakże, Ostrakon to powieść, która po prostu wymaga od swojego czytelnika cierpliwości i nieco naukowego podejścia, co momentami może być nużące.
Powieść pełna politycznych
intryg, historycznych odniesień i zagadek na miarę Dana Browna z pewnością stanie się wyzwaniem
intelektualnym dla miłośników lekkich lektur. Śmiała wizja literacka
zaskakuje swoim zakończeniem i zachęca do sięgnięcia do literackiego dorobku Czyżewskiego.
Moja ocena: 7/10. :)
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Pascal!
Bardzo cieszę się, że jako dziennikarka WUJ-a mam możliwość zapoznawania się z różnymi gatunkami literatury. We współpracy z wydawnictwem UJ, miałam tym razem okazję sięgnąć po dość nietuzinkową powieść. Moje zmory Gwendoline Riley, wielokrotnie nagradzanej brytyjskiej pisarki, to literacki fenomen na polskim rynku wydawniczym w 2025 roku. Przejmująca i błyskotliwa opowieść o odchodzeniu najbliższych, które może być zarówno ciężarem, jak i początkiem kreacji własnego „Ja”.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Bridget jako dorosła kobieta stara się poznać odpowiedź na pytanie, kim tak naprawdę była jej matka? Obok popadającej w coraz większą skrajność rodzicielki pojawia się narcystyczny ojciec. Zmory przeszłości i bolesne wspomnienia, które Bridget stara się od siebie odsunąć, uderzają ze zdwojoną siłą. Kobieta musi odkryć, kim tak naprawdę jest.
- opis własny
Powieść Riley porusza wiele bolesnych tematów: od odejścia bliskich, traumę z dzieciństwa, aż po tożsamość. Moje zmory nie dają jednak jednoznacznej odpowiedzi na postawione pytania. Fundamentalną kwestię stanowi pojęcie samopoznania. Autorka zgrabnie kreuje aż kilka różnych portretów bohaterów, nadając im zupełnie odmienne osobowości: pełen obsesyjnego samouwielbienia ojciec, rozchwiana psychicznie matka oraz po pozbawione własnych tożsamości córki. Bridget i Michelle starają się dopasować do wymogów presji społecznej, a przy tym zasłużyć na aprobatę rodziców.
Autorka zaskakuje wnikliwą analizą charakterów i błyskotliwym wglądem w wewnętrzne zmagania Bridget. Ile z naszej osobowości, którą pokazujemy na co dzień jest autentyczna, a ile to tylko próby dopasowania się do panujących standardów? Kim tak naprawdę są nasi rodzice? Dla Bridget powolne odchodzenie matki staje się okazją do wejrzenia w głąb własnego „Ja” i uporządkowania własnych bolesnych wspomnień. Kobieta usiłuje także nawiązać zdrową relację z matką.
Łatwo jest dać się wciągnąć hipnotyzującemu stylowi Riley. Jednocześnie jednak, od drugiej połowy książki, gdy to odejście matki staje się głównym wątkiem organizującym fabułę, czuć pewne dręczące napięcie. To sprawia, że warto jest na chwilę zrobić sobie przerwę od lektury i towarzyszących tej drugiej połowie trudnych emocji. Ton, w którym utrzymana jest druga połowa stanowi "drugą stronę medalu" tej pierwszej. O ile pierwsza część koncentruje się na dzieciństwie Bridget i jej wspomnieniach, o tyle druga w całości podporządkowana jest motywowi odchodzenia matki, próbom odnalezienia przez bohaterkę własnej tożsamości. Takie rozbicie płaszczyzny fabularnej na dwie osie czasowe - "wcześniej" i "po, teraz" pozwala na stworzenie wielowymiarowego obrazu relacji matki i córek oraz poszukiwaniu przez wszystkie trzy własnego "Ja". To przejmujący, uderzający obraz, dlatego też warto rozbić sobie lekturę na kilka dni niż próbować pochłonąć ją za jednym zamachem, przypisując niewielkiej objętości lekką i wartką akcję.
Właściwie trudno jest mi ustosunkować się jednoznacznie do postaci występujących w książce. Bohaterowie Moich zmor zaskoczyły mnie swoją wielowymiarowością, ale z drugiej strony przez przebijający się w drugiej połowie wszechobecny smutek, trudno mi było pokochać Bridget, Michelle czy samą matkę. Bardziej im współczułam - ich zagubienia, niepewności, nieustannej, a jednocześnie bezowocnej pogoni za szczęściem. Pisarka stworzyła postacie bardzo realistyczne, dając im w nadmiarze poczucie wyobcowania, braku pozytywnych emocji i pragnienia świętego spokoju. Bardzo brakowało mi w tej powieści nadziei, optymizmu i radości. Jako osoba optymistyczna w pewnym sensie czytanie tej książki stanowiło dla mnie wyzwanie, z którym na szczęście jakoś sobie poradziłam.
Jestem pod wielkim wrażeniem umiejętności pisarskich Riley. Autorka potrafi zgrabnie manipulować emocjami czytelnika, skłaniając go tym samym do refleksji na temat własnej tożsamości, ale i relacji z matką i z samym sobą. To jedna z tych powieści obok których nie sposób przejść obojętnie, gdyż po prostu pozostanie ona w pamięci na dłużej i nie będzie łatwo o niej zapomnieć. Przyznaję, że to jedna z tych wartościowych pozycji, po które udało mi się sięgnąć w tym 2025 roku i mam nadzieję, że będzie ich więcej!
Moje zmory zachęcają do przyjrzenia się swoim traumom z czułością i delikatnością. Gwendoline Riley zaprasza czytelnika do wnikliwej analizy skomplikowanych relacji matki i córek, które po przepracowaniu mogą przerodzić się w najsilniejsze więzi. To powieść, która łączy w sobie poruszający smutek, przewrotny dowcip i czułość przekazu, długo nie pozwoli o sobie zapomnieć.