Na Pacjenta Jaspera DeWitta miałam ochotę od momentu, kiedy tylko zobaczyłam wzmiankę o premierze książki. Okrzyknięte godnym następcą Pacjentki Alex Michaelides dzieło DeWitta od razu mnie zaintrygowało. Niestety, przez bardzo długi okres nie miałam gdzie jej zdobyć, toteż moje pragnienie zapoznania się z tą książką musiało trochę przeczekać. Ucieszyłam się niezmiernie widząc ten tytuł w katalogu uczelnianej bibliotek i czym prędzej zarezerwowałam książkę. Moja intuicja tym razem mnie nie zawiodła i nie czekałam nadaremno, gdyż powieść DeWitta okazała się jak najbardziej warta tak długiego okresu czekania!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Każdy szpital ma swojego specyficznego pacjenta, dla którego nie ma jednoznacznej diagnozy. Stanowi on rodzaj tajemnicy dla całej placówki. Parker, młody i ambitny świeżo upieczony psychiatra postanawia podjąć próbę innowacyjnej terapii na owym pacjencie. Najpierw jednak musi zdobyć zaufanie personelu i przełożonych, gdyż każdy z nich radzi mu trzymać się z dala od Joe'go, rzekomo najbardziej niebezpiecznego z całego grona pacjentów. Lecz, gdy Parker staje z Joe'm twarzą w twarz, ten wydaje mu się błyskotliwym, wcale nie groźnym człowiekiem. Skąd więc strach, jaki wszyscy czują przed Joe'm? Co wyjaśnia dziwne zachowania jego wcześniejszych terapeutów? I najważniejsze: kim tak naprawdę jest Joe? Parker usiłuje znaleźć odpowiedzi na te pytania, jednocześnie usiłując zaskarbić sobie zaufanie pacjenta. Jednocześnie stawia sobie pytanie, czy kieruje nim wyłącznie troska o dobro Joe'go, a może własna pycha?
- opis własny
Po tak długim okresie oczekiwania, żeby przeczytać powieść Jaspera DeWitta podeszłam do lektury z ogromnym entuzjazmem. I muszę przyznać, że Pacjent wciągnął mnie zasadniczo już od pierwszej strony, a moje zaintrygowanie fabułą rosło wraz z każdym kolejnym rozdziałem. Już od pierwszych stron widać było, że DeWitt to pisarz zdecydowanie nieszablonowy, który potrafi pisać tak, aby zaangażować Czytelnika. Trochę szkoda, że póki co Pacjent to jedyna pozycja, która wyszła spod jego pióra, bo z ogromną chęcią przeczytałabym więcej takich książek!
Pod względem fabularnym DeWitt, muszę to przyznać, zastosował świetny i dość nieszablonowy chwyt, utrzymując konwencję powieści w tonie pamiętnika blogowego. Przyznaję, perspektywa czytania o wydarzeniach, które dla głównego bohatera miały ogromne znaczenie w jego medycznej karierze, w zaprezentowanej odsłonie wypadła znacznie lepiej, niż gdyby DeWitt pokusił się o próbę prowadzenia Czytelnika po przysłowiowej "nitce do kłębka". Natomiast fakt, że Czytelnik od początku jest w pewnym sensie wprowadzony w tematykę, intuicyjnie czuje, że ta historia mająca w sobie pewne mroczne elementy jest ciekawa i warto się w nią zanurzyć, niż gdyby banalna z pozoru historia miała zakończyć się zaskakującym finałem.
Dla mnie jest to kwestia zobowiązania względem ludzkości.
Ponadto, osadzenie historii na wątku blogowym i utrzymywanie jej w tonie pamiętnikarskim/autobiograficznym samo w sobie przyciąga uwagę. Pozornie, wydaje się to banalne, jednak ten sposób prowadzenia narracji nie pozwolił mi oderwać się od Pacjenta nawet na minutę i przeczytałam go znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Wątek młodego i ambitnego lekarza może i wydaje się nieco oklepany, ale dodając do tego pacjenta, który budzi powszechny postrach wśród personelu, otrzymuje się emocjonującą mieszankę. Pytania, które stawia sobie Parker intrygują Czytelnika i zachęcają go do jeszcze mocniejszego zanurzenia się w historię.
Tak, jak wspominałam, naprawdę nie musiałam długo czekać, by historia opisana przez DeWitta mnie wciągnęła. Stało się to właściwie już od pierwszych stron powieści, a napięcie, które autor całkiem chętnie generuje w kolejnych rozdziałach sprawiały, że chcąc poznać na nie odpowiedzi, coraz mocniej zaczytywałam się w historii Parkera. Motyw pacjenta, którego wszyscy z niewiadomych powodów się obawiają, który potrafi siłą woli zmuszać swoich lekarzy do rezygnacji z prowadzenia terapii, od samego początku wydał mi się niezwykle intrygujący. Byłam ciekawa prawdziwej tożsamości Joe'go, a także na ile w przypadku tej książki okaże się stwierdzenie wieńczące okładkę książki: Są pacjenci, przez których w lekarzu budzi się morderca. Przyznaję, że zarówno świetnie wykreowana i poprowadzona fabuła, jak i wartka akcja w pełni spełniły moje oczekiwania i dały mi odpowiedzi, których poszukiwałam. Szkoda jedynie, że powieść wspomnianego pisarza liczy jedynie 232 strony, przez co praktycznie połknęłam ją w całości, a po zakończeniu, jakie zaserwował DeWitt, zdecydowanie miałam ochotę na więcej.
Klimat, w jaki Jasper DeWitt wyposażył swoją książkę, już od kilku pierwszych stron daje o sobie znać niepokojącą, aczkolwiek intrygującą atmosferą. Zważywszy na fakt, iż powieść utrzymana jest w konwencji blogowych postów, a nie narracji ciągłej, tego typu zabieg świetnie się sprawdza, jeśli chodzi o utrzymanie zainteresowania Czytelnika. Spotkania Parkera z Joe'm, czy też własne poszukiwania bohatera nacechowane są aurą tajemnicy, nie do końca bowiem wiadomo, kto mówi prawdę - czy Joe, który wydaje się być pacjentem całkowicie zdrowym na umyśle, za to o nieprzeciętnej inteligencji, czy też osoby z personelu medycznego, dla których ów pacjent jest po prostu przypadkiem trudnym i niemożliwym do jednoznacznego sklasyfikowania, a może rację ma ambitny idealista Parker szczerze wierzący w ideę złotego środka? Jasper DeWitt nie tylko potrafi oczarować Czytelnika klimatem suspensu i grozy, ale też wie, jak sprawić by uwaga odbiorcy utrzymywała się do samego końca powieści. Pacjent to powieść intrygująca i frapująca aż do ostatniej strony.
Każdy szpital (…) ma co najmniej jednego pacjenta, który swoją dziwacznością wykracza poza tę spotykaną zwykle w oddziałach psychiatrycznych.
Wspomniałam już kilkakrotnie o specyficznej narracji niniejszej książki, która sama w sobie jest nie tylko świetnym chwytem, ale też jej niepodważalnym autem. Powieść pisarza, którzy tworzy pod pseudonimem, a dodatkowo nie pokazuje twarzy czyni go intrygującym w niemal tym samym stopniu, co Elenę Ferrante, co już samo w sobie zachęca do zapoznania się z jego twórczością. Także styl, którym DeWitt operuje pozwala z przyjemnością wciągnąć się w lekturę i na kilka godzin zanurzyć się w tak frapująco stworzonym świecie. Język tej książki jest niebywale lekki i przyjemnie, co w połączeniu z niekonwencjonalną narracją jeszcze bardziej przyciąga do niniejszej pozycji. Dodatkowo fakt, że powieść została napisana większą niż znormalizowaną czcionką upłynnia lekturę i sprawia, że czyta się ją niezwykle szybko.
Piszę to, ponieważ nie jestem już pewny, czy poznałem straszną tajemnicę, czy też sam wpadłem w obłęd.
Bohaterowie niniejszej powieści zostali wykreowani w sposób ciekawy, choć miałam wrażenie, że jeśli chodzi o postać zarówno Parkera, jak i Joe'go wprowadzone chwyty miały nieco sztampowy charakter. Główny bohater to czysty stereotyp świeżo upieczonego absolwenta medycyny, ambitnego, z pasją, a przy tym naiwnego, jeśli chodzi o doświadczenie zawodowe i ideały. Joe natomiast od samego początku kojarzył mi się jako stereotyp przeciętnego, za to niezwykle inteligentnego przestępcy, co czyniło go bardzo intrygującą postacią. Przyznam, że choć ostatecznie przynajmniej do Joe'go się pomyliłam, toteż zakończenie powieści okazało się wprost fenomenalne.
Pacjent to powieść z pewnością niebanalna, która na długo pozostanie w mojej pamięci. DeWitt podarował mi dokładnie to, czego pragnęłam, wciągającą powieść utrzymaną w tonie horroru, który niekiedy potrafi przestraszyć z mocnymi motywami medycznego thrillera. Mam ogromną nadzieję, że pisarz stworzy kolejne równie ambitne i pasjonujące czytelniczo dzieło, gdyż Pacjent okazał się pozycją na wspaniałą i zdecydowanie wartą czasu, jaki poświeciłam, poszukując tej książki.
Pacjent to przede wszystkim pozycja idealna dla miłośników thrillerów i to jeszcze stworzonym w tak niebanalnym stylu! Powieść powinna spodobać się każdemu, kto ma ochotę na dobrą, porywającą lekturę na jeden, maksymalnie dwa wieczory. A zapewniam, że dzieło Jaspera DeWitta wciąga i naprawdę nie łatwo jest się od niego oderwać!
Już od dłuższego czasu miałam ochotę zapoznać się z twórczością Klaudii Muniak, postanowiłam więc rozpocząć tą znajomość od książki, z którą wiązałam dość spore nadzieje ze względu na obecne w niej motywy psychologiczne. Niestety jednak Terapia nie do końca spełniła moje oczekiwania, a niemal prawie zupełnie rozczarowała, niwecząc tym samym moje nadzieje. Choć faktycznie wątek psychologiczny mocno zasadza się w tej powieści i to zresztą już od pierwszych jej stron, to jednak pewne znaczne mankamenty utrudniały mi delektowanie się niniejszą książką w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzyła.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSECNE:
Życie Luizy nigdy nie było usłane różami, a jej autoagresywne zachowania oraz liczne ślady blizn na jej ciele w pełni to odzwierciedlają. Kobieta chcąc definitywnie zamknąć najmroczniejszy etap swojej przeszłości wybiera się w podróż do Dębnicy, miasteczka, w którym spędziła dzieciństwo. Jej celem jednak wcale nie jest samoprzebaczenie, czy też akceptacja tego, co się wydarzyło. Przeciwnie, motywuje ją zemsta, a informacja o śmierci jej bliskiej koleżanki ze szkolnych lat dodatkowo zaostrza całą sytuację. Zupełnie nieoczekiwana przemoc w nowym związku definitywnie niszczy Luizę i odbiera jej resztki równowagi psychicznej. Kobieta traci nadzieję, że kiedykolwiek będzie szczęśliwa, a negatywne myśli prowadzą do ciągłego upatrywania zagrożenia.
- opis własny
Nie ukrywam, że choć moje pierwsze spotkanie z twórczością Klaudii Muniak okazało się być nieco rozczarowujące, to mimo wszystko, książka ma w sobie pewne aspekty, za które warto ją pochwalić i docenić. Autorka chcąc dopieścić swoje dzieło, doprowadziła do zupełnie odwrotnego skutku i stąd też olbrzymi rozdźwięk między warstwą psychologiczną i literacką. A szkoda, bo gdyby przyjrzała się Terapii krytycznym okiem, jej wykonanie byłoby znacznie lepsze.
Fabularnie powieść nie jest może jakąś wielką rewelacją, aczkolwiek zdecydowanie widać, że autorka miała całkiem dobry pomysł na powieść z motywem psychologicznym, jednakże wykonanie prawie zupełnie nie wyszło. Już od pierwszych stron lektury Terapii towarzyszyło mi dziwne, intuicyjne poczucie irytacji z powodu obecnej w książce pewnej przesady. Wyglądało to trochę tak, jakby autorka starała się nieco na wyrost nasycić powieść atmosferą strachu i złości, co samo w sobie niezmiernie mnie irytowało, gdyż powodowało, że zamiast współczuć głównej bohaterce, byłam na nią wiecznie wkurzona. Uważam jednak, że takie zagranie nie było zupełnie celowe, a podyktowane rzetelnym zapleczem szeregu objawów choroby psychicznej, która w tej powieści odgrywa kluczową rolę. W ten sposób, autorka starała się wyeksponować jej obecność, co jednak w moim przypadku odniosło odwrotny skutek do zamierzonego. Brakowało pewnego zrównoważenia aspektów literackich i psychologicznych.
Pod względem akcji, powieść w zasadzie prezentuje wysoki poziom, a przynajmniej na tyle, bym była w stanie przeczytać całą książkę w oparciu jedynie o ciekawość. Wydarzenia przedstawione w książce mają dosyć szybkie tempo, co sprzyjało mojej chęci czytania dalej, a przy tym dobrze komponowało z rozwojem stanu ducha głównej bohaterki. Muniak niewątpliwie dołożyła starań, aby Czytelnik nie odczuł znużenia.
Klimat Terapii to zdecydowanie jeden z jej największych mankamentów. Już od pierwszej strony lekturze towarzyszy bowiem gęstniejąca atmosfera tak niezrozumienia, jak i rosnącej frustracji. Muniak zdecydowanie próbowała jak najwierniej odwzorować pewne objawy zaburzeń psychicznych, jednakże nie potrafiła znaleźć złotego środka, który zrównoważyłby i psychologiczną, i literacką esencję książki. Przez zbytnie wyeksponowanie negatywnych emocji oraz odczuć, zabrakło równowagi, o którą pisarka mogłaby się pokusić łagodząc ją chociażby poprzez stonowanie ostrego stylu. Tak się jednak nie stało, ku mojemu ubolewaniu.
Styl, jakim operuje Klaudia Muniak już od pierwszych stron jest niezwykle silnie przesycony emocjami, w zasadzie wręcz zupełnie tymi negatywnymi. Obecność wyeksponowanych dość mocno wszelkich pretensji, a nade wszystko złości, strachu, pasji zemsty i poczucia niesprawiedliwości sprawiał, że czytanie tej książki z poczuciem jakiejkolwiek przyjemności było raczej trudne. W zasadzie czytałam dalej jedynie poprzez moją wrodzoną ciekawość, niż zauroczenie przedstawioną historią. W pewnym momencie głos Luizy zaczął przeplatać się z głosem Jacka stanowiącego jej zupełne przeciwieństwo, co nieco zrównoważyło i złagodziło wymowę książki.
Niekiedy nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autorka po prostu lubi maltretować i krzywdzić swoich bohaterów, przedstawiając ich Czytelnikom jako wiecznie sfrustrowanych, egoistycznych, a nader to przerażonych, zupełnie jak gdyby nie posiadali innych emocji. Kreacja postaci Luizy ograniczona została do niemal wyłącznie negatywnych emocji. Jestem w stanie zrozumieć potrzebę wyeksponowania konkretnego motywu, jakim jest choroba psychiczne, jednak w tym przypadku było to zdecydowanie przesadą. W zasadzie trudno było mi sympatyzować z Luizą, za każdym razem na nowo kwestionowałam jej przekonania i łudziłam się, że znajdzie w sobie tyle siły by zracjonalizować to, co podsyła jej umysł. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a główna bohaterka szła w zaparte. Współczułam jej ogromnie, jednak równocześnie byłam zirytowana jej zachowaniem. Chyba jedyną postacią, którą potrafiłam polubić, był Jacek, najbardziej uczuciowy, miły i pomocny bohater, któremu naprawdę szczerze kibicowałam.
Terapia to w moim odczuciu powieść mocno nieudana, choć gdyby autorka pokusiła się o wyretuszowanie wspomnianych mankamentów, to efekt byłby znacznie lepszy. Trudno powiedzieć, że jest to książka, od której warto by zacząć znajomość z tą pisarką, jednakże niniejsza powieść ma swoje drobne plusy, jak chociażby dogłębne przestudiowanie możliwych syndromów depresji i stanów lękowych. Akurat w tej kwestii, jako miłośniczka psychologii byłam zachwycona. Natomiast, jeśli chodzi o literacką odsłonę Terapii, to zdecydowanie braki są tutaj zbyt duże, bym mogła być w usatysfakcjonowana tą pozycją. Jestem natomiast ciekawa, jak sytuacja będzie przedstawiać się w Zgliszczach, kto wie, być może w nurcie dystopijnym autorce uda się zrównoważyć atmosferę i literacki styl?
Mimo wszystko, Terapia to powieść, którą warto polecić, choć w zasadzie za tym argumentem stoi jedynie merytoryczna strona historii, mianowicie dobrze przygotowany research psychologiczny i dobre zaplecze na temat zaburzeń, szczególnie depresji. Powieść powinna przypaść do gustu tym, którzy w literaturze najczęściej zwracają uwagę na motyw przewodni książki, a nie poświęcają zbytniej uwagi wykonaniu. Kto wie, być może znajdziecie w Terapii coś dla siebie?
Dość zimny i chłodny początek listopada sprawił, że nabrałam ochoty ponownego zanurzenia się w wykreowany przez Anne Bishop świat zmiennokształtnych, zwanych Innymi. Szybko przypomniałam sobie, dlaczego tak chętnie sięgałam po tą serię właśnie chłodniejszą porą roku, nic tak nie zajmowało myśli, jak porywająca proza z dobrą fabułą i pełnowymiarowymi bohaterami. Trzeci tom serii Innych, podobnie jak dwa poprzednie obfitował we wciągające wydarzenia, przez co trudno było mi nawet na chwilę oderwać się niniejszej książki.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Meg Corbyn przy współpracy z Simonem Wilczą Strażą i pozostałymi Innymi z Dziedzińca Lakeside uwolnili wieszczki krwi, dotychczas więzione w kompleksach. Nie nauczyli ich jednak, jak przystosować się do życia na wolności, a pozbawione zasad, stanowiły zagrożenie zarówno dla samych siebie, jak i dla ludzi, którzy kiedyś próbowali je kontrolować. W tym celu mogą polegać jedynie na Meg, która stanowi jedyny punkt odniesienia. Dlatego też rozpoczyna ona naukę innych cassandra sangue poprzez wykorzystywanie własnych doświadczeń. W międzyczasie ludność przynależąca do grupy fanatycznych wyznawców próbuje przejąć władzę na Dziedzińcu w Lakeside. Simon Wilczas Straż musi więc mierzyć się z zagrożeniem nadciągającym z wielu stron.
- opis własny
Łatwo jest zatonąć w mrocznym i niełatwym świecie Anne Bishop, gdzie niemal każdy z bohaterów musi jakoś walczyć o przetrwanie. Nie zdziwiło mnie więc to, że Srebrzyste wizje pochłonęłam niemal w jeden dzień, pozwalając by pod wpływem kunsztu pisarki moja wyobraźnia przeniosła mnie do nie mniej zimnego miejsca, jakim było Lakeside. Bardzo miłym doświadczeniem było ponowne spotkanie z bohaterami, za którymi zresztą zdążyłam już zatęsknić. Początek listopada mogę zatem uznać za zdecydowanie literacki, a co za tym idzie, niezwykle pozytywny!
Od mojego ostatniego spotkania z prozą Anne Bishop wprawdzie minęło już trochę czasu, jednakże powrót do jej książek okazał się nie tylko dobrą odskocznią i okazją do literackiego spożytkowania wolnego weekendu, ale także doświadczeniem, którego mi brakowało. Brakowało mi prozy, w której fantasy łączy się z thrillerem, a ponadto całej fabule towarzyszy baśniowa otoczka, a powieść Bishop moje oczekiwania spełniała pod każdym względem. Fabularnie, w trzecim tomie serii Inni dzieje się dość sporo, a co jest moim zdaniem kolejnym plusem, doskonale zaprezentowana jest strona polityczna, walka o wpływy ze strony ludzi i Innych na Dziedzińcu. To właśnie ona stanowi bowiem główny trend Srebrzystym wizjom, a relacje między bohaterami schodzą na nieco dalszy plan. Ze strony Bishop takie zagranie okazało się strzałem w dziesiątkę, gdyż niesamowicie angażowało Czytelnika w odbiór prezentowanych treści. Gdy tylko przeczytałam pierwszy rozdział, wiedziałam już, że tą pozycję muszę przeczytać niemal od razu w całości i pozwolić by oczarował mnie świat Innych.
Srebrzyste wizje obfitują nie tylko w bogatą otoczkę wydarzeń, ale także w akcję, która rozpędza się już niemal od pierwszej strony, a jej poziom nie maleje w dalszym ciągu czytania lektury. W przypadku tego konkretnego tomu nie chodzi jednak tyle o samą obfitość wydarzeń, ile także o rozmach, jakiego te wydarzenia nabierają w stosunku do całej powieści. Świat Innych jest zdecydowanie odmienny od tego ludzkiego i rządzi się własnymi prawami, co zresztą Bishop stale eksponuje. Fakt, że to Meg, wieszczka krwi, człowiek nawiązała przyjaźnie z przedstawicielami na Dziedzińcu, sprawił, iż Simon Wilcza Straż inaczej podchodzi do konfliktu ludzi z Innymi. W Srebrzystych wizjach nastąpiła jednak eskalacja konfliktu, co zmusiło bohaterów do podjęcia pewnych decyzji, od których może nie być już odwrotu. Nie zabrakło zatem emocjonujących scen, krwawych momentów czy napięcia, które tylko autorka tej książki potrafiła tak dobrze przedstawić. Nie ukrywam, iż jestem podekscytowana tym, co wydarzy się w kolejnych tomach, ale znając już co nieco prozatorskie talenty Bishop, ufam, że może być tylko lepiej!
Anne Bishop lubuje się przede wszystkim w kreowaniu klimatu wzorowanego na starych i mrocznych baśniach, oczywiście w bardziej dosadnym i krwawszym wydaniu niż klasyczne opowieści. Swój efekt osiąga, poświęcając wiele miejsca opisom krajobrazu, samego Dziedzińca obfitego w rozległą roślinność. Sam fakt, iż Dziedziniec pozostaje nieco bardziej oddalony i tym samym odizolowany od pozostałych miejsc, stwarza atmosferę tajemniczości i generuje aurę swoistego napięcia. Wszystko to znakomicie komponuje się z poszczególnymi warstwami książki, fabułą i akcją i sprawia, że atmosfera Srebrzystych wizji jest tak wyjątkowa, a do pewnego stopnia jedyna w swoim rodzaju. Nie potrzeba zatem zbyt wiele czasu, aby dać się pochłonąć przez świat Innych.
Język, jakim autorka operuje w Srebrzystych wizjach to tylko kolejny atut tej powieści. Anne Bishop doskonale radzi sobie z wszelkim opisami, niestrudzenie dąży do jak najdokładniejszego zaprezentowania świata Innych, jak również do głębszego ukazania sylwetek postaci. Nie oznacza to jednak wcale przydługawych zdań, gdyż z zasady nie są one przesadzone. Przeciwnie, bardzo dobrze taki zabieg koresponduje z wartką akcją i mnogością wydarzeń fabularnych. Dzięki lekkiemu pióru Anne Bishop, Srebrzyste wizje czyta się ze zdumiewającą szybkością, a po zakończeniu lektury ma się ochotę na więcej!
Wprawdzie poprzedni tom Innych czytałam już jakiś czas temu, jednakże dość mocno zżyłam się z bohaterami tej serii, dlatego niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego spotkania. Zostałam zaskoczona, zresztą bardzo pozytywnie, zmianami, jakie zaszły w poszczególnych postaciach w stosunku do poprzednich części. A szczególnie dojrzałością Meg, która nie tylko potrafiła odnaleźć się w świecie tak odmiennym od tego, co znała wcześniej, ale również jej determinacją, by walczyć o to, co uznała za słuszne. Anne Bishop znakomicie oddała całą głębię postaci, nie tylko samej Meg czy Simona Wilczej Straży, ale także tych pobocznych bohaterów. Niezwykle mi się spodobało, że potrafiła nie tylko wykreować tak wyraziste i pełnokrwiste charaktery, ale również to, że nadała niemal każdej postaci pewną cechę fizyczną, bądź psychiczną, która do pewnego stopnia pozwalała im na afirmację swojego "ja".
Sięgnięcie po Srebrzyste wizje było zdecydowanie najlepszym możliwym sposobem na rozpoczęcie listopada, nie ma bowiem nic lepszego niż nowy miesiąc i nowa książka! Już nie mogę doczekać się chwili, aby sięgnąć po kolejny tom serii Inni, a mogę być pewna, że będzie to niezapomniana literacka przygoda!
Srebrzyste wizje to trzeci tom serii Inni, dlatego poleciłabym ją przede wszystkim tym, którzy znają prozę Anne Bishop, bądź przeczytali jedynie pierwszy tom i wahają się co do kontynuacji serii, szczerze zachęcam! Tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z piórem Bishop ani z niniejszą serią, polecam szybko zaopatrzyć się w egzemplarz pierwszego tomu, który w sposób gwarantowany umili zimowe wieczory. Podawane z kawą lub gorącą czekoladą i ciastkiem! Polecam serdecznie!
Po Dom soli i łez sięgnęłam zaintrygowana opisem, który obiecywał mi powieść z pogranicza horroru i mrocznej baśni. I przyznaję, reklama kusząca prawdziwie mroczną historią okazała się świetnie dopracowana, a jej deklaracja znalazła swoje odzwierciedlenie w niniejszej historii. Dom soli i łez okazał się mroczny, krwawy, a przy tym nieokraszony otoczą klasycznej baśni, ale tej dorównującej swoim klimatem do niecenzuralnych Baśni Braci Grimm. Pomimo jednak tak świetnie dopracowanych elementów, znalazło się również kilka mankamentów, które nie pozwalają mi ocenić tej książki tak wysoko, jakbym chciała.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
W nadmorskiej krainie prawo korony przysługuje rodzinie Thaumasów, w także tym najstarszej córce. Nad dwunastką pięknych sióstr, z których każda posiada rozmaite talenty, zawisło widmo klątwy. Śmierć najstarszej z dziewcząt, szybko pociągnęła za sobą kolejne ofiary. Radość znikła z królewskiej rezydencji zastąpiona czarnymi sukniami i śladami łez. W dniu szesnastych urodzin trojaczek postanowiono wyprawić pierwszy od bardzo dawna bal. Po tym wydarzeniu, pod osłoną nocy siostry, wymykają się na bale organizowane w całym królestwie. Jedynie czujna Annaleigh dostrzega zagrożenie czające się w fantasmagorycznych wizjach, których prawdziwa forma wcale nie jest tak czarująca (opis własny).
Przyznam szczerze, że nie musiałam zbyt długo czekać, aby powieść Erin A. Craig mnie zaciekawiła. Autorka sprytnie rozpoczęła historię w takim momencie, aby jej dalsza część tylko intrygowała Czytelnika. I faktycznie jej się to udało! Rozwijanie kolejnych wątków od dość niefortunnego dla bohaterów momentu tylko zaostrzyło mój czytelniczy głód. Towarzyszące już od pierwszej strony poczucie niepokoju okazało się całkiem uzasadnione w obliczu ogromu zagadek i krwawych momentów, jakie Craig zaserwowała swoim fanom, a przy tym do samego końca utrzymuje jego wysoki poziom.
Jednym z atutów tej książki jest nieszablonowa fabuła, która już od pierwszych stron przykuwa uwagę Czytelnika. Misternie utkany mroczny świat nadmorskich krain już od pierwszej strony przestaje wydawać się taki oczywisty. W miarę czytania kolejnych rozdziałów atmosfera grozy i niepokoju stopniowo się zagęszcza, co jednak tylko motywuje do zapoznawania się z kolejnymi stronami literatury Craig. Nie ukrywam, nie potrzeba było zbyt dużo czasu, abym wciągnęła się w tą historię. Połączenie motywu horroru z baśnią jest naprawdę niebanalną i oryginalną mieszanką, przez co niektóre wydarzenia opisane w Domu soli i łez wydawały się niekiedy zbyt abstrakcyjne, aczkolwiek z uwagi na debiut pisarski Craig można by przymknąć oko na hiperbolizację pewnych aspektów książki.
Akcja, podobnie jak oś fabularna, została skonstruowana tak, by przykuwać uwagę Czytelnika. Jednakże z racji na pewną tendencję pisarki do wyolbrzymiania niektórych aspektów, czasami czułam potrzebę odłożenia jej na chwilę, aby przetrawić obecne w niej "niesamowitości", a następnie spojrzeć na nią nieco bardziej trzeźwym okiem. Napięcie, które uwydatnia się już od samego początku książki nieustannie wzrasta, podobnie zresztą, jak nieprawdopodobność niektórych zdarzeń. Niemniej, książka jest prawdziwą literacką odskocznią od rzeczywistego świata.
Erin A. Craig z pewnością posiada talent do przelewania swoich pomysłów na papier, nawet tych najbardziej nieprawdopodobnych. Klimat Domu soli i łez, w który wpleciona jest zarazem cudowność i baśniowość, obok niektórych wydarzeń mrożących krew w żyłach świadczy o plastycznym zapleczu pisarskim autorki. W jej książce ma się wrażenie, że wszystko (postacie, fabuła, klimat) podlegają nieustannym dynamicznym przeobrażeniom. Tak jak pisałam wcześniej, nieco zaburza to pewną regularność przyczynowo-skutkową, jednak dzięki temu autorka daje się poznać jako zdecydowanie nietuzinkowa twórczyni.
Dzięki swojej bujnej i pełnej nowych pomysłów wyobraźni, Erin A. Craig stworzyła świat, w którym to, co nawet najbardziej nieprawdopodobne staje się możliwe. Plastyczny język, pełen metaforyki i niedopowiedzeń w doskonały sposób buduje napięcie literackie. Co ciekawe, to to, że główna bohaterka, która prowadzi narrację, przejawia umiejętność sceptycznego spojrzenia na otaczającą ją fantasmagoryczną rzeczywistość, dzięki temu Czytelnik może mieć nadzieję, że nie pogubi się w meandrach fabuły.
Zdecydowanym mankamentem tej powieści jest kreacja jej bohaterów. Erin A. Craig kocha hiperbolizację, stąd też nadmierna ilość postaci sióstr (jest ich aż dwanaście). Po tym, że autorka zdecydowała się na tak szeroką gamę bohaterek żeńskich, spodziewałam się rozwinięcia ich charakterystyki, gdzie pisarka mogłaby wyeksponować ich różnorodne oblicza. Zamiast tego jednak, otrzymałam zaskakująco powierzchowne profile postaci, potraktowane niekiedy wręcz po macoszemu. Jedynie postać Annaleigh została najbardziej wyeksponowana i najsilniej wyróżniała się jako bohaterka na tle swoich sióstr, wypadających zresztą dość blado. Gdyby Craig pokusiła się o rozbudowanie całościowo fabuły (na przykład poprzez wykonanie serii lub trylogii) i poszerzyła sylwetki pozostałych postaci, chętnie przyznałabym tej powieści 10/10 gwiazdek.
Reasumując, Dom soli i łez to przykład literatury naprawdę bardzo dobrze zrealizowanej i choć można by zarzucić autorce powierzchowną kreację bohaterów, których na dobrą sprawę jest dosyć sporo, to jednak konceptualnie i fabularnie jest to książka, której czytanie będzie stanowiło ciekawą odskocznię od pozaliterackiej rzeczywistości. Widać, że Craig nie boi się pisania o prawdziwie krwawych makabrach, które okraszone nutką fantasy naprawdę dobrze realizują założenie rettelingu świata Baśni Braci Grimm.
Dom soli i łez to zdecydowanie książka, którą poleciłabym czytelnikom o tak zwanych „stalowych nerwach”, gdyż tym niedojrzałym z pewnością nie przypadłyby do gustu krwawe i dość drastyczne opisy. Mimo że, jak pisałam, nie jest to książka, która dogłębnie przerazi swojego odbiorcę, to jednak bywają momenty, w których można poczuć ten przyjemny dreszczyk emocji podczas lektury. Powieść Erin A. Craig w niczym nie przypomina baśni czytanej na dobranoc, ani też w ogóle jakiejkolwiek, którą można by określić mianem „lekkiej”, a na doświadczenie jej przygody warto zarezerwować sobie trochę czasu i dać się pochłonąć jej mrocznej opowieści.
Po przeczytaniu Pacjentki Alexa Michaelidesa, której recenzję można przeczytać <tutaj>, poszukiwałam równie dobrego thrillera psychologicznego, najlepiej z wątkiem medycznym w tle. W blogosferze Psychoterapeutka Helene Flood została okrzyknięta mianem godnej następczyni Pacjentki, jeśli nie znacznie lepszą. Postanowiłam jednak przeczekać, aż zachwyt nad tą powieścią nieco umilknie i zdać się na własną czytelniczą intuicję. Ostatecznie ciekawość zwyciężyła, a Psychoterapeutka zaintrygowała mnie na tyle, że postanowiłam ostatecznie dać jej szansę. Muszę jednak przyznać, że Pacjentka jest jednak póki co, niezrównanym wyczynem literackim, a Psychoterapeutka, choć ciekawie napisana, niestety pozostaje w tyle.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Sara Lathus to młoda psychoterapeutka prowadząca własną praktykę z trudną młodzieżą. Gdy jej mąż Sigurd zawiadamia żonę o swoim pobycie w domku letniskowym z przyjaciółmi, Sara wierzy jego słowom bez zastrzeżeń. Jednakże, wieczorny telefon od przyjaciół Sigurda każe jej podważyć zaufanie do męża - Sigurd nie dotarł na miejsce, nikt nie ma możliwości bezpośredniego skontaktowania się z nim, nie wiadomo również, gdzie mężczyzna przebywa. Gniew Sary ustępuje miejsca strachowi, a jakby tego było mało, jej dom nosi ślady włamania. Wiadomość o tym, co stało się z Sigurdem, a także postać odziana w czerń, która wyraźnie szukała czegoś w domu Sary, sprawiają, że ta obawia się o własną poczytalność i zdrowie psychiczne.
- opis własny
Jeśli jesteście ze mną na tyle długo, prawdopodobnie wiecie, iż literatura skandynawska należy do tych gatunków, po które bardzo chętnie sięgam. Zdecydowanie nie oznacza to jednak, że pisarz pisarzowi równy - istnieje mnogość stylów, sposobów, w jaki dany autor porusza serce Czytelnika. To bogactwo i piękno w literaturze, które sprawia, że każdą książkę można czytać i interpretować na wiele sposobów. Dlaczego więc nie jestem przekonana do Helene Flood? Debiut literacki autorki nie ma w tym przypadku większego znaczenia, choć Psychoterapeutka jest moim zdaniem daleka od określania jej mianem thrillera. Zdecydowanie lepiej byłoby okrzyknąć ją mianem kryminału.
Jednym z powodów, dla których ciężko mi jest ocenić Psychoterapeutkę tak pozytywnie, jakbym chciała jest powolnie rozwijająca się fabuła i to do tego stopnia, iż bardzo trudno było mi się w nią wciągnąć, w taki sposób jaki oczekiwałam, a niejednokrotnie byłam dosyć mocno zawiedziona. Thriller powinien wywoływać w Czytelniku napięcie, ekscytację, angażować go w fabułę i sprawiać, że kolejne karty będą przewracane z zapałem. Niestety, tego w Psychoterapeutce mocno brakuje. Przy tak słabo rozwijającej się fabule, mogłam spokojnie rozłożyć sobie lekturę na dobrych kilka dni, a w międzyczasie przeczytać w całości drugi tom 1Q84, bez odczuwania szczególnej tęsknoty za książką Helene Flood. Oceniając jednak książkę sprawiedliwie, muszę oddać pisarce, iż pod sam koniec, czyli ostatnie dwa rozdziały, przeczytałam z naprawdę większym zainteresowaniem niż całą resztę. Jednakże, te dwa ostatnie rozdziały to zdecydowanie za mało, bym mogła ocenić Psychoterapeutkę wyżej niż te 4,5 gwiazdek na Lubimy Czytać.
Akcja w tym przypadku idealnie komponuje się z fabułą, co oznacza, że w minimalnym stopniu udaje się wciągnąć Czytelnika w lekturę. Wszelkie napięcie i ekscytacja, jakie powinno się odczuwać podczas lektury thrillera zostały sprowadzone do absolutnego minimum. Jak pisałam wcześniej, żeby się nie powtarzać, mogłam spokojnie rozłożyć tą lekturę w czasie i na dobrą sprawę, jedynie dwa ostatnie rozdziały przeczytałam za jednym zamachem i nieco większym zaangażowaniem. Wyraźnie więc widać, jak bardzo niestety Psychoterapeutka kuleje pod względem budowania napięcia, a szkoda, ponieważ opis książki znacznie bardziej intryguje.
Klimat Psychoterapeutki został utkany praktycznie z samych niewiadomych, niedomówień i poczucia braku zaufania głównej bohaterki do samej siebie, a przy tym pewnego bezruchu. Czytanie Psychoterapeutki przypomina błądzenie we mgle, gdzie cały czas przed oczami widnieje ten sam obraz i nie ma niczego, co wskazywałoby na zmianę w polu widzenia, czy rozwiania zamglonego obrazu. Jest to w dużej mierze wina fabuły, gdzie naprawdę rzadko ma się do czynienia z jakimkolwiek rozwojem wątków. Cechami zdecydowanie dominującymi w Psychoterapeutce jest flegmatyczność, powolność, zarazem brak błyskotliwych uwag i charakterystycznego dla thrillera napięcia, słowem monotonia.
Język jakim została napisana Psychoterapeutka jest tym walorem, za który zdecydowanie autorce należy się plus. Choć jest to debiut, warstwa językowa i styl naprawdę zostały dopracowane, co sprawia, że lektura książki jest przyjemna w odbiorze. Co prawda, biorąc pod uwagę wspomnianą monotonię, ciężko skupić się na książce i przeczytać całość za jednym zamachem, nie zmienia to jednak faktu, że lekki styl dodaje Psychoterapeutce uroku.
Bohaterowie, a w zasadzie bohaterka książki, to niestety kolejny aspekt, który oceniam zdecydowanie na minus. Wydaje się, że psychoterapeuta powinien dysponować pewnymi cechami, takimi jak zdecydowanie, analizowanie, zdrowy rozsądek, empatia, zaufanie do samego siebie, tymczasem Sara sprawia wrażenie osoby nieco nierozgarniętej, a przy tym wyjątkowo naiwnej i zdecydowanie kierującej się brawurą. Jej działania są niekiedy pozbawione logiki, a naiwne decyzje podejmowane są za sprawą emocji, a nie rozsądku, co powoduje, iż kobieta sama ściąga na siebie kłopoty. Sarze brakuje doświadczenia, pewnego "ogarnięcia się" życiowo - zapewne, to z powodu swojego dzieciństwa jest mniej dojrzała i mniej doświadczona. Mimo wszystko, niekiedy nachodziła mnie mocna ochota potrząśnięcia nią i solidnego postawienia jej do pionu. Dlatego też, ucieszyło mnie, że była w stanie później wyciągnąć pewne wnioski ze swojej brawury i podjąć określone kroki.
Reasumując, Psychoterapeutka to książka, której potencjał nie został w pełni wykorzystany. Owszem, jest koncept na fabułę, jednak jego wykonanie pozostawia braki. Jestem jednak ciekawa dalszego rozwoju pisarskiego Helene Flood, gdyż jak na debiut Psychoterapeutka nie jest zła, a jednie niedopracowana. Ma to jednak swój urok, dlatego jestem ciekawa kolejnych dzieł Flood.
Psychoterapeutka to książka, którą możnaby polecić tym, którzy dopiero co zaczynają przygodę z kryminałami. Ten wątek został co prawda nieco zmarginalizowany, brakuje także napięcia potrzebnego do rozwoju akcji, jednak myślę, że dla niewprawionych w tym gatunku Czytelników, książka ta będzie w sam raz. Nalegam jednak na rozłożenie sobie jej lektury i w międzyczasie przeczytania czegoś, co mocno wciąga, dzięki temu Psychoterapeutka okaże się dobrą odskocznią.
Pacjentka już od jakiegoś czasu znacząco przejęła literacki światek, a nadzwyczaj pochlebne opinie sprawiły, że zapragnęłam się z nią zapoznać. Korzystając z krótkiej, kilkudniowej przerwy między egzaminami w zasadzie pochłonęłam dzieło Alexa Michaelidsa, bowiem Pacjentka wciągnęła mnie bez reszty! Warto było odłożyć czytanie tej powieści nieco w czasie, bo dzięki temu mogłam swobodnie dać się pożreć książce, która naprawdę zasługiwała na tą uwagę.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Alicia Berenson - ceniona malarka miała trzydzieści trzy lata, kiedy pewnego wieczoru zabiła męża. Od tego czasu zamilkła, a jej jedynym komunikatem był nowo namalowany obraz Alkestis - równie milczący jak ona, wymownie. Kobieta trafiła więc na oddział zamknięty w szpitalu The Grove. Sześć lat później pracy w szpitalu podejmuje się obiecujący psychoterapeuta Theo Faber, zafascynowany milczeniem Alicii. Poznając swoją pacjentkę coraz głębiej, Theo zaczyna zdawać sobie sprawę, jak niebezpiecznie wiele analogii ich łączy.
"Alicia Berenson miała zaledwie trzydzieści trzy lata, kiedy zabiła męża" - już od pierwszego zdania nie opuszczało mnie przeczucie, że to będzie dobra historia, i faktycznie - nie zawiodłam się ani trochę! Już dawno, żadna książka nie wzbudziła we mnie takiej ekscytacji, i to na niemal każdej stronie, do tego stopnia, że pochłonęłam historię Theo i Alicii w niecałe trzy dni. Przyznam, że Pacjentka dosłownie mnie oczarowała i mogę mieć tylko nadzieję, że uda mi się przeczytać więcej takich historii.
Alex Michaelids wykreował niebanalną fabułę, przeplatając poszczególne rozdziały z perspektywy Theo oraz Alicii w formie pamiętnika. Autor już od samego początku pozwolił sobie namieszać w głowach czytelników nie wskazując bezpośrednio czyja perspektywa ma miejsce w teraźniejszości, budując tym samym świetnie skomponowaną warstwę narracyjną. Co więcej, tematyka Pacjentki również jest niebanalna, bowiem oprócz motywu, który gra pierwsze skrzypce, czyli morderstwa męża Alicii, wplecione zostały również inne motywy: traumatyczne dzieciństwo, więź między psychoterapeutą a pacjentem, a nade wszystko tajemnica wymownego milczenia Alicii. Podczas lektury tej książki ani na chwilę nie opuszczała mnie ekscytacja i ciekawość, czyj głos tej dwójki bohaterów mówi czystą prawdę.
Akcja Pacjentki jest idealnie zsynchronizowana z fabułą, poszczególne wątki i związki między nimi przypominają nieco poszlaki detektywistyczne, które czytelnik musi przetrzeć, aby dojść do prawdy. Jakby tego było mało, właściwa akcja nie zaczyna się wcale od pierwszego zdania, ale czegoś zupełnie innego i niepozornego. Alex Michaelides zdecydowanie zdaje sobie sprawę, nie tylko jak przyciągnąć czytelnika do dobrej lektury, ale także, jak nakłonić go, by przeczytał książkę do końca. Pacjentkę tworzy siec różnych wątków otoczonych płaszczem tajemnicy, a Michaelides doskonale wie, kiedy ujawnić daną kartę. Akcja Pacjentki toczy się gwałtownie szybko, bez chwili wytchnienia, a napięcie nie opuszcza nawet do ostatniej strony, co najlepiej uwydatnia się w tym, iz książka ta została przeze mnie dosłownie pożarta, do tego stopnia byłam nią zaabsorbowana.
Klimat Pacjentki utrzymany jest w nastroju tajemnicy, niepewności i domysłów. Poszczególne wątki ścierają się ze sobą do tego stopnia iż niewiadomo na jakiej właściwie płaszczyźnie rozgrywa się akcja. Głosy Alicii i Theo konkurują ze sobą, wprowadzają zamęt, a ostateczna konkluzja uderza, szokuje i zmusza do pytania: dlaczego. Otwarte zakończenie wzmogło mój apetyt na kolejne książki tego typu, a być może na kontynuację Pacjentki. Być może mająca swoją premierę w czerwcu The Maidens przyniesie mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.
Język Pacjentki to kolejny olbrzymi walor tej książki - Michaelides nie boi się wrzucać czytelnika na głęboką wodę i utrzymywać go w sferze domysłów. Styl jakim została napisana Pacjentka zdecydowanie zasługuje na miano lekkiego i szybkiego, autor nie marnuje bowiem czasu na dygresje, a skupia się na faktach. W połączeniu z wartką akcją i nieszablonową fabułą, język tej książki idealnie się komponuje, a pozostałe aspekty również zostają tym samym wzbogacone. Błyskotliwy styl i szybkie tempo akcji stanowią idealne połączenie, o czym chyba najlepiej świadczy fakt, że Pacjentka została przeze mnie dosłownie pożarta w niesamowicie krótkim, aczkolwiek pracowitym (sesja!) czasie, tym samym zagwarantowała mi odpoczynek przy dobrej i solidnie wykonanej lekturze.
Zwykle analizując postacie z danego literackiego dzieła pozwalam sobie na obdarowanie kogoś sympatią, czy innymi ciepłymi uczuciami, jednak w przypadku tej książki postaram się zachować postawę obiektywną względem jej bohaterów. Nie sposób zaprzeczyć, że zarówno Theo, jak i Alicia to postacie niesamowicie wyraziste, i intrygujące, a ich niekiedy wymowne działania pozwalają na to, by w każdym z nich Czytelnik zobaczył ułamek siebie. Michelides nie stara się w żaden sposób faworyzować określonej postawy, ale obiektywnie wskazuje, iż każdy człowiek może popełnić błędy w danej sytuacji i nikt nie jest idealny, w czym przyznaję mu całkowitą rację.
Reasumując, Pacjentka to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji, jakie przeczytałam w tym roku (a w zasadzie od jego początku) i bardzo chciałabym, aby pojawiła się kontynuacja albo chociaż sequel wyjaśniający poszczególne niedopowiedziane kwestie. Pacjentka wzbudziła mój szczery zachwyt, zresztą nie bez powodu, pozwalając mi nie tylko oderwać myśli od egzaminów, ale także spędzić czas przy niebanalnej, za to intrygującej lekturze.
Napisałam o Pacjentce już tyle dobrego, że wydaje mi się, iż jedyne, co pozostało to dodać, że naprawdę jest to kawał świetnej literatury, którą każdy szanujący się dojrzały czytelnik powinien przeczytać.
Z twórczością Hesse'go miałam przyjemność zapoznać się przy okazji czytania Demiana, którego recenzja znajduje się <tutaj> oraz Narcyza i Złotoustego. Muszę jednak przyznać, że to Wilk stepowy sprawił, że proza Hesse'go tak mocno zapadła mi w pamięć. Podczas lektury Wilka stepowego przepełniały mnie rozmaite odczucia, począwszy od ciekawości na rozsmakowaniu się w naprawdę dobrym kawałku literatury skończywszy. Z ogromną przyjemnością zapoznam się z innymi jego dziełami, w następnej kolejności mam zamiar sięgnąć po Gertrudę - jeśli tylko będzie dostępna w uniwersyteckiej bibliotece. O ile Demian już sam mocno zdominowany był przez filozoficzną naturę Hesse'go, o tyle w Wilku stepowym wspina się już na wyżyny egzystencjalizmu, sprawiając, że wymowa tego dzieła literackiego jeszcze bardziej porusza, bowiem tak naprawdę samotną naturę Wilka stepowego posiada w jakimś stopniu każdy z nas.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Harry Haller ma przeczucie, że nie pasuje do otaczającego świata, nastawionego na materializm i konsumpcję. Ponadto, zmaga się sam ze sobą - swoją podwójną naturą; humanistyczną wrażliwością, a wilczą drapieżnością. Zmęczony nieustającą walką i poczuciem niezrozumienia postanawia popełnić samobójstwo. Odwodzi go od tego przypadkowo spotkana kobieta - Hermina, w której Harry znajduje bratnią duszę, a jej niezwykła osobowość zaprowadzi go do magicznego teatru.
Wilk stepowy fascynował mnie już od dłuższego czasu, dlatego cieszę się, że wreszcie dostałam go w swoje ręce. Poza oczywistym fenomenem, jakim Wilk stepowy został okrzyknięty, mocno interesowała mnie tematyka, jaką Hesse w niej poruszał. Siedząc w literackim światku już od dłuższego czasu, wyrobiłam sobie przeczucie względem dobrej literatury. I choć, Hesse wzbudzał we mnie różne odczucia, Wilk stepowy bardzo mocno do mnie trafił i jestem zdania, że to naprawdę kawał świetnej literatury i z pewnością jeden z moich "białych kruków". Zdaję sobie jednak sprawę, że ta książka Hesse'go jest dziełem ocenianym bardzo krytycznie - to w nim sam autor daje upust własnym myślom samobójczym i napadami depresji - co stanowiło główny powód, dla którego większość jego zwolenników odwróciła się od pisarza, ja jednak przez to "otworzenie się" przed czytelnikiem, cenię go jeszcze bardziej.
Fabuła Wilka stepowego podzielona jest na trzy etapy: kolejno, charakterystyka Harre'go Hallera przez innego bohatera, właściwy etap, którego narrację przedstawia główny bohater i wizja "teatru dla obłąkanych" - która zdecydowanie z początku podobała mi się najmniej. Przyznam szczerze, że moje odczucia względem każdej z tych części figurowały raczej skrajnie od tego, co odczuwałam czytając właściwą część książki. Bynajmniej, nie były one złe, aczkolwiek nie mogłam doczekać się bezpośredniego spotkania z Hallerem, bez narracji innych postaci. Będąc już po lekturze całości, uważam, że zabieg zaprezentowania Harre'go z różnych perspektyw był świetnym zamierzeniem i całkiem ciekawym doświadczeniem. Jednakże to nadal właściwa część powieści okazała się być najbardziej poruszająca. Hesse pozwolił sobie na wielowarstwową fabułę czerpiąc z topiki religijnej różnych wyznań, zarówno chrześcijaństwa, jak i filozofizmu wschodniego poprzez bogatą erotykę i miłość upajającą, i wolną - nie wspominając już o doświadczeniach wojny. To wszystko zostało w niesamowity sposób świetnie skomponowane tworząc bogate tło psychologiczne i fabularne. Hermann Hesse w sposób dogłębny pozwolił przyjrzeć się psychice głównego bohatera, a przy tym także swojej własnej i zrozumieć, że bogaty umysł może jednocześnie stanowić zamknięte więzienie. Bardzo spodobało mi się wprowadzenie postaci żeńskiej jako odpowiednika Harry'ego - te dwie osobowości wspaniale się uzupełniały kompensując sobie nawzajem własne braki. Ostatecznie wymowa dzieła Hesse'go to samoakceptacja, waleczność i radość, która niestety została odebrana głównej postaci, Hesse postuluje jednak walkę o każdy nowy dzień.
Mówiąc [pisząc] o egzystencjalizmie Hesse'go ciężko o wydarzenia na miarę książki przygodowej względem akcji, jednakże bogactwo wewnętrzne książki w pełni to wynagradza. Wilk stepowy to niesamowicie dogłębna podróż w głąb natury egzystencjalnej wzbogacona refleksją filozoficzną. Czytając, byłam niezmiernie zafascynowana, co wydarzy się dalej. Niemniej jednak, poza przyjemnym dreszczykiem niepokoju i zrozumieniem, potrafiłam współczuć Harry'emu zagubienia się i poczucia niezrozumienia - wybitny umysł otoczony głupcami. Wilk stepowy wciągnął mnie i pochłonął bez reszty, bowiem jego lektura stanowiła niebywałą przyjemność intelektualną.
Wilk stepowy to powieść na pograniczu rzeczywistości, a oniryzmu i sennych marzeń. Przepełniona melancholią, gdzieniegdzie tchnąca pesymizmem książka - mnie, urodzoną optymistkę mocno zafascynowała. O ile jednak tematyka egzystencjalna głęboko wzbudziła moje zainteresowania, o tyle jednak surrealizm widoczny w niemal końcowych scenach faktycznie zakrawał na obłęd głównego bohatera, a sama kwestia uśmiercania, co poniektórych postaci po tak świetnej analizie psychologicznej rozdarcia wewnętrznego, była lekko irytująca. Szczęśliwie jednak ostatnie sceny w jakiś sposób mi to wynagrodziły, a zakończenie było niemal idealne. Hesse udowodnił, że nie jest marzycielem, a życie składa się z wzniesień i upadków - i tak ma być.
Styl Hesse'go w przypadku tej książki pozostaje zdecydowanie językiem wybitnym i górnolotnym. Spodobała mi się dosadność i surowość przejawiająca się na kartach Wilka stepowego, a będąc zafascynowana tą powieścią pochłonęłam ją dość szybko. Nie zmienia to jednak faktu, że surowość stylu, a także głęboki pesymizm, jaki w tej powieści dominuje, nie czyni samej lektury zadaniem łatwym, czy przyjemnym. Powieść Hesse'go zdecydowanie wymaga atencji i cierpliwości by dobrnąć do właściwej części powieści - dlatego rozumiem, skąd wzięła się ta mocna krytyka. Bynajmniej jednak, dla mnie język idealnie wpisywał się w klimat powieści, a bogata waloryzacja słowna uczyniła czytanie prawdziwą intelektualną rozrywką, zapewniając mi możliwość przeczytania naprawdę dobrej prozy literackiej.
Urzekła mnie kreacja głównych postaci Wilka stepowego - Harry'ego i Herminy jako dwóch skontrastowanych ze sobą bohaterów, którzy wzajemnie się dopełniają. Ich wzajemne przyciąganie się zostało bardzo dobitnie przedstawione. Sama kreacja natomiast podszyta jest wszechobecnymi kontrastami: Harry uosabia pesymizm, Hermina radość życia, dzieli ich w zasadzie wszystko, ale łączy jedno. Ta wyeksponowana kontrastowość bardzo mi się spodobała, tym bardziej przy wymianach opinii między bohaterami - bardzo ciekawym doświadczeniem było czytanie o skrajnie różnych poglądach. Spodobało mi się także to, jak wzajemnie te postacie na siebie wpływały -niesamowitym jest jak bardzo przeciwieństwa potrafią się przyciągać. Na plus oceniam również realistyczną i pozbawioną idealizacji samą ich charakterystykę, to bardzo ciekawe charaktery.
Hermann Hesse to doprawdy wspaniały pisarz - nie mogę się doczekać, aby przekonać się, jakie wrażenie wywrze na mnie Gertruda. Niemniej, lektura Wilka stepowego pozostaje dla mnie wspaniałym doświadczeniem literackim, choć zakończenie zbyt mocno surrealistyczne lekko chwieje mnie przy tym przekonaniu. Surrealizm Hesse'go - momentami całkiem szalony dawał się jednak polubić. Na ogromnego plusa zasłużyły u mnie jednakże inne aspekty tej książki, o których już wspominałam, a nade wszystko świetnie skomponowana całość - abstrahując od drobnych mankamentów "szalonego snu teatru". Hesse stworzył dzieło tak dobre, że na długo pozostanie ono w mojej pamięci.
Po przeczytaniu Wilka stepowego za nic nie potrafiłabym jej nie polecić - ta książka jest zbyt wspaniała. Dla miłośników dobrej prozy i literatury stanie się drogocennym skarbem, a egzystencjalne rozważania zadowolą każdego ambitnego czytelnika. Tym, którzy lubią napełniać umysł wartościową literaturą - tym, którzy czytają i kochają Hesse'go. Wreszcie, wszelkiej maści twórcom artystycznym - dzieło równie artystyczne.
Z trylogią o Outliersach zetknęłam się już jakiś czas temu, zaintrygowana nie zdradzającym zbyt wiele opisem z tyłu okładki posłuchałam swojego przeczucia "to będzie coś dobrego!" I faktycznie, o ile pierwszy tom w pełni odzwierciedla obietnicę o świetnym thrillerze, o tyle kolejne dwa tomy raczej gubią gdzieś ten wątek. Gdy tylko udało mi się dorwać trzeci tom trylogii, Kolizję, miałam nadzieję, że ostatni tom choć trochę utrzyma niepokojący ton, jaki miałam w pamięci przy lekturze pierwszej części. Niestety jednak, tym razem się zawiodłam, bowiem choć Outliersi stanowią świetny thriller, to podczas lektury pozostałych dwóch tomów ten poziom znacznie spada, sprowadzając tym samym rolę trylogii do gatunku literatury bardziej młodzieżowej niż intrygującej i mrocznej serii rodem z thrillerów.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Wylie i Cassie nie rozmawiały ze sobą od kolejnej kłótni, która miała miejsce tydzień temu. Dziś wszystko się zmieniło, Wylie otrzymała zagadkowego SMS-a z błaganiem o pomoc. Kolejne wiadomości zawierały równie mgliste wskazówki, do czasu, gdy przed drzwiami Wylie stanął Jasper. Dziewczyna nie miała jednak zamiaru zaufać chłopakowi, ten jednak nie pozostawił jej wyboru, gdyż zdawała sobie jednak sprawę, że ten może znać miejsce pobytu Cassie. Wkrótce droga do odnalezienia Cassie przerodziła w śmiertelnie niebezpieczną misję. Im dalej na północ od Maine, tym większe przeczucie dręczyło Wylie. Zaczęła bowiem zdawać sobie sprawę, że zaginiecie Cassie stanowi początek czegoś większego.
Rozpoczynając swoją przygodę z Outliersami liczyłam na kawał naprawdę dobrej serii z gatunku thriller, ale niestety, choć pierwszy tom mnie zachwycił, dwa kolejne pozostawiły uczucie rozczarowania. A szkoda, ponieważ pierwszy tom naprawdę ma spory potencjał i gdyby autorka postarała się inaczej poprowadzić rozwój fabularny, wzbogacić go o pewne detale, być może ta seria otrzymałaby ode mnie znacznie lepszą opinię.
Muszę przyznać, że McCreight po mistrzowsku zbudowała fabułę, przynajmniej w pierwszej części. Gdy tylko przeczytałam pierwszą stronę Outliersów, poczułam, że to może być jedna z tych serii, do których będę częściej wracać. I faktycznie, bowiem pierwszy tom pochłonął mnie bez reszty, a utrzymana w tonie grozy i tajemnicy atmosfera skonstruowana została po prostu rewelacyjnie, pozostawiając mnie w stanie napięcia i sprawiając, że ani na chwilę nie byłam w stanie się od niej oderwać. Niestety, jednak kolejne tomy nie gwarantują aż tak świetnego efektu. O ile Rozproszenie, drugi tom trylogii, powoli odsłania zakryte w poprzednim tomie karty i utrzymuje względnie dobry poziom, o tyle ostatnia część trylogii przedstawia jeszcze bardziej zagmatwaną historię, pozostawiając znacznie więcej niedopowiedzeń, niż przynosząc odpowiedzi na nurtujące pytania. I niestety, ta trylogia toczy się po linii pochyłej, sprawiając, że moje odczucia względem niej, choć początkowo oscylowały pomiędzy ekscytacją z tak niesamowitej serii, ostatecznie zostały sprowadzone do uczucia rozczarowania i niesmaku z powodu tak niewykorzystanego potencjału. Zabrakło mi też rozwinięcia wątków psychologicznych, które już od pierwszego tomu szalenie mnie ciekawiły, mianowicie pojęcie praktycznej intuicji i inteligencji emocjonalnej, które choć początkowo zdawały się stanowić główne fundamenty tej serii, w kolejnych tomach zostały potraktowane dość pobieżnie i po macoszemu, stanowiąc raczej tło niż główny aspekt.
Podobnie jest z akcją, bowiem choć w lekturę pierwszego tomu wciągnęłam się natychmiastowo i z zapartym tchem przewracałam kolejne karty tej historii, mój zapał znacznie opadł podczas czytania kolejnych tomów. Napięcie i ekscytacja, jakie odczuwałam podczas czytania tomu pierwszego później bezpowrotnie się ulotniły, brakowało mi bowiem uczucia słodkiego niepokoju, jaki odczuwałam na samym początku mojej przygody. Nie chodzi nawet o sam brak tych odczuć, po prostu McCreight chcąc przyciągnąć czytelników do tej serii, postawiła w kolejnych tomach zbyt wiele niewiadomych, raczej komplikując całą płaszczyznę fabularną i skutecznie psując zapoczątkowany wcześniej klimat.
Klimat, jak można się domyślać po moich wcześniejszych opisach, w pierwszym tomie został skonstruowany wprost rewelacyjnie, a napięcie i niepokój zdawały się być niemal namacalne. W kolejnych tomach umiejętność budowania napięcia i atmosfery tajemniczości zupełnie legła w gruzach, a wprowadzone coraz to nowsze wątki poboczne przynosiły ze sobą więcej niewiadomych niż odpowiedzi, co ostatecznie pozwala przedstawić całą historię bardziej jako powieść akcji niż thriller z wątkami psychologicznymi w tle. Cała ta mnogość nowych wątków okazała się być zupełnie niepotrzebna, ostatecznie bowiem, jedynie pierwszy tom pozostaje definitywnie wierny etykietce niepokojącego "thrillera".
W zasadzie walory językowe Kimberly McCreight spełniają oczekiwania, jest to lekki, dobry styl, który sprawia, że nawet pomimo kompletnego zepsucia ostatnich tomów, czytanie trylogii nadal pozostaje przyjemnością. Jednakże smutnym jest fakt, iż w dalszym ciągu pozostaje wiele niewiadomych, a sama historia pozostawia wiele do życzenia. Mając jednak w pamięci pozytywne wrażenie, jakie wywarł na mnie tom pierwszy, najbardziej trafne i taktowne wydaje się być wyrażenie, że historia przedstawiona w dwóch kolejnych tomach jest zwyczajnie zbyt mocno naciągana, żeby nie powiedzieć dobitniej po prostu "zła".
Nie mam również, szczerze mówiąc, zbyt dobrego zdania o postaciach tej książki, jedynie główna bohaterka, Wylie wzbudziła we mnie przypływ empatii i szczere zainteresowanie swoimi losami. Względem pozostałych postaci raczej trudno było mi się ustosunkować. Autorka wprowadziła bowiem okrutny zwyczaj uśmiercania co poniektórych bohaterów, lub usuwania ich na dosyć spory czas, po czym cudownego "przywracania" ich na scenę. W gruncie rzeczy, bohaterów w tej serii jest po prostu albo zbyt duża ilość, albo pozostają zbyt niejednoznaczni, bym mogła się o nich wypowiedzieć w jakikolwiek sposób. Najprościej jednak powiedzieć, że postacie pozostawały mi raczej zbyt obojętne, choć znalazłoby się kilka bohaterek, które potrafiłam polubić, jak wspomniana już Wylie oraz Riel, ponieważ jednak te postacie raczej nie reprezentują gruntownie wykreowanych charakterów, powiem jedynie, że są to bohaterki mnie intrygujące i chciałabym lepiej je poznać.
Reasumując, Outliersi to niestety trylogia o zmarnowanym potencjale. Choć zachowałam w pamięci fakt, jak bardzo spodobał mi się tom pierwszy, to jednak żałuję, że kolejne części trylogii znacznie spadły pod względem napięcia i akcji, a zakończenie okazało się w gruncie rzeczy dość przewidywalne. Liczyłam na dobrą serię thrillerową, jednak niestety kolejne części pióra McCreight nijak mają się do tego, co oferował pierwszy tom.
Outliersi to trylogia, w której niestety jedynie pierwszy tom posiada potencjał na dobry thriller, w porównaniu z tym, kolejne tomy wypadają dosyć blado, a szkoda. Myślę, jednak, że fanom nieambitnych młodzieżówek trylogia Kimberly przypadłaby do gustu. Tym ambitniejszym natomiast, polecam przeczytać jedynie pierwszy tom, wówczas nie doznacie rozczarowania.
Wyrwa to zdecydowanie najgłośniejsza książka Chmielarza tego roku, stąd moją przygodę z tym pisarzem postanowiłam rozpocząć od tej właśnie pozycji. Jak przystało na dobry kryminał - Wyrwa zdecydowanie spełnia wszelkie walory. Proza Chmielarza mocno mnie urzekła, sprawiając, że mam ogromną ochotę na to, by sięgnąć po inne książki z jego dorobku.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Gdy Maciej-analityk finansowy odebrał wiadomość, był przekonany, że to pomyłka, a jego żona Janina wcale nie zginęła w wypadku samochodowym. Na barki mężczyzny spadł obowiązek przekazania tej wieści teściom oraz własnym córkom. Dodatkowo, informacje przekazane mężczyźnie przez policję nie do końca pokrywają się z tym, co przed wyjazdem opowiadała mu Janina-dlaczego zginęła pod Mrągowem, choć miała być w Krakowie? Czujność mężczyzny wzmagają nowe fakty, które odkrywa na temat zmarłej żony. Ile sekretów skrywała przed nim Janina - tego Maciej musi się dowiedzieć.
Muszę przyznać, że Wyrwa bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła-spodziewałam się bowiem, czegoś innego. Wojciech Chmielarz naprawdę potrafi zainteresować Czytelnika, sprawiając, że ciężko jest oderwać się od książki, a to spowodowało, że Wyrwa została przeze mnie dosłownie pożarta, znacznie szybciej niż bym sobie tego życzyła. Efekt Wow był zdecydowanie na miejscu, a ja pomyślałam, że jeśli ta pozycja była tak dobra, o ile lepsze, jeśli nie równie dobre, muszą być inne jego książki?
Wojciech Chmielarz wyposażył Wyrwę w świetnie skonstruowaną wielowarstwową fabułę. Wielowarstwowa konstrukcja fabularna to naprawdę ogromny plus tej książki. Pisarz demaskuje kolejno poszczególne elementy układanki, kolejne warstwy powieści; pozornie doskonałe, lecz tak naprawdę na granicy rozpadu przez rutynę małżeństwo z dwójką dzieci, opowieść o Janinie i jej wielu twarzac; matki,żony, pisarki i kochanki, a wreszcie o Macieju- człowieku postawionym w sytuacji zakrawającej na emocjonalny rollercoaster. Sedno powieści tkwi w pytaniach, jakie Czytelnik sobie zadaje wraz z bohaterami odkrywając kolejne fakty z życia Janiny. Chmielarz odkrywa przed Czytelnikiem karty właśnie w taki sposób warstwa po warstwie, ukazując, że tak naprawdę wiemy o drugim człowieku tylko tyle, ile sam nam wyjawi, ale niemożliwym jest poznanie drugiej osoby na wylot. Chmielarz niejako prowokuje Czytelnika do przewracania kolejnych stron, samą chęcią odkrycia poszczególnych warstw tej powieści, co sprawiło, że podczas czytania naprawdę ani przez chwilę nie przyszło mi na myśl wyrażenie "nudnej i przekoloryzowanej " powieści.
Wyrwa to powieść, która zaskakuje jednak zdecydowanie czegoś jej brakuje, a mianowicie napięcia. Bowiem, choć z każdą kolejną stroną otrzymywałam co rusz nowsze informacje i poznawałam nowe fakty, to sama akcja zdecydowanie stała w miejscu. Przez to właśnie uwydatnia się psychologiczny aspekt tej powieści-skupia się ona na głównym bohaterze i kilku pobocznych postaciach, brakuje natomiast zapalnika, który wzbudzałby coraz większy niepokój w miarę czytania lektury. Jednak Wyrwa bynajmniej przez to nie traci, w końcu wielowarstwowość i psychologia błądzenia w ludzkich sekretach konstrukcja sprawiają, że proza Chmielarza zupełnie nie nuży.
Choć pod pewnymi względami Wyrwa tworzy pewien miks gatunków, jej dominującym elementem jest tajemnica, co jednoznacznie oddaje klimat tej powieści. Bowiem odkrywanie kolejnych warstw tej powieści przypomina błądzenie we mgle niedopowiedzeń, kłamstw i tajemnic, a ta atmosfera w miarę lektury gęstnieje doprowadzając do nieoczekiwanego finału. Ostateczny aspekt Wyrwy-wyłożenie wszystkich kart na stół przyniósł odpowiedzi na wiele pytań, jednocześnie jednak pozostawiając Czytelnika w stanie zadumy nad filozoficzną ideą niemożności całkowitego poznania drugiej osoby. Wyrwa ukazuje po prostu rzeczywistość, więzi międzyludzkie i uśpioną czujność skrytą za kulisami codziennych rutynowych dni i czynności.
Proza Chmielarza, jak się ostatnio przekonałam, jest zaskakująco podobna do większości polskich pisarzy, z jakimi się do tej pory zapoznałam. Przede wszystkim prostota, Chmielarz nie szuka zjawiskowych epitetów, nie używa błyskotliwych metafor, za to stosuje metodę "półśrodków" zgrabnie kreując w ten sposób tajemniczą atmosferę. Stylu Chmielarza raczej nie określiłabym jako "wybitny", jednak nie ukrywam, czytanie Wyrwy sprawiło mi nieskrywaną przyjemność, stąd byłam w stanie "przymknąć oko" na pewne zachowania głównego bohatera oraz jego specyficzne pomysły - tę powieść czyta się zdecydowanie zbyt szybko, aby przejmować się poniekąd pokrętnym zachowaniem jej bohatera.
Choć muszę pochwalić realistyczność i wiarygodność postaci stworzonych na potrzeby Wyrwy-w wykonaniu Chmielarza to prawdziwe postacie "z krwi i kości" to jednak nie byłam w stanie zżyć się jakoś szczególnie z głównym bohaterem. Maciej Tomski to bohater pełen skrajności o pewnych specyficznych działaniach, to po prostu człowiek, który popełnia błędy i działa impulsywnie - ale robi to dla kochających córek. Przyznam jednak, że pewnych jego działań i poglądów po prostu nie potrafiłabym poprzeć, czy zaakceptować. Z tego względu nie polubiłam go jakoś szczególnie.
Podsumowując, Wyrwa to świetny kryminał, zaskakujący i nieprzewidywalny. Przy Wyrwie naprawdę nie mogłam się nudzić, dlatego wybór tej książki okazał się być dla mnie bardzo satysfakcjonujący. Choć mogłabym doszukiwać się pewnych podobieństw do prozy Harlana Cobena, Wyrwa zdaje się świetnie je ukrywać. Wojciech Chmielarz zdecydowanie wie, w czym tkwi sedno dobrego kryminału, potrafi bowiem Czytelnika zaskoczyć w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Szczerze liczę, że Rana, czy Żmijowisko okażą się równie dobre.
Wyrwa to pozycja wprost idealna na deszczową pogodę z filiżanką ciepłej kawy lub herbaty. Jako towarzysz podróży również sprawdzi się świetnie. Polecam dojrzałym Czytelnikom z zamiłowaniem do kryminalnych zawiłych zagadek, jak również fanom samego Chmielarza i Harlana Cobena. Wyrwa świetnie się też sprawdzi dla początkujących w gatunku literatury sensacyjnej i kryminalnej, pozostawi również niezapomniane wrażenia z lektury! Serdecznie polecam!