niedziela, stycznia 20, 2019

"Oświadczyny"- Tasmina Perry

"Oświadczyny"- Tasmina Perry

tytuł oryginału: The Proposal
data wydania: 17 listopada 2017 rok
liczba stron: 432
kategoria: literatura kobieca
język: polski 

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:




Mówiąc szczerze to moje odczucia, co do tej książki są dosyć mieszane. Ta książka nie wzbudziła we mnie emocji od skrajnego zachwytu po niezwykle ostrą krytykę. I na dobrą sprawę, owszem, mogę powiedzieć, że ta książka mi się spodobała, ale to byłoby właściwie wszystko. Powodem mojego lekkiego rozczarowania był opis, sugerujący coś innego, niż to co zastałam w książce. Jednakże książka ta ma pewien zaskakujący mnie element, który krótko mówiąc, dodał jej nieco blasku. W świetle tych mieszanych uczcić, po prostu nie mogę powiedzieć, że "Oświadczyny" były w gruncie rzeczy powieścią z gatunku tych gorszych, ale również nie najlepszych.

"Rok 1958. Londyn. Georgia Hamilton kończy 18 lat i rodzice chcą, by wzięła udział w eleganckim balu debiutantek. Dziewczyna marzy jednak o tym, by zostać znaną pisarką, a nie żoną. Wkrótce wydarza się tragedia, która na zawsze przypieczętowuje jej los.

Rok 2012. Niepoprawna romantyczka Amy Carrell kolejny raz przeżywa zawód miłosny. Ze złamanym sercem, opuszczona i zdesperowana, odpowiada na ogłoszenie o damę do towarzystwa dla intrygującej starszej pani, z którą udaje się do Nowego Jorku. Jeszcze nie wie, że odkryje tajemniczą love story, która czekała pięćdziesiąt lat, zanim ktoś ją opowie."
-Lubimy Czytać
Tak jak pisałam we wstępie, w dużej mierze za moje lekkie rozczarowanie tą książką, główną winę ponosi opis, ale również pozytywne recenzje, które w dużej mierze "zmusiły" mnie do zapoznania się z tą książką. Jednak możecie się domyśleć, że mój entuzjazm nieco opadł, gdy zapoznałam się z jej treścią. Nie będę ukrywać, że pierwsze 100, może 120 stron  nie zapowiadało się jak najlepiej i, co więcej obawiałam się, że jeżeli ta historia będzie dalej toczyć się tym torem, to będę tą książką, co najmniej znudzona i rozczarowana. Potem jednak role nieco się zamieniły, a ja mogłam się tylko z tego powodu cieszyć, nawet jeżeli trwało to tylko chwilę.

Książka Tasminy Perry opowiada - krótko mówiąc - o niespełnionej i nieszczęśliwej miłości, która  w pewien sposób spaja dwojaką naturę tej książki. Bowiem ewenementem tej powieści jest fakt, że nie ma w niej miejsca na jedną historię - i bardzo dobrze- ale na dwie, które w ciekawy sposób przeplatają się ze sobą, a ich autorki tym samym oddziałują na siebie i mają wpływ na los tej drugiej osoby. 

Historia Amy Carrell to opowieść o złamanym sercu, niespełnionym uczuciu i ignorancji wobec ludzkiego losu.  Na nieszczęście dla mnie historia Amy ciągnęła się przez bite 100 stron, podczas, których nie działo się absolutnie nic nadzwyczajnego, co  powodowało u mnie momenty ziewania, a więc zwyczajnego znużenia. Dopiero, gdy dziewczyna w akcie desperacji odpowiada na ogłoszenie w gazecie niejakiej Georgii Hamilton, starszej pani poszukującej towarzyszki podróży, poczułam, że coś zaczyna się dziać i udało mi się wzbudzić zainteresowanie tą książką. Spotkanie tych dwóch kobiet, niemal z dwóch różnych epok, było momentem który związał ich losy ze sobą, a także tym, na co  czekałam od momentu, kiedy przeczytałam opis na białej okładce tej książki. Od tego momentu, zaczęła się dla mnie ta interesująca cześć, historia Georgii Hamilton. Jej historia była opowieścią o miłości z dawnych lat sześćdziesiątych, ówczesnych zasadach kojarzenia małżeństw i panującej modzie, lecz oprócz tego, o stracie i zazdrości, a także o wielkiej sile, jaką może posiadać tylko prawdziwa kobieta. 

Ta wielopłaszczyznowość tej książki w pewien sposób zmieniła moje odczucia, co do niej i pozwoliła cieszyć się lekturą,co prawda z "lekkim przymrużeniem oka". Bardzo żałuję, że to nie Georgia była przez większość czasu główną bohaterka tej książki, gdyż jej historia, w przeciwieństwie do historii Amy, byłą dokładnie tym, czego w tej książce oczekiwałam. Jej historia jest przede wszystkim opowieścią niepodkoloryzowaną, pozbawioną sztuczności, dzięki czemu czytało mi się ją tak wspaniale. To właśnie ten brak przerysowania, sprawił, że jej opowieść przeniknęła do mnie, jako czytelnika w sposób dużo głębszy niż historia Amy, która była według mnie całkowicie zbędna i niepotrzebna.

Jak w większości obyczajówek, nie ma w tej książce zbyt wiele akcji, gdyż wszystko jest ukierunkowane bardziej na rozwijające się relacje miedzy bohaterkami i ich historie. Jak pisałam wcześniej, podczas czytania opowieści Amy, czułam się zwyczajnie znużona i miałam szczera nadzieję, że jej historia wkrótce dobiegnie końca. Zaś historia Georgii miała w sobie właśnie to, czego szukałam w tej książce, była niezwykła i niepowtarzalna. A podczas czytania jej, moje dawne znużenie natychmiastowo zniknęło. A ja czytałam z zapałem, nie mogąc się nadziwić, jak świetną i okrutną  intrygę autorka postanowiła uknuć wobec młodej Georgii. I znów, gdy opowieść Georgii się skończyła, mój entuzjazm zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Moje odczucia w stosunku do bohaterek tej książki są takie same jak do ich opowieści. Od samego początku Amy potrafiła mnie irytować swoim brakiem logicznego myślenia, "cudownej" naiwności, w której nieustannie wierzyła, że chłopak, który ją rzucił, powróci do niej. A na sam koniec, gdy pod wpływem Georgii, pewność siebie Amy wzrosła, postanowiła zacząć spróbować "poukładać" pewne sprawy życiowe starszej pani, czyli mówiąc krótko, namieszać w je życiu. Jestem w stanie zrozumieć jej dobre intencje, ale pewne sposoby jej działania, czy tez argumenty, które w tym celu wykorzystywała były dosyć słabe, co jednak nie zmienia faktu, że były szlachetne i nachalne zarazem. Chwilami nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Amy to taka typowa bohaterka książek młodzieżowych, coś jak kolejny klon Belli Swan. Z kolei Georgia zachwyciła mnie gotowością do działania, twardym charakterem, słuchaniem głosu serca, a także niezłomną chęcią pomocy najbliższym kosztem samej siebie. Starsza kobieta po smutnej i trudnej przeszłości, zbudowała wokół siebie pancerz ze wspomnień. To kobieta, która zniosła krzywdę i upokorzenie, która potrafiła sama dać sobie w życiu radę i wreszcie, postać niesamowicie autentyczna, szczera do bólu i zdolna do poświeceń i z całą pewnością nieprzerysowana.

Również sposób narracji jest w tej książce dosyć niezwykły, a co za tym idzie, styl pisarski autorki także. Mamy tu do czynienia z trzecioosobową w czasie przeszłym, narracja ta przeskakuje stopniowo z jednej bohaterki na drugą i w tym względzie niewiele się zmienia. Jednak z pewnością zmienia się styl autorki. Czytając o historii Amy, styl autorki był właściwie nijaki, prostu, pozbawiony barw i zdobień. Nie był to z całą pewnością język, który możnaby smakować. Jednak, gdy czytałam historię z punktu widzenia Georgii, zauważyłam, że styl autorki uległ zmianie, a wręcz widocznej poprawie. Stał się bardziej subtelny, miękki, barwny i "żyjący swoim życiem na kartach powieści". Dokładnie takie wyrażenie nasunęło mi się podczas czytania tej książki, tak przyjemnie czytało mi się opowieść o życiu młodej debiutantki z lat sześćdziesiątych. Na każdej stronie mogłam znaleźć niezbite dowody kunsztu literackiego Perry w postaci licznych epitetów, zgrabnych metafor i wzniosłych oświadczeń i deklaracji.

Tak jak pisałem na początku, ta powieść wywołała we mnie mieszane uczucia. Myślę, że powieść spodobałaby mi się o wiele bardziej, gdyby było w niej więcej historii Georgii, gdyż szczerze mówiąc, gdyby nie ta historia, to wystawiałbym tej książce znacznie niższą ocenę i pisałabym o niej w samych negatywach. A w ten sposób, nie tylko odkryłam jakieś plusy tej powieści, ale również udało mi się zignorować infantylność Amy i dokończyć książkę, co mnie satysfakcjonuje.  Na pewno nie jest to książka z rodzaju tych, do których będę wracać, niemniej urzekła mnie jej wyjątkowa atmosfera Nowego Jorku i Paryża z lat sześćdziesiątych.

Jeśli lubicie powieści obyczajowe, sądzę, że "Oświadczyny" powinny się wam spodobać. Natomiast, jeśli tak jak ja liczycie na satysfakcjonująca książkę od początku do końca, to niestety, rozczarujecie się. Czy jednak warto ją polecić? Tak, myślę, że tak, choć jak pisałam przyginajcie się na 100 stron początkowej nudy.  Jeśli irytują Was osoby pokroju Belli Swan, tzw. "nieudolne klony" to zapewniam, będziecie równie zirytowani, co ja postacią Amy Carrell. Jeśli jednak oczekujecie naprawdę, tylko i wyłącznie dobrej historii, to radzę- pomińcie te 100 stron i oszczędźcie sobie czasu, a potem zwyczajnie cieszcie się lekturą.

Moja ocena: 5/10. :)



środa, stycznia 16, 2019

Dylogia "Opowieści o Shikanoko"- Lian Hearn

 Dylogia "Opowieści o Shikanoko"- Lian Hearn

tytuł oryginału: The Tale of Shikanoko
data wydania: 29 marca i 10 maja 2017 rok
liczba stron: 752 (w sumie)
kategoria: Japonia, fantasy
język: polski 

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:




Na "Opowieści o Shikanonoko" natknęłam się zupełnie przez przypadek, który okazał się brzemienny w skutkach mojego głębszego zafascynowania się kulturą dawnej Japonii.  Było to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie, gdyż od dawna fascynuje mnie japońska kultura. Dlatego bardzo ucieszył mnie fakt, że "Opowieści..." są mocno przesiąknięte folklorem dawnej Japonii i starych, pradawnych wierzeń. Moje wrażenia po przeczytaniu tego cyklu były w pełnych 100% pozytywne i, co więcej poznanie twórczości tej autorki zachęciło mnie do sięgnięcia po inne jej powieści. 



"Ojciec Kazumaru ginie w tajemniczych okolicznościach. Jego wuj, pragnąc zagarnąć posiadłość rodzinną dla siebie pozbywa się kłopotliwego bratanka. Chłopcu jednak udaje się przeżyć. Trafia do chaty górskiego czarnoksiężnika, gdzie otrzymuje niezwykłą maskę.  Kiyoyori Hina zostaje sama, gdy jej ojciec ginie na wojnie. Nie ma dokąd pójść, gdyż według fałszywego cesarza jej rodzina i ona sama należą do zdrajców. Niezwykła uroda Hiny wzbudza zainteresowanie jednego z najbliższych doradców cesarza. Prawdziwy cesarz, pozbawiony tronu i autorytetu, w dodatku siedmiolatek, aby przeżyć i odzyskać tron, ukrywa swoją tożsamość. Jedynie utalentowana Akihime i mała Kai wiedzą kim jest naprawdę. Jednak, czy to wystarczy, aby osadzić prawowitego władcę na należnym mu Lotosowym tronie?"

-opis własny

Rozpoczynając przygodę z "Opowieściami..." nie do końca wiedziałam, czego mogę się po tej książce spodziewać, bowiem obawiałam się, że autorka potraktuje temat japońskiego folkoru po macoszemu. Moje obawy okazały się zupełnie zbędne, gdyż autorka nie tylko zagłębiła się w legendy i mity tegoż egzotycznego kraju, ale również po mistrzowsku połączyła elementy legend i baśni ze średniowiecznym japońskim klimatem."Opowieści o Shikanonoko" to cykl z pewnością nietuzinkowy i bardzo przyjemnie mi się go czytało, jednak nie mogę powiedzieć, że był pozbawiony wad.

Autorka nie poświęca zbyt wiele czasu, na zapoznanie Czytelnika z "prawami", które rządzą wykreowanym przezeń światem, ale od razu wprowadza go w wir wydarzeń. Dzięki temu Czytelnik nie pozostaje bierny wobec fabuły, ale wraz z młodym Kazumaru, gdyż to z jego perspektywy rozpoczyna się dylogia, musi odnaleźć się w nowej sytuacji. Już na samym początku ten zabieg sugerował, że ten cykl nie będzie jednostajny, ale dynamiczny. W miarę przewracania kolejnych stron pojawiało się coraz więcej nowych wątków, Czytelnik poznawał też coraz więcej faktów, które trzeba było w jakiś sposób dopasować do siebie. Jeśli więc chodzi o wielowątkowość fabuły to naprawdę widać, że autorka musiała poświecić bardzo dużo czasu na dopracowanie takich szczegółów, jak choćby strategie wojenne, depresja głównego bohatera, czy też tajemnicze znikniecie prawowitego dziedzica tronu. Zespolenie ogromu szczegółów występujących w tej książce, a także zgrabne połączenie świata realnego z ludowymi wierzeniami było czymś naprawdę niezwykłymi i za rozbudowanie fabuły w taki sposób,  uważam, że  należy się autorce duży plus.

"Z moich oczu też kiedyś leciała woda - pocieszył ją Kiku. - Nie martw się, wyschnie."

Jeśli w przypadku wielowątkowości fabuły z pewnością nie można mówić o trywialności czy o nudzie, to akcja stanowi całkowite przeciwieństwo wcześniejszego aspektu. Akcja w wielu momentach była zbyt stonowana, z kolei w innych momentach gwałtownie ruszała do przodu, co budziło moją irytację, a wręcz zniechęcenie. Miałam wrażenie, że zanim autorka doprowadzi jedną sprawę do końca minie strasznie dużo czasu, co sprawiało, że mimo wielu różnorodnych wątków, byłam tą serią zwyczajnie znużona. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to w tej powieści jest to kolejny aspekt, z którym wcześniej się nie spotkałam. Mianowicie, ta seria nie posiada jednego głównego bohatera, ale właściwie wszyscy bohaterowie grają tu główne role. Autorka podzieliła cykl na 4 części zamknięte w dwóch tomach, a w każdym z nich każdy bohater ma równomierną ilość rozdziałów, które opisywane są z jego perspektywy. I nie dotyczy to tylko bohaterów pojawiających się w pierwszej części, gdyż postacie, które pojawiają się później również mają swoje osobne rozdziały. Jak wspominałam, w tej serii jest wielu bohaterów, zarówno dobrych, jak i złych, a każda z nich ma możliwość opowiedzenia swojej wersji wydarzeń. To bardzo ciekawy zabieg, gdyż w ten sposób można jeszcze lepiej poznać bohaterów tej dylogii. Można w ten sposób dostrzec, z jaką starannością zostali oni skonstruowani, jak bardzo są to złożone i skomplikowane postacie, zrozumieć motywy ich postępowania i wysnuć własne wnioski, co w ostateczności pozwoli lepiej zrozumieć daną postać.

"Jeśli będziesz czekać, aż skończy się zima, stracisz miesiące."

Jeśli chodzi o narrację  to jest to tylko kolejny nietuzinkowy aspekt. Bowiem, jak wspominałam wcześniej, w tej serii występuje wielu bohaterów, a narracja to trzecioosobowa w czasie teraźniejszym, która stopniowo przeskakuje z bohatera na bohatera. Zaś, jeśli mowa o stylu autorki to wydaje mi się, że najlepszym słowem na opisanie go byłby przymiotnik wyrafinowany. Autorka po mistrzowsku operuje językiem, jej styl posiada surowy charakter, w którym od czasu do czasu pojawią się zmyślne epitety czy metafory. Przez to treść jest przede wszystkim bogata, a cykl czyta się przyjemnie. Autorka równomiernie opisuje zjawiska przyrody czy miejsca, gdzie dzieją się wydarzenia, ale też tyle samo czasu poświęca na dialogi czy perypetie bohaterów.

Tym, co mnie najbardziej urzekło w tej powieści był niepowtarzalny i niemal baśniowy klimat i to właśnie stanowi jej największy atut. Świat wykreowany przez Lian Hearn, który łączy ze sobą elementy japońskich baśni i wierzeń wraz ze światem realnym, pozbawionym elementów fantastycznych, w którym króluje prostota i szarość codziennego życia. Od razu widać, że autorka musiała zaczerpnąć sporo wiedzy na temat zarówno legend i wierzeń Japończyków oraz o samej epoce, panującej wówczas modzie i regułach wychowania, dzięki czemu udało jej się stworzyć tak niezwykłą powieść. Autorka stworzyła uniwersum, w którym panuje ścisły podział na świat realny, pozbawiony magii i świat lasu, gdzie istoty magiczne stanowią element życia codziennego.  Sam fakt, że te dwa światy istnieją równolegle i nie mieszają się ze sobą, a jedynie delikatnie przeplatają, zasługuje u mnie na duży plus i to właściwie z bardzo prostego powodu. Gdyby te dwa światy mieszały się ze sobą, cały wspaniały klimat tej książki zostałby zaburzony. Autorka jednak w subtelny sposób połączyła te dwa światy ze sobą, działając według zasady "co za dużo, to nie zdrowo".

Przyznam, że jestem po prostu zachwycona tą dylogią i występującym tam klimatem, który jest po prostu magiczny. Aż chciałoby się wyjechać na wieś czy pójść na spacer do lasu, aby jeszcze lepiej wczuć się w powieść. Czytało mi się niezwykle przyjemnie, aczkolwiek, gdyby akcja nie była tak nużąca, przypuszczam, że szybciej skończyłabym czytać. 



Na to pytanie mogę udzielić tylko jednoznacznej odpowiedzi: tak.  Z bólem serca jednak muszę przyznać, że nie jestem w stanie dać "Opowieściom..." pełnej liczby punktów/gwiazdek, z powodu minusów, które tam wymieniłam. Jednak uważam, że za tak pieczołowicie dopracowanie tylu elementów i niezwykły, niepowtarzalny klimat, ta pozycja zasługuje na wysoką ocenę. Komu polecam? Myślę, że dla osób, które fascynują się kulturą Japonii, czy też po prostu kulturą egzotyczną, światem wojowników ta powieść powinna się spodobać. Miłośnikom dobrze napisanej powieści. Dla osób lubiących książki w klimacie historycznym, którym nie przeszkadza obecność jakichkolwiek elementów fantastycznych również powinna przypaść do gustu. Wreszcie tym największym miłośnikom fantasy, jak ja, bawcie się dobrze!

Moja ocena:8/10.:)

sobota, stycznia 05, 2019

"Harry Potter i Czara Ognia" - J. K. Rowling

"Harry Potter i Czara Ognia" - J. K. Rowling

tytuł oryginału: Harry Potter and the Goblet of Fire
data wydania: 29 września 2001
liczba stron: 768
kategoria: literatura młodzieżowa
język: polski 

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:




"Harry Potter" to niewątpliwie jedna z tych serii, do których nadal lubię wracać, niezależnie od tego ile razy przeczytałam daną jej cześć. Przygody młodego czarodzieja są bowiem częścią mojego dzieciństwa. Co zadziwiające minął naprawdę niewielki odstęp czasu od kiedy ostatnio przeczytałam "Komnatę tajemnic" i zabrałam się za "Czarę Ognia", gdyż mimo, że serię o "Harrym Potterze" po raz pierwszy czytałam będąc na przełomie podstawówki/gimnazjum, to cudowny i niezwykle magiczny klimat tej serii nieustannie mnie do siebie przyciągał, co w rezultacie skutkowało moimi nagłymi powrotami do niej- tak jak to było w przypadku wyżej wspomnianych tytułów. Mimo, że losy bohaterów tej książki, są mi dobrze znane, nie psuje mi to w  żaden sposób przyjemności z czytania.



Dla uczniów Hogwartu zapowiada się niezwykły rok, bowiem zostaje wznowiona bardzo ważna tradycja mająca zjednoczyć wszystkie szkoły magii, Turniej Trójmagiczny.  Jak sama nazwa wskazuje, do Turnieju będą mogli przystąpić uczniowie trzech szkół, jednak los upomniał się o Harry'ego ze dwojoną siłą, gdyż to właśnie on zostanie wyłoniony przez Czarę jako czwarty zawodnik Turnieju. Zdecydowanie, młody Potter nie ma łatwego życia, a wszystko wskazuje na to, że tegoroczne wyzwania turniejowe wcale nie będą łatwe.

- opis własny


Seria o "Harrym Potterze" ma niewątpliwie wiele atutów, jednak ten tom posiada wiele cech wyróżniających go od poprzednich tomów. Już na pierwszy rzut oka widać, że J.K. Rowling mocno rozwinęła swój warsztat pisarski oraz dokonała kilku kluczowych zmian, które uwydatniają się w tym tomie. "Czara Ognia" to nie tylko mocno grubsza objętościowo kolejna część serii o młodym czarodzieju, gdyż od poprzednich tomów odróżnia ją także treść książki. Czytając tę serię po latach, zauważyłam wiele detali, na które wcześniej po prostu nie zwróciłam aż tak wielkiej uwagi i zwyczajnie je zignorowałam. Aż trudno mi uwierzyć w to, jak bardzo "Czara Ognia" różni się od swoich poprzedniczek, czyli "Więźnia Azkabanu" czy "Komnaty Tajemnic".

Elementem, który J. K. Rowling dopracowała bardzo starannie jest fabuła powieści. Bardzo cieszył mnie fakt, że ta część serii zyskała nieco bardziej "doroślejszy" i mroczniejszy charakter niż w tomach poprzednich. Autorka nie szczędzi Czytelnikowi mocnych wrażeń, bowiem na każdym z kroków Harry Potter  napotyka coraz to większe kłopoty, począwszy od zamieszek podczas meczu Quidditcha na ostatnim i niezwykle niebezpiecznym zadaniu Turnieju skończywszy. Znika gdzieś wesoły nastrój książki, choć nadal zauważa się humorystyczny język autorki. Atmosfera się zagęszcza, narasta niepokój oraz świadomość, że za chwilę coś się wydarzy- oczywiście mam na myśli wydarzy się w sensie pozytywnym, dla mnie jako Czytelnika. Od razu bowiem widać, że  autorka porwie Czytelnika w swój magiczny świat i nie pozwoli nawet na chwilę wytchnienia! 


"Zagłuszanie bólu na jakiś czas sprawia, że powraca ze zdwojoną siłą."

Niewątpliwie największym autem tej książki jest ilość akcji, bowiem od pierwszych stron  po prostu nie sposób się nudzić, a dodatkowo Czytelnika dręczy świadomość, że za chwilę znów coś się wydarzy. Czytelnik nie ma więc czasu, aby zamknąć powieść, gdyż już od pierwszych stron autorka wprowadza nastrój grozy i oczekiwania. W poprzednich tomach autorka rozwijała akcję bardzo powoli, pozwalając Czytelnikowi zapoznać się z tym niezwykłym światem. I przyznam, że choć jest to dobry zabieg, jeśli rozpoczyna się jakaś serię, to teraz po przeczytaniu czwartego tomu, swego rodzaju miałkość akcji i stonowanie dramatycznych momentów w tomach poprzednich bardzo mnie boli. Pod względem napięcia, w tej części serii autorka spisała się po prostu na medal! 

W tej części serii J. K. Rowling wprowadziła naprawdę szeroką paletę postaci, co jest zdecydowanie na plus, gdyż ten drobny szczegół urozmaica fabułę. Czytelnik napotka tu nie tylko nowe, magiczne stworzenia, ale również zetknie się z uczniami innych szkół magii. Dzięki temu autorka rozszerzyła uniwersum  tego magicznego świata, dając tym samym jego pełne wyobrażenie, gdyż już nie tylko Hogwart jest miejscem pełnym magii. Kolejną rzeczą, która chcę nadmienić bardzo mnie uradowała, to ukazanie zmieniających się wewnętrznie głównych postaci oraz ich nieco burzliwej relacji. Harry i jego dwójka najlepszych przyjaciół znacznie dojrzała, poszerzyła swoje aspiracje i umiejętności. Bardzo spodobało mi się przedstawienie przemian wewnętrznych bohaterów, jakie ukazała autorka, dodało to im dynamiczności i pozwoliło Czytelnikowi na wysnucie własnych wniosków dotyczących ich postępowania. Bohaterowie nie są więc jednostajni, podlegają ciągłym przemianom, dzięki czemu następuje ich wewnętrzny rozwój, a Czytelnik ma wrażenie, że postacie te są naprawdę żywe.


"Nadejdzie czas, w którym będziecie musieli wybierać między tym, co słuszne, a tym, co łatwe."

J. K. Rowling zachowała swój prosty, niebanalny styl pisania. I pomimo, iż nadal prześladuje mnie wrażenie, że tym sposobem autorka chciała zaskarbić sobie serca młodszych Czytelników, to jednak tym razem nie przeszkadza mi ta prostota. Mam wręcz wrażenie, że właśnie taki styl najlepiej pasuje do serii o Harrym Potterze, a przekaz płynący z tej lektury jest jasny i klarowny. Autorka zachowała swój humorystyczny ton, dzięki czemu nawet kiedy dla naszych bohaterów sytuacja wydaje się być tragiczna, nie sposób ukryć uśmiechu czającego się gdzieś w kącikach ust.

Czytając "Czarę Ognia" miałam dziwne wrażenie, że jest to powieść znacznie bogatsza o wiele atutów, niż wcześniejsze tomy, które do tej pory czytałam, a co więcej, wpędzała mnie w pewien rodzaj "książkowego głodu", który sprawiał, że nie potrafiłam odłożyć jej na półkę. Bardzo podobało mi się, że treść tej książki zalicza się bardziej do tych "mroczniejszych", bo dzięki temu, nawet wiedząc, jak akcja się potoczy, przewracałam strony z zapartym tchem i ani przez chwilę nie ogarnęło mnie znużenie. Autorka zgrabnie połączyła wszystkie wątki, poczynając od naprawdę niebanalnej i ciekawej kontynuacji cyklu, a skończywszy na pieczołowicie dopracowanych elementach uwielbianych przeze mnie fantasy, co ostatecznie sprawiło, że jestem w 100% usatysfakcjonowana tą powieścią.

"To dziwne, ale kiedy człowiek się czegoś boi i oddałby wszystko, byle tylko spowolnić upływ czasu, czas ma okropny zwyczaj przyspieszania swego biegu."


"Czara Ognia" to pozycja obowiązkowa dla każdego fana cyklu o "Harrym Potterze", jak również literatury fantasy. Również wybredny Czytelnik znajdzie tu coś dla siebie, gdyż w świecie Harry'ego zdecydowanie nie ma miejsca na nudę! Książka ta to jedna z tych pozycji, która zapada w pamięć i zostaje z Czytelnikiem na długo! Okres świąteczny czy czas ferii zimowych to idealny moment, aby przeczytać tę część Cyklu, bowiem łączy w sobie wszystkie te typowo zimowe klimaty, kiedy ma się ochotę usiąść przy kominku z kubkiem gorącej herbaty lub kakao.

Serdecznie polecam!
Moja ocena:9/10. :)



wtorek, stycznia 01, 2019

"Czytelnicze podsumowanie 2018 roku"

"Czytelnicze podsumowanie 2018 roku"

Witajcie kochani!

W związku ze zbliżającym się końcem 2018 roku, postanowiłam zrobić małe podsumowanie czytelnicze oraz wyróżnić te pozycje, które najbardziej zapadły mi w pamieć. Ostatni rok pod względem czytelniczym, oceniam jako bardzo udany, gdyż spotkałam się z kilkoma naprawdę świetnymi książkami, które z bólem serca musiałam po przeczytaniu odłożyć na półkę.  Kolejnym powodem dla którego tak pozytywnie oceniłam ten rok książkowy jest fakt, że w tym roku przeczytałam  kilka w języku angielskim, z czego jestem bardzo zadowolona.

muzyczka:


W tym roku przeczytałam 80 książek, co uważam za bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę, że przez ostatnie pół roku miałam nieco ograniczony czas na czytanie. Postanowiłam wyróżnić TOP 5 Najlepszych książek tego roku oraz TOP 5 Najgorszych.

TOP 5 NAJLEPSZYCH KSIĄŻEK 2018 ROKU:

Wśród puli najlepszych książek tego roku nie mogło zabraknąć takich pozycji jak: "Saga o Ludziach Lodu" Margit Sandemo, "Cień wiatru" Carlosa Ruiz Zafon'a, "Tusz" Alice Broadway, "Z popiołów" Martyny Senator czy "Marzyciela" Laini Taylor.

"Saga o Ludziach Lodu" Margit Sandemo

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała na tej liście o słynnej Lodowej Sadze Margit. Swoją przygodę z Sagą zakończyłam na początku 2018 roku, po czym nie mogąc oprzeć się jej urokowi, już w grudniu powróciłam do wspaniałych baśniowych klimatów Sagi. Z pośród wszystkich Sag, opowieści, tylko Saga o Ludziach Lodu, zapadła mi w pamięć na tyle mocno, bym miała chęć przeczytać ją ponownie. Bowiem tym,co przyciąga oko jest ów baśniowy i nieco mroczny klimat, a nuż nie wolno zapominać o jeszcze nie zwyklejszych bohaterach!

"Tengel Zły, aby otrzymać nieśmiertelność, zawarł pakt z diabłem. W ramach umowy przynajmniej jedna osoba w każdym pokoleniu rodziła się "dotkniętą" i musiała służyć złu. W XVI wieku przyszedł na świat jeden z dotkniętych, Tengel, który podjął starania zniszczenia przekleństwa, dlatego został nazwany Dobrym. O jego potomkach opowiada ta Saga"- jak tu się nie skusić?

"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon

O mojej gorącej miłości do książek Zafon'a na tym blogu, było już nie raz głośno.  Dlatego fakt, że moja ulubiona powieść jego autorstwa znalazła się na liście mojego TOP, nie powinna być dla Was zaskoczeniem. "Cień wiatru" niesie ze sobą zapach tajemnic, zapach świeżej kawy i tęsknoty, która może zaspokoić tylko przeczytanie tej powieści. Zafon ma niezwykły dar do wprowadzenia czytelnika w świat niezwyklej i mrocznej Barcelony, co sprawia, że Czytelnik ma wielką ochotę zatrzymać się w Księgarni Sempere czy zagościć na Cmentarzu Zapomnianych Książek Izaaka trochę dłużej. Po więcej informacji, zapraszam do recenzji.

"Tusz" Alice Broadway

Oszałamiający debiut Broadway podbił moje serce i szczerze powiedziawszy nie mogę doczekać się kolejnej części. Przyznam, że ta powieść spodobała mi się tak bardzo, że dla mnie samej było to zaskoczeniem. Bardzo spodobał mi się pomysł z wykorzystaniem przez Broadway tatuaży oraz niespotkana przeze mnie dotąd koncepcja wplatania w powieść dziecięcych baśni czy opowieści. Przeczytałam tę książkę w trzy dni i od razu zapragnęłam więcej. Czytając "Tusz" czułam się odprężona tak, jak nigdy wcześniej, po prostu utonęłam w tym niezwykłym świecie! Więcej szczegółów w mojej recenzji.

"Z popiołów" Martyna Senator 

Nie jestem fanką literatury YA ani tanich romansideł dla zakochanych nieszczęśliwie nastolatek. Jednak dzięki trylogii "Z popiołów" Martyny Senator z nieskrywaną radością zagłębiłam się szerzej w powieści z gatunku NEW ADULT, w której poczułam się dosyć swojsko i przytulnie.  Właściwie umieszczając na mojej liście "Z popiołów", chcę oczywiście polecić całą trylogię, jednak to właśnie tytułowa, pierwsza część podbiła moje serce. Byłam przyjemnie zaskoczona faktem, jak szybko czytało mi się tę książkę i pojawiającymi się w niej bohaterami. "Z popiołów" może być historią, którą w gruncie rzeczy napisało samo życie, co sprawia, że ta powieść jest jeszcze bardziej wyjątkowa. RECENZJA.

 "Marzyciel" Laini Taylor

"Marzyciel" to książka idealna dla Czytelników, dla których ważny jest kunszt pisarski autora. Laini Taylor zdecydowanie taki posiada. Podczas czytania nie sposób nie dostrzec wyszlifowanego i wystudiowanego, pełnego barw języka. Fabuła "Marzyciela" jest równie pełna magii, jak sam jej język. Ta książka to niezwykła podróż dla Czytelników obdarzonych bujną fantazją, gdyż każdy z nich znajdzie coś tam dla siebie: mityczne, zapomniane miasto, niezwykli bohaterowie i przepiękny język autorki! Czytając "Marzyciela" nie mogłam się nadziwić z jaką dokładnością autorka wykreowała istniejący tam świat, jak również występujące tam postacie.   Nie mogę się doczekać, aby sięgnąć po kolejną część przygód młodego bibliotekarza! Więcej w recenzji.


TOP 5 NAJGORSZYCH KSIĄŻEK 2018 ROKU:


Szczerze mówiąc o wiele trudniej było mi wybrać te książki, które mi się w tym 2018 roku nie podobały, gdyż lista była całkiem spora. Niemniej jednak, udało mi się to zrobić i lista prezentuje się następująco: "Eleonora&Park" Rainbow Rowell, "Szewcy" Stanisława Ignacego Witkiewicza, "Lato koloru wiśni" Cariny Bartsch, "Zniknięcie słonia" Haruki 'ego Murakami-ego oraz "Mały przyjaciel" Donny Tartt.



"Eleonora&Park" Rainbow Rowell



Ta książka to dla mnie jakieś kompletne nieporozumienie. Zdecydowanie nie lubuję się w klimatach młodzieżowych, więc czytanie tej książki było dla mnie prawie koszmarem. Jeśli dodać do tego dwójkę nielogicznie myślących bohaterów to własnie wychodzi takie... coś. Sama koncepcja tej książki była bardzo ciekawa, ale jej wykonanie zupełnie nie przypadło mi do gustu i bardzo żałuję, że sięgnęłam po tę powieść. Po szczegóły mojego "zażalenia" zapraszam TUTAJ.

"Szewcy" Stanisław Ignacy Witkiewicz


"Szewcy" byli moją tegoroczną lekturą szkolną, której ze względu na język autora nie mogłam przeboleć. Wiem, że wielu uczniów (w tym ja również) nie może się połapać o co chodzi w lekturach z XX lecia międzywojennego. O tyle, ile dla mnie wszystkie inne lektury ("Ferdydurke", "Jądro ciemności", "Sklepy cynamonowe", "Proces") były zrozumiałe- a przynajmniej dało się doszukać w nich jakiegoś logicznego sensu, tak w "Szewcach" ja po prostu nie potrafiłam się go doszukać. Podczas czytania miałam wrażenie, że czytam o jakiś niewyobrażalnych bzdurach i ta lektura była własnie tą jak dla mnie bezsensowną i bez większego przekazu.


"Lato koloru wiśni" Carina Bartsch



Książka ta jest z gatunku NA, dlatego szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś o wiele lepszego, niż to, co zastałam. Spotkałam się z wręcz przerażająco nielogicznym zachowaniem bohaterów, co już samo w sobie wydaje się zatrważające, kiedy  mówi się o dwójce dorosłych ludzi, a nie dzieci bawiących się w piaskownicy.  Wielokrotnie próbowałam doszukać się jakiekolwiek sensu w postępowaniu głównych bohaterów, jednak niestety nie znalazłam. To właśnie jest główny powód, dla którego zdecydowałam się umieścić te książkę na mojej liście.  Więcej w recenzji.

"Zniknięcie słonia" Haruki Murakami


Murakami jako pisarz nie raz potrafi zadziwić, toteż kiedy sięgnęłam po zbiór opowiadań zatytułowany "Zniknięcie słonia" spodziewałam się odkryć tam, to, co odnalazłam w innych jego książkach- nostalgie, zwykłe codzienne życie bohaterów opisane w tak niezwykły sposób. Zamiast tego trafiłam na coś zupełnie innego, coś czego się nie spodziewałam, zbiór esów i floresów, w których niemożliwością jest doszukać się jakiegoś głębszego sensu. Mało tego, prawie każde z tych opowiadań jest niedokończone, co pozostawia niesmak. Zdecydowanie lepiej czyta mi się powieści Murakami'ego niż jego opowiadania. Po szczegóły zapraszam TUTAJ


"Mały przyjaciel" Donny Tartt


Powieść Donny Tartt zapowiadająca się jako kryminał z klasy B, okazała się być historią o dwunastoletniej dziewczynce interesującej się dinozaurami, co było powodem mojego rozczarowania tą książką. Była to jedyna książka, której nie byłam w stanie dokończyć, ponieważ zwyczajnie się nudziłam. Moje drugie spotkanie z tą autorką przyniosło następujący wniosek; jej twórczość zdecydowanie do mnie nie przemawia. Szczerze mówiąc, jestem zadowolona z tego faktu, gdyż dzięki temu mogłam zacząć czytać inną, o wiele bardziej interesującą mnie książkę.


To tyle. Jak Wy oceniacie pod względem książkowym rok 2018? Jakie są Wasze Najlepsze i Najgorsze Książki? Napiszcie w komentarzach!


poniedziałek, grudnia 31, 2018

"CZYTELNICZE PODSUMOWANIE GRUDNIA I PLANY NA STYCZEŃ 2019!"

"CZYTELNICZE PODSUMOWANIE GRUDNIA I PLANY NA STYCZEŃ 2019!"

 Hejka!


Nadszedł czas na tradycyjne podsumowanie miesiąca! Jak dotąd grudzień był tym miesiącem, który najmocniej dał mi się we znaki, jeśli chodzi o brak czasu na czytanie, w związku z zajęciami i przygotowaniami do Świąt. W grudniu przeczytałam 7 książek i jeśli chodzi o wynik to jestem bardzo zadowolona, że pomimo uciążliwego braku czasu, udało mi się aż tyle przeczytać. :)

muzyczka:



W grudniu dokończyłam rozpoczętego przeze mnie "Szczygła" a zakończyłam na "Harrym Potterze i Czarze Ognia", który nieodmiennie kojarzy mi się ze świąteczną atmosferą.


1. "Szczygieł" Donna Tartt <recenzja>


2. "Światło" Jay Asher <recenzja>


3-5. "Saga o Ludziach Lodu" tomy 1-3- Margit Sandemo
6. "Pride and Prejudice"- Jane Austen



7."Harry Potter i Czara Ognia"- J. K. Rowling


Z tej książki na pewno możecie spodziewać się niebawem recenzji! :)


"Harry Potter i Czara Ognia" oraz "Saga o Ludziach Lodu"


"Szczygieł"


CO W STYCZNIU?


Styczeń będzie miesiącem ferii zimowych, więc spośród groma nauki na pewno uda mi się wygospodarować nieco czasu na czytanie. Spośród mojej dłuuugiej listy książek wybrałam te tytuły, które najbardziej chciałabym przeczytać w styczniu. Oczywiście istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że niemożliwością będzie dla mnie przeczytanie ich wszystkich z uwagi na brak czasu z powodu matury. Ograniczyłam się więc do takiej top 5 tytułów. W grudniu chciałabym przeczytać następujące książki:

- "Opowieści o Shikanoko" Lian Hearn
- "Cinder" Marissy Meyer,
- "Król Kier" Aleksandry Polak/ "Little Woman" May Lousie Alcott
- "Złodziejka Książek Markusa Zusaka,
- "Oświadczyny" Tasminy Perry,
- dalsze części "Sagi o Ludziach Lodu" Margit Sandemo.


Macie jakieś propozycje od czego powinnam zacząć? O odpowiedzi proszę w komentarzach!



Pozdrawiam, Shira :)




piątek, grudnia 21, 2018

"Szczygieł"- Donna Tartt

"Szczygieł"- Donna Tartt


tytuł oryginału: Goldfinch
data wydania: 30 kwietnia 2015
liczba stron: 844
kategoria: literatura współczesna, Nagroda Pultizera 
język: polski 

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:




Po wielkim rozczarowaniu jakim był "Mały przyjaciel" Donny Tartt zapragnęłam sięgnąć po inną powieść tej autorki. W natłoku pozytywnych recenzji i pochlebnych opinii rozpoczęłam moją przygodę ze "Szczygłem".  Dając autorce naprawdę spory kredyt zaufania, spodziewałam się że książka czymś mnie zachwyci. I niestety moje spotkanie ze "Szczygłem" nie należało do zbyt udanych, ale mimo wszystko, powieść nie rozczarowała mnie aż tak bardzo. Po prostu liczyłam na coś więcej. Zapraszam na recenzję "Szczygła" Donny Tartt.


"Jak daleko można się posunąć, by oszukać los? Theo Decker cudem udaje się przeżyć wybuch. W irracjonalnym odruchu wykrada z ruin muzeum niewielki obraz. Ulubiony obraz matki, którą stracił w zamachu. Szczygieł, pilnie strzeżony symbol bezpowrotnie utraconego życia, będzie towarzyszył Theo w nieustającej podróży. Obraz, który początkowo jest dla Theo bezcennym skarbem, z czasem sprowadzi na niego śmiertelne niebezpieczeństwo."
-LubimyCzytać


Dwunastoletni Theodore tylko cudem przeżywa zamach terrorystyczny. Uciekając z miejsca zdarzenia odruchowo zabiera ze sobą ulubiony obraz matki. Matka chłopca zginęła, zaś z ojcem Theo nie utrzymywał żadnych kontaktów. Chłopiec początkowo zamieszkuje w bogatej rezydencji Barbourów, po czym jednak stopniowo przenosi się z miejsca na miejsce. Wykradziony z muzeum obraz i mgliste wspomnienie matki nieustanie towarzyszą mu w tej podroży. Chłopiec nie wie jak wielką wartość ma skradziony przez niego obraz i niebawem pakuje się w poważne tarapaty.

Tak jak pisałam wcześniej, oczekiwałam czegoś więcej po Donnie Tartt, zwłaszcza, że "Szczygieł" zdobył Nagrodę Pultizera, a to nie byle wyróżnienie. Widać autorka  nie całkiem trafiła w mój gust czytelniczy. A szkoda, ponieważ mogłaby być to naprawdę wspaniała powieść. Mimo wszystko ogromnym błędem byłoby napisanie, że w moim odczuciu, ta powieść ma same wady. Bowiem "Szczygieł" posiada swoisty przyciągający mnie magnetyzm. Jednak przewaga wad nad zaletami tej książki jest wręcz miażdżąca.

Główną osią fabuły jest rozwój wewnętrzny głównego bohatera, którego punkiem zwrotnym staje się śmierć matki oraz kradzież obrazu. Odtąd chłopca prześladuje nieuzasadnione poczucie winy. Obraz, który Theo ukradł staje się jego łącznikiem z przeszłością, brzemieniem winy, który musi nieść. Przynosi mu ukojenie w trudnych chwilach, ale również poważne tarapaty. Czytelnik podróżuje wraz z głównym bohaterem poprzez słynące z rozpusty Las Vegas, aż po mroczny Amsterdam. Donna Tartt skupiła się przede wszystkim na kreacji psychiki głównego bohatera, jego upadku moralnym i próbach odnalezienia swojego "ja" w okrutnym świecie. 

"Za każdym razem, gdy widzisz muchę albo inne owady na martwej naturze, zwiędły płatek albo czarną kropkę na jabłku, malarz przekazuje ci potajemnie wiadomość. Mówi ci, że rzeczy żywe są nietrwałe, wszystko jest tymczasowe. Śmierć w życiu. Dlatego mówimy o martwej naturze."

Dopełnieniem całości tej książki jest obraz wykradziony przez Theo z muzeum. To właśnie obraz wywarł wpływ na osobowość głównego bohatera, był źródłem wszelkich jego najskrytszych lęków. Za pomocą owego obraz autorka w sposób symboliczny  uzewnętrzniła postać głównego bohatera, po mistrzowsku pokazując jego stopniowy upadek moralny, jego złe i ciemne strony. Tym samym podkreśla jak ważna jest sztuka w życiu człowieka. Patrząc z tej perspektywy "Szczygieł" to dzieło będące hołdem dla świata sztuki, świata malarzy. Bowiem sztuka to kolejny główny wątek tej powieści i bez niego "Szczygieł" nie byłby tym,czym jest. Kontemplacja dla świat sztuki jest widoczna niemal na każdej stronie tej powieści. Moim zdaniem poprowadzenie tego wątku w taki sposób, jak zrobiła to Tartt, zasługuje na duży plus. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z książką, która tak wiele poświęcałaby roli sztuki i jej wpływu na życie człowieka. Powieść lekko dotyka  metafizycznej natury człowieka, jego wrażliwości na piękno sztuki. To jedna z nietuzinkowych cechy tej powieści.

"... między "rzeczywistością" z jednej strony a punktem, gdzie umysł styka się z rzeczywistością, istnieje strefa pośrednia, tęczowa krawędź, gdzie rodzi się piękno, gdzie dwie zupełnie różne powierzchnie mieszają się i stapiają, przynosząc coś, czego nie jest w stanie dać życie: w tej przestrzeni mieści się cała sztuka i cała magia."

Powieść obfituje w znikomą ilość akcji. Punktami zwrotnymi są przeważnie podróże głównego bohatera od imprezowego Las Vegas aż do mrocznego i tajemniczego Amsterdamu. Przyznam, że choć naprawdę starałam się odnaleźć w tej książce coś więcej, coś, co by mnie urzekło, to jednak nie potrafiłam znaleźć żadnego punktu zaczepienia, przez co, czytało mi się opornie i byłam książką najzwyczajniej znudzona. Brakowało mi momentów, gdzie akcja gwałtownie nabiera tempa, a Czytelnik z zapałem przewraca kolejne strony. Niczego takiego tutaj nie znalazłam, a szkoda, gdyż dzięki temu powieść byłaby znacznie bardziej bogatsza.

Jeśli chodzi o bohaterów "Szczygła", to książka oferuje szeroką paletę różnorodnych charakterów. Każdy z nich wyposażony jest we własny, nieco unikatowy styl bycia. Dodatkowo, autorka  ubarwia każdą z postaci poprzez nieco szersze ich przedstawienie w postaci krótkiego życiorysu. Pisarka  stworzyła bohaterów o całkowicie odmiennych priorytetach i motywach działania. W tym względzie ten zabieg zasługuje na plus. Jeśli zaś chodzi o postacie głównych bohaterów, Borisa i Theodore to myślę, że idealnym określeniem byłoby stwierdzenie, że byli oni "jak ogień i woda". Te dwie postacie są od siebie niemal skrajnie różni, co przyznam nieco mnie irytowało. Theo to wiecznie żyjący w poczuciu winy, o skłonnościach samobójczych z zamiłowaniem narkotyków najpierw chłopiec, później dorosły mężczyzna. Przyznam, że bardzo zirytował mnie fakt, że autorka tak bardzo rozbudowała tą postać, gdyż czytanie w kółko o jego niezdecydowaniu, poczuciu winy, czy narkotycznych halucynacjach, nie było co najmniej pozytywne ani w jakiś sposób przyjemne. Skrajnie słaby psychicznie bohater i obok niego, wiecznie zadowolony z życia Boris z podobnymi skłonnościami, to chyba najgorsza mieszanka, jaką Tartt mogła stworzyć. Podobało mi się, jak autorka pokazała wzajemną przyjaźń i troskę chłopców, ale nic poza tym.

O wiele bardziej polubiłam postacie drugoplanowe, zwłaszcza Hobiego, mężczyznę w wieku średnim, utalentowanego stolarza oraz jego siostrzenicę Pippę. Postacie te, wykreowane w sposób jak najbardziej pozytywny niosły ze sobą harmonię i pewien względny rodzaj spokoju w życiu Theodore. Właśnie, dzięki tej szczególnej atmosferze, którą odczuwałam czytając o Hobie i Pippie, byłam zdecydowana dobrnąć do końca tej książki i w jakiś irracjonalny sposób odczuwałam wtedy przyjemność z jej czytania.

"Nie miałem jej nic do zaoferowania. Byłem chorobą, niestabilnością, wszystkim, przed czym chciała uciec."

Przyznam, że absolutnie największa zaletą tej książki jest język. "Szczygieł" wyraźnie pokazuje pisarski kunszt autorki. Warsztat pisarski Tartt jest niezwykle bogaty- pełen podniosłych metafor i niespotykanych epitetów. Osobiście uwielbiam książki napisane takim podniosłym i wyrazistym stylem, dlatego też nawet będąc znudzona powolną akcją powieści, potrafiłam cieszyć się samą możliwością "obcowania" z takim stylem słowa pisanego. Jedyna rzeczą, do której mogłabym się przyczepić są zbyt rozbudowane zdania, co nieco zaburzało mi czytanie.

"Szczygieł" to powieść mówiąca subiektywnie o sztuce, dlatego też, gdy czytałam o danym malarzu czy jego obrazie, brakowało mi wizerunku samego obrazu, bądź jego autora. Uważam, że gdyby Tartt pokusiła się o wizualne wzbogacenie książki, byłoby to na pewno dobre posuniecie.

"A great sorrow, and one that I am only beginning to understand: we don’t get to choose our own hearts. We can’t make ourselves want what’s good for us or what’s good for other people. We don’t get to choose the people we are."

Podsumowując, przyznam, że wynudziłam się makabrycznie w trakcie czytania tej lektury, toteż przemykająca się tam metafizyczna forma sztuki i kunsztowny język nieco wynagradzały mi ten fakt. Przez niezwykle nużącą akcje, kilkakrotnie odkładałam "Szczygła" i zaczynałam czytać inną książkę, żeby nieco "odetchnąć", tak aby nie umrzeć z nudów. W efekcie męczyłam się z tą książką dwa tygodnie. Mimo wszystko, uważam, że "Szczygieł" to niezwykle wartościowa książka, przynajmniej jeśli chodzi o dzieła sztuki.



"Szczygieł" nie jest książką, która każdemu przypadła by do gustu. Jeśli jednak mowa o osobach interesujących się sztuką we wszelkich jej dziedzinach, a także wrażliwych na piękno języka, "Szczygieł" może być wyborem idealnym. Miłośnikom literatury współczesnej i tzw. "białych kruków", ze względu na nietuzinkowość tej książki zdecydowanie polecam. Jeśli jednak nie jesteście wielkimi fanami sztuki, zdecydowanie odradzam, gdyż zwyczajnie wynudzicie się śmiertelnie. 

Moja ocena: 4,5/10 :)


Copyright © 2016 "Z dziennika książkoholiczki" , Blogger