Bardzo się cieszyłam na tego posta i nie mogłam się doczekać, aż usiądę i go w końcu napiszę. Przez ostatnie dwa miesiące sporo się u mnie działo, więc chciałabym się tym podzielić - także w kontekście czytelniczym! I są to dobre wiadomości - ukończyłam staż w bibliotece i niebawem będę formalnie zaczynać pracę, z czego bardzo się cieszę! Po drugie, przez ten czas kwietnia i maja przeczytałam sporo naprawdę świetnych pozycji. Część z nich już jest na blogu, a inne planuję i niebawem będę je wstawiać, dlatego można śmiało tego wyczekiwać! Tak więc, nie przedłużając, zapraszam na podsumowanie tego, co działo się u mnie pod względem czytelniczym w okresie kwietnia, maja i początku czerwca!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
W ostatnim czasie sporo nadrobiłam, jeśli chodzi o zaczęte serie, zarówno książkowe, jak i serialowe. Gdy się odkryje kilka dobrych serii i ogląda kilka naraz, trudno je niekiedy dokończyć. Aczkolwiek jednak, ja mam tak rzadko, ale się zdarzyło. Dokończyłam serial Kaoruko i Rin. Rozkwitając z tobą, ostatnio powróciłam i obejrzałam ponownie całą Niezwykłą prawniczkę Woo oraz Matki pingwinów. Obydwie serie bardzo mi się podobały i jestem pewna, że gdy obejrzę kolejne o podobnej tematyce, chętnie wrzucę tutaj recenzję! Już nie mogę się tego doczekać!
Pod względem książkowym - i w tym kontekście uważam to za ogromny sukces - dokończyłam chyba najgrubszą powieść młodzieżową, jaką widziałam, czyli Nie całuj się pod kapliczką Weroniki Pawlak. W ostatnim czasie dość mocno polubiłam się z reportażami (i ostatecznie sama napisałam bardzo podobny format), główni z twórczością Jacka Hołuby, o czym na pewno będzie więcej na blogu. Udało mi się nawiązać współpracę z kolejnymi wydawnictwami rozszerzyłam swoje portfolio, a także - ukończyłam pisanie mojego podrozdziału do monografii, której publikacja jest planowana na październik tego roku! Strasznie się cieszę! Przez ostatnie dwa miesiące przeczytałam aż 16 książek, co uważam za bardzo dobry wynik! W ostatnim czasie miałam także okazję przeprowadzić kilka świetnych wywiadów, a także zrelacjonowałam kilka dobrych prób medialnych, a później poszłam na spektakle. Nie wspominając już o tym, że miałam inspirujące zajęcia na studiach i jeszcze bardziej włączyłam się w uwielbienia organizowane w Krakowie i odkryłam nowe wspólnoty z super ludźmi! Miałam również okazję ponownie stanąć przed klasą uczniów jako nauczycielka języka polskiego, z czego naprawdę mega się cieszę! To dla mnie bardzo ważna sprawa!
PRZECZYTANE
Okres kwietnia i maja był dla mnie intensywnym czasem czytelniczym! Przeczytałam 16 pozycji i w dużej mierze były one idealnie trafione! Po pierwsze i najważniejsze, przeczytałam książkę Jagody Kwiecień, Z różą w dłoni, którą bardzo dobrze wspominam i już jutro, czyli 22 czerwca planuję jej recenzję. Specjalnie zaczęłam od niej bo nie mogłam się doczekać tej książki i na miesiąc maj była ona wprost idealna! Już teraz wiem, że z pewnością będę chciała zapoznać się z trylogią różaną od wydawnictwa Esprit! Kolejna książka również jest od wspomnianego wydawnictwa i jest to Tetelestai! Wykonało się! autorstwa o. Józefa Witko OFM. Muszę przyznać, że jej lektura była bardzo poruszająca i już teraz zapraszam na recenzję, gdyż jest już na moim blogu! Następną pozycją była niezwykła dla mnie książka Czego najbardziej żałują umierający pióra Bronnie Ware, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że naprawdę warto jest być wdzięcznym za to co się ma i nie odkładać życia na później! Sięgnęłam również po Bogowie i roboty Adrienne Mayor oraz Cierń T. Kingisher. Obydwie bardzo przypadły mi do gustu i cieszę się, że je przeczytałam. W międzyczasie przeczytałam także powieść-komiks Biały ptak pióra R.J. Palacio, który nie zmieścił mi się na grafice. Właściwie trafiłam na tą pozycje przypadkowo, ale pomyślałam: dlaczego nie?. Dokonałam właściwego wyboru, bo ta książka jest niesamowita! Tak jak wspominałam, pokochałam ostatnio reportaże i tak w moje ręce trafiło Wszystko mam bardziej. O życiu w spektrum autyzmu Jacka Hołuby. Spodobała mi się ona na tyle, że postanowiłam powrócić do czytanych niegdyś Niegrzecznych! Bądźcie pewni, że dzieła tego autora niebawem zagoszczą na moim blogu w postaci recenzji!
Powtórzyłam także dwie bardzo ważne dla mnie pozycje, czyli Wstawaj Alicja Doroty Chęć oraz Żywe serce ks. Piotra Pawlukiewicza. Potrzebowałam do nich wrócić i na nowo je odczytać, przypomnieć sobie co czułam, kiedy czytałam je po raz pierwszy. Kolejną pozycją, która niestety nie zmieściła się na grafice są Genialne umysły autorstwa Jennier Lynn Barnes, jest to pierwszy tom serii Naturalsi, który z pewnością zamierzam kontynuować! Zaciekawił mnie ten typ literatury, przyznaję! Sięgnęłam również po Umieć w relacje Vereny König, książkę od wydawnictwa Otwarte, która okazała się bardzo pouczającą lekturą z zestawem ćwiczeń, co było dla mnie miłym zaskoczeniem. Dokończyłam także lekturę serii Flaw(less) od Marty Łabęckiej i to była zdecydowanie jedna z lepszych serii młodzieżowych tego roku! W następnej kolejności dokończyłam czytać książkę Merlina R. Cartohersa Moc uwielbienia, której recenzja pojawi się na blogu na dniach. Świetna, inspirująca i dająca do myślenia i rozwoju lektura! Udało mi się dokończyć - uważam to za sukces! - powieść Weroniki Pawlak Nie całuj się pod kapliczką, której lektura wymagała ode mnie naprawdę sporej cierpliwości, tak do bohaterów, jak i samego stylu, w jakim została napisana. Ostatecznie mi się to udało i jestem z siebie dumna! Bardzo miłymi zaskoczeniami ostatnich dwóch miesięcy są dla mnie dwie ostatnie książki, na które natknęłam się zupełnym przypadkiem i bardzo mi się one spodobały. Są to Sklep pory deszczowej autorstwa You Young-Gwanga oraz rozmowa Renaty Czerwińskiej z Marcinem Zielińskim w książce OdNowa. Znam kościół, który żyje. Te pozycje przeczytałam zaraz na początku czerwca. Na dniach planowane są recenzje, więc na bieżąco będę dzieliła się swoimi odczuciami odnośnie do opisanych tutaj pozycji!
Z różą w dłoni - Jagoda Kwiecień <recenzja 22 czerwca>
Tetelestai! Wykonało się! - o. Józef Witko OFM <recenzja 22 czerwca>
Czego najbardziej żałują umierający - Bronnie Ware <recenzja 23 czerwca>
Bogowie i roboty - Adrienne Mayor <recenzja 24 czerwca>
Cierń - T. Kingisher <recenzja 24 czerwca>
Biały ptak - R.J. Palacio, <recenzja 24 czerwca>
Wszystko mam bardziej. O życiu w spektrum autyzmu - Jacek Hołuba <recenzja 24 czerwca>
All of Yours Flaws - Marta Łabęcka <recenzja tutaj>
Nie całuj się pod kapliczką - Weronika Pawlak <recenzja tutaj>
Moc uwielbienia - Merlin R. Carothers <recenzja 24 czerwca>
Sklep pory deszczowej - You Yeon-Gwang <recenzja 25 czerwca>
OdNowa. Znam kościół, który żyje. Rozmawiają Renata Czerwińska i Marcin Zieliński <recenzja 24 czerwca>
A CO PLANUJĘ CZYTAĆ W CZERWCU?
(i co już przeczytałam)?
Czerwiec jak widać, zapowiada się bardzo obiecująco i ambitnie! Jak sami widzicie, kontynuuję wyzwanie Biblioteki Kraków w ramach Paszportu Czytelnika. Jak dotąd udało mi się przeczytać następujące pozycje: Sklep pory deszczowej You Yeong-Gwanga i uważam, że jest to bardzo dobra pozycja, na dniach będzie recenzja!. Powróciłam do mojej ukochanej książki Promyczek Kim Holden i niebawem zamierzam sięgnąć także po Franco. Przeczytałam także OdNowa. Znam kościół, który żyje, rozmawiają: Renata Czerwińska i Marcin Zieliński na dniach pojawi się recenzja tego wywiadu. Planuję dokończyć lekturę Niegrzecznych oraz Beze mnie jesteś nikim Jacka Hołuby. Oprócz tego chciałabym przeczytać trzeci tom Niepowszednich Justyny Drzewickiej oraz Poślub mnie nad rzeką Weroniki Pawlak. W planach mam również drugi tom trylogii różanej, Progi twego domu od Jagody Kwiecień. Chciałabym jeszcze przeczytać ponownie kilka tytułów, ale zapewne przesunę je na spokojnie na lipiec. Tak czy siak, zapowiada się wspaniale! :)
Prawdę mówiąc, odkąd (znów!) na bookstagramie rzucił mi się w oczy profil Weroniki, a następnie gdzieś znalazłam recenzję książki Nie całuj się pod kapliczką, postanowiłam, że koniecznie muszę ją przeczytać. O ile tom pierwszy udało mi się zdobyć w formie e-booka, tak na kolejne części postanowiłam zapolować w krakowskich bibliotekach. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy odkryłam, że każdy tom znajduje się w innych placówkach, mało tego, w kompletnie różnych miejscach… Stwierdziłam, że trudno, jeśli pierwszy tom ostatecznie mi się spodoba, mogę się przejechać po te kolejne. Nie całuj się pod kapliczką Weroniki Pawlak zdecydowanie spełniło moje oczekiwania, aczkolwiek nie obyło się bez drobnych mankamentów.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Faustyna Świt uwielbia zapisywać cytaty na drzwiach swojej szafy, nie znosi żółtych spódnic i widoku swoich włosów w lustrze o poranku. Kiedy na rozpoczęciu roku szkolnego poznaje Józka błyskawicznie dochodzi do wniosku, że nigdy w życiu się z nim nie zaprzyjaźni. A jednak pojawienie się tego nowego ucznia sprawia, że jej świat skurczony dotąd do dwójki najbliższych przyjaciół zaczyna się poszerzać i przyśpiesza. Co wyniknie z ich przypadkowego spotkania?
Nie całuj się pod kapliczką to pierwszy tom Trylogii Sercowskiej, która cieszy się ogromną popularnością wśród tysięcy użytkowników serwisu Wattpad.
opis własny
Muszę przyznać, że zabierałam się do tej książki z ogromnym entuzjazmem. I przez pierwsze kilkadziesiąt stron moje zainteresowanie nie osłabło. Bardzo chciałabym powiedzieć, że ta książka trzymała mnie w napięciu i utrzymywała moje skupienie aż do ostatniej strony, ale tak nie było. A przynajmniej nie do końca, ponieważ czytałam ją zrywami.
Nie całuj się pod kapliczką to książka, która zasługuje na wyróżnienie. Chociażby z uwagi na ciekawy koncept fabularny. Fabuła rozwija się misternie tkana niczym przepiękna nić. Autorka raz po raz mnie zaskakiwała nagłymi wątkami, niejednokrotnie udowadniając mi, że w tej książce nie ma nudy. Na uwagę zasługują także bogate odniesienia do innych książek, także lektur języka polskiego i co najważniejsze do Biblii. Historia Józka i Faustyny jest bowiem w dużej mierze podparta biblijnymi odniesieniami, co osobiście uważam za duży plus. Nie da się jednak ukryć, że tak rozbudowana książka, licząca aż 704 strony, bohaterowie przebywają naprawdę długa drogę zarówno do tego, aby lepiej się poznać i stoczyć swoje własne bitwy, cóż, potrafi wymęczyć.
Niejednokrotnie potrzebowałam dłuższej przerwy od tej historii, by w międzyczasie przeczytać inne książki i dać sobie odskocznię. W efekcie czytałam ją chyba ponad miesiąc. Pomimo faktu, że jest ona świetnie rozbudowana pod kątem fabularnym, tak jej znaczna objętość mocno rzutuje na odbiór. Można niekiedy odnieść wrażenie, że to wszystko się po prostu za bardzo wlecze i byłoby lepiej, gdyby rozbić ten tom na dwa krótsze. Możecie sobie wyobrazić moją minę, kiedy zobaczyłam, że dwa kolejne mają podobną objętość. Cóż, nie rozstanę się z Sercowem tak szybko, i dobrze, gdyż tak jak Józek pokochałam to idylliczne miejsce.
Niewątpliwie największym atutem tej książki jest jej klimat. Już od pierwszych stron Sercowo przypomina uroczą wioskę (czy nie wzorowaną przypadkiem na Wyspie Księcia Edwarda? :)), gdzie ludzie są dobrzy, panuje wszechobecna miłość, a każdy sąsiad temu drugiemu spieszy na pomoc. Sercowo to miejsce, które trudno opuścić. Myślę, że w dużej mierze taki był pomysł autorki, by czytelnik zostawił w tym miejscu kawałek swojego serca. Na całe szczęście ta sielska idylla jest nieco pozorna, gdyż jak każde miasteczko, tak i Sercowo ma swoje problemy. Nie każdy tutaj jest tak dobry i piękny, jak mogłoby się wydawać. Jest tutaj przynajmniej dwójka zranionych ludzi, których czyny sprawiają tym pozostałym cierpienie. I chociaż Faustyna z Józkiem oferują pomoc, niekoniecznie przynosi to spodziewany skutek. Napisałam wcześniej całe szczęście, poniewaz gdyby Sercowo byłoby doskonałe nie byłaby to opowieść osadzona w realnym świecie, ale bardziej zbliżona do utopii. Wówczas idealizmu byłoby w tej powieści zdecydowanie za dużo. A mówiąc o idealistach warto spojrzeć na Faustynę Świt, główną bohaterkę powieści.
Tym co mnie ujęło w Faustynie to złożoność tej postaci. Dziewczyna przy całym swoim rozmarzeniu, gadulstwie i serdeczności gdzieś w środku nadal jest małą dziewczynką, która doświadczyła nękania, ale dzięki temu potrafi zrozumieć cierpienie innych. Jej uśmiech i rozmarzenie są swego rodzaju mechanizmem ochronnym. Wiele osób nazywa Faustynę dziecinną. I jest w tym trochę racji. To bohaterka wierząca w dobro i w ludzi, jednak są sytuacje, kiedy zdecydowanie bywa zbyt naiwna i dramatyzująca, gdyż tak bardzo boi się zranienia. Stanowi kompletne przeciwieństwo Józka i zarazem wspaniałe jego uzupełnienie. Najbardziej lubię te momenty, kiedy obydwoje uczą się od siebie nawzajem. Dobroć Fau leczy Józkową zawziętość, z kolei on uczy ją bardziej trzeźwego spojrzenia. Chociaż bywały momenty, kiedy drażniło mnie zarówno zachowanie Fau, jak i Józka, to jednak uważam, że razem bardzo dobrze się uzupełniają.
Styl, jakim operuje Weronika Pawlak przypomina mi rzekę. Jest niezwykle bogaty, wypełniony cytatami, nawiązaniami do różnych dzieł literackich, a niekiedy nawet i dygresjami. Gdyby ta powieść była krótsza byłabym zachwycona. Jednak przez jej sporą objętość te momentami za długie opisy były męczące. Pomimo tego trudno byłoby nie docenić piękna tego stylu, bogactwa metafor i idącej za tym wrażliwości autorki.
Podsumowując, Nie całuj się pod kapliczką to piękna i wyjątkowa książka, o której długo nie będę potrafiła zapomnieć. I dana jej ocena jest tego zdecydowanie warta. Jestem przekonana, że sięgnę po kolejne tomy! Na razie jednak potrzebuję odrobiny przerwy od obecnego tam przesytu. A tymczasem Pokochaj mnie pod uniwersytetem grzecznie czeka sobie na półce.
To pozycja idealna na długie letnie wieczory, kiedy ma się ochotę na naprawdę długą i bogatą pozycję. Aczkolwiek, uprzedzam, warto jest dać sobie na nią czas, niekiedy nawet robić przerwy, gdyż czytana na raz potrafi naprawdę wymęczyć, uwierzcie! Polecam serdecznie!
Genialne umysły Jennifer Lynn Barnes to pierwszy tom serii The Naturals, która ukazała się nakładem wydawnictwa o nazwie tylko zachęcającej do jej przeczytania, mianowicie Must Read! Właściwie ta książka wpadła w moje ręce czystym przypadkiem. Ot, przeglądając bookstagrama pojawiła się w jednej relacji. Stwierdziłam, że nie znam tej autorki, nigdy też nie czytałam tego typu literatury, aczkolwiek nieco zbliżone do niej pozycje już za mną były. Uznałam, że warto dać jej szansę. Czy słusznie? Przeczytajcie sami!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Żeby ująć seryjnego mordercę, musisz myśleć jak seryjny morderca.
Siedemnastoletnia Cassie posiada niezwykły talent – potrafi powiedzieć, kim jesteś i czego pragniesz, jedynie za pomocą obserwacji twojego zachowania, co czyni ją naturalną profilerką. Dostrzega ją FBI i postanawia wcielić dziewczynę do programu rozwiązywania kryminalnych spraw sprzed lat. Oprócz niej, w zespole są także inni Naturalsi, dzieciaki obdarzone różnymi specyficznymi zdolnościami. Dean dzieli z Cassie zdolności do profilowania, Michael potrafi odczytywać emocje, a Lia zdemaskuje każde kłamstwo. Oczywiście w tym świecie nikt nie jest tym, za kogo się podaje. A gdy pojawia się nowy morderca, naturalsi już wiedzą, że niebezpieczeństwo jest bliżej, niż kiedykolwiek sobie to wyobrażali. Cassie nie ma więc wyboru, postanawia odkryć prawdę.
- opis własny
Przyznaję, że sięgając po Genialne umysły w zasadzie nie miałam jakichś większych oczekiwań. Byłam po prostu ciekawa co to za książka. I jak się okazało, w tym przypadku było to bardzo dobre podejście, ponieważ zostałam dość pozytywnie zaskoczona. Niemniej na pewno nie jest to pozycja, która wywarła na mnie tak silne wrażenie, bym po jej przeczytaniu z efektem “wow” na ustach została wbita w fotel. Chociaż oryginalny koncept na fabułę i postacie, jaki miała autorka kusi mnie na tyle, aby sięgnąć po kolejne tomy serii.
Genialne umysły to pozycja z pewnością nietuzinkowa i choć swoją poczytność zawdzięcza stosunkowo niewielkiej objętości wypełnionej za to mnogością wydarzeń. Powieść liczy niespełna 300 stron, ale jest tak wypełniona akcją, że w pełni to wystarcza. Napięcie przebija z każdej strony, więc nie sposób się oderwać od lektury. Rozbudowana fabuła pozwala na to, by jeszcze mocniej się w nią wciągnąć. Chociaż bywały momenty, kiedy relacje między poszczególnymi bohaterami mnie irytowały, to jednak uważam, że warto było po nią sięgnąć i pozwolić, by ten pełen akcji świat mnie zaskoczył.
Tym, co wyróżnia tą książkę jest wyjątkowy mroczny klimat. Napięcie, jakie generuje wartka akcja można by tutaj kroić nożem. Dodatkowo autorka naprzemiennie stosuje perspektywę Cassie i nowego mordercy, co sprawia, że trudno jest odłożyć lekturę choćby na chwilę. Zabawa w kotka i myszkę z każdą chwilą przybiera na sile, tym bardziej, że aż do ostatniej chwili nie znamy tożsamości sprawcy. Ta książka jest niepokojąca, mroczna i zdecydowanie przyciągająca!
Autorka ma prosty i lekki styl i w sumie nic dziwnego, w końcu to książka adresowana głównie do młodszych czytelników. Nie znajdziemy tutaj górnolotnych ozdobników, jedynie logiczne niuanse myślowe i obserwacje głównej bohaterki. Tajemniczej nuty dostarczają natomiast te rozdziały, w których to sprawca jest narratorem. Lynn Barnes sprytnie trzyma nas w niepewności aż do ostatniej chwili nie ujawniając jego tożsamości.
Przyznaję, że byłam pod wrażeniem tego, w jaki sposób Jennifer Lynn Barnes wykreowała swoje postacie. Zarówno Cassie, Dean i Michael, jak i Lia są niesamowicie inteligentni, a przy tym każde z nich wydaje się kompletnie nie pasować do reszty społeczeństwa. Każdy z nich dźwiga swoje traumy, wykorzystując przy tym swoje niesamowite zdolności, aby pomóc FBI. Lynn rzecz jasna dość wyraziście nakreśliła każdą postać, oprócz inteligencji nadając im swoje unikalne cechy. Zdecydowanie nie są to więc puste, papierowe postacie. Jednakże przy tej całej otoczce, niejednokrotnie wydawali mi się zbyt wyidealizowani, zbyt inteligentni i logiczni. Podczas lektury miałam z tyłu głowy, że to nadal są nastolatki. Jaki nastolatek jest aż tak mądry i logiczny? Rzecz jasna zdarzają się wyjątki, ale tutaj było tego zdecydowanie zbyt dużo. Ten mankament nieco psuł mi przyjemność z lektury, a postawa bohaterów niejednokrotnie mnie irytowała. Warto odjąć im przydanego czaru.
Podsumowując, jest to całkiem ciekawa pozycja i z pewnością dość nietuzinkowa na rynku wydawniczym. Jak pisałam nie jest może jakaś wybitna, aczkolwiek kto wie, może kolejne tomy spodobają mi się znacznie bardziej. Bo, nie ulega wątpliwości, że po następne tomy muszę sięgnąć. Mimo wszystko książkę oceniam dość wysoko (6/10 to chyba maksimum, na które mnie w tym przypadku stać). Mam nadzieję, że autorka mnie nie zawiedzie, bo po lekturze tomu pierwszego nabrałam większych oczekiwań, co do tej serii. Trzymam kciuki, aby tak było!
Genialne umysły to książka, która dobrze się sprawdzi jako odskocznia od preferowanego gatunku. Dla tych, którzy chcą spróbować czegoś innego w swoim książkowym świecie jest to pozycja obowiązkowa i z pewnością się na niej nie zawiedziecie! Zważywszy na jej stosunkowo niewielką objętość, pozycja idealnie się sprawdzi jako alternatywa dobrego serialu z wątkami kryminalnymi na dwa, może trzy wieczory. Polecam!
Żywe serce ks. Piotra Pawlukiewicza to bodajże druga książka z wydawnictwa RTCK, po którą sięgnęłam w ostatnim czasie. A nawet dawniej, bo po raz pierwszy przeczytałam ją w marcu 2025 roku, ściślej: 29 marca, będąc w szpitalu u Taty. To bardzo ważna i szczególna dla mnie pozycja. Doceniam ją przede wszystkim za humor i za to, że nawet w najtrudniejszym momencie czuwania, Pawlukiewicz potrafił swoimi historiami rozbawić mnie do łez! Pamiętam, że pomyślałam wówczas, że nawet jeśli mój śmiech był wtedy niestosowny, jeżeli w takim momencie, czując ten smutek, potrafiłam roześmiać się, to nawet będąc w niesamowicie trudnej sytuacji, znajdę choć malutki promień słońca, będę miała powód, by wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Po najgorszej burzy, najczarniejszej nocy, te smutek zniknie, a ja będę potrafiła się uśmiechnąć. Wystarczy znaleźć to malutkie ziarno radości i nadziei. Zajęło mi rok czasu, kiedy ponownie zabrałam się za tą lekturę, już po żałobie. Do dziś wywołuje we mnie te same ciepłe uczucia. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze. Wierzę w to!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Ksiądz Piotr Pawlukiewicz (1960-2020), legendarny kaznodzieja w niniejszej książce zawarł kwintesencję swojego nauczania z 2007 roku. To ponad 250 stron tekstu i 11 rozdziałów, które odmienią Twoje życie i sprawią, że spojrzysz na nie z innej perspektywy. Tak powinien brzmieć slogan widniejący na okładce. Cóż, moje życie ta lektura z pewnością odmieniła.
Żywe serce to zawołanie z tej książki skierowane do każdego odbiorcy. Dzisiaj świat potrzebuje ludzi o ŻYWYM SERCU, niekoniecznie mających jakiekolwiek wielkie osiągnięcia. Największym zagrożeniem jest lenistwo i idąca za tym wegetacja. W swojej książce Pawlukiewicz nie daje jednej prostej recepty, co robić. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: Zapytaj, co mnie ożywia? A następnie idź, i to zrób. Dzięki tej lekturze dowiesz się: jak zajrzeć w swoje serce, jak poznać samego siebie, „patrzeć sercem” i rozpoznać swój własny życiowy napęd; w jaki sposób mądrze podejmować decyzje, a także jak radzić sobie z grzechami, zranieniami, kompleksami i ogólnym poczuciem beznadziei? Absolutnie najlepsze jest jednak to, dowiesz się, jak odbudować w sobie poczucie własnej wartości! Gwarantuję!
- opis własny
Muszę przyznać, że bardzo mnie ta książka ujęła i to już od samego początku! Mimo że księdza Pawlukiewicza gdzieś tam kojarzyłam, nie słuchałam wcześniej jego kazań. Poznałam go dopiero, gdy w moje ręce wpadła ta książka. Wtedy właśnie poznałam też wydawnictwo RTCK. A wpadła w bardzo dobrym (złym) momencie! I bardzo dobrze, bo to właśnie ona pomogła mi przetrwać trudne chwile.
Co się w tej książce rzuca w oczy już od pierwszej strony, to bijący od niej humor! Naprawdę niesamowicie się uśmiałam podczas lektury, a nie był to czas, kiedy było mi do śmiechu. Jestem więc naprawdę wdzięczna, że wpadła ona w moje ręce akurat wtedy. Książka ta jest napisana z zaskakującą lekkością, można wręcz odnieść wrażenie, że są to słowa, które kieruje do nas jej autor. Dzięki temu zabiegowi akt lektury przypomina nieco dialog ze starym dobrym przyjacielem/znajomym, który przyszedł by opowiedzieć kawały i osłodzić jakoś Twoje życie. Tak się trochę czułam. Prosty styl, nie okraszony zbytnio ozdobnikami, za to przesiąknięty soczystą mową sprawia, że w zasadzie możnaby tą pozycję spokojnie przeczytać na jeden wieczór. Anegdotki z życia księdza Piotra naprawdę potrafią niekiedy rozbawić do łez i sprawiają, że myślisz jeszcze bardziej optymistycznie! Dopiero po lekturze zapoznałam się bliżej z osobą autora na YouTub’e i uważam, że zdecydowanie było warto!
Książka wbrew pozorom dotyka szeregu ważnych tematów, jednakże lekki styl autora w pewnym sensie zdejmuje ich ciężar podczas lektury. Oczywiście, Żywe serce zachęca do refleksji, ale zdecydowanie ich nie wymusza. Prostota, z jaką została napisana ta książka sprawia, że całkowicie naturalnie myślisz o swoim życiu i patrzysz na nie z nieco innej perspektywy. Podświadomie myślisz o swoich bliskich, o swoich pasjach i o tym, co Cię porusza. Zastanawiasz się, jak byś postąpił na miejscu bohaterów anegdotek przytaczanych przez Pawlukiewicza. I to jest w tej książce piękne i cenne. Prostota, zachęta do działania, żywej relacji i autentyczności. A wspomnienie kobiety z pieskiem chyba już zawsze będzie przypominać mi tą marcową noc i mój śmiech, gdy czytałam tą scenę (o co konkretnie z nią chodziło tego nie powiem, dowiedzcie się sami!) :).
Żywe serce to pozycja, która na mojej półce zajmuje bardzo ważne miejsce i lubię do niej wracać. Możliwe, że zrobię z tego tradycję i podobnie jak do moich innych comfort books (a taką książką jest na przykład Promyczek Kim Holden, której recenzję pisałam zresztą na blogu), będę po nią sięgać co rok lub wtedy, kiedy będę potrzebowała doładować swój optymizm!
Jest to pozycja po którą zdecydowanie warto sięgnąć! Sprawdzi się idealnie jako prezent na urodziny czy zwyczajnie bez okazji, aby przynieść komuś promienie słońca. Szczególnie poleciłabym ją osobą, które przechodzą przez trudniejszy czas i zmagają się z poczuciem beznadziei. Gwarantuję, że pokochacie tą książkę tak samo jak ja!
Umieć w relacje Vereny König to książka, którą mam przyjemność zrecenzować dzięki niedawno rozpoczętej współpracy z wydawnictwem Otwarte. Zdałam sobie sprawę, że dość dawno nie sięgałam po poradniki, więc najwyższy czas to zmienić. I dobrze się złożyło, bo książka König dotyczy właśnie relacji, a one stanowią jej główny temat i punkt wyjścia do dalszych rozważań. To w relacjach rodzi się poczucie bezpieczeństwa, bycia kochanym i potrzebnym, ale to również w nich doświadczamy straty, porzucenia czy traumy. Verena König przekonuje jednak, że zamiast patrzeć na relacje wyłącznie przez pryzmat zranień, warto zobaczyć je jako przestrzeń możliwego uzdrowienia. Czy mnie to przekonało? Zobaczcie sami!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
„Życie to relacje. Zadbaj, by były dobre”, tak w największym skrócie można oddać sens tej książki. Autorka, specjalizująca się w tematyce traumy i epigenetyki, prowadzi czytelnika przez kolejne obszary relacyjności, pokazując, jak je rozumieć i jak nad nimi pracować. W książce znajdziemy również ćwiczenia, które mają wspierać budowanie poczucia więzi i bezpieczeństwa oraz tworzenie zdrowych relacji.
- opis własny
Umieć w relacje to książka, która od pierwszych stron wymaga uważności i zaangażowania. Nie jest to lektura, którą można jedynie „przekartkować”. To, co pozytywnie mnie zaskoczyło, to sposób, w jaki autorka rozkłada relacje na czynniki pierwsze i analizuje ich różne formy. Każdy z nas funkcjonuje w relacjach — jako istoty społeczne jesteśmy od nich zależni. Czasem druga osoba staje się dla nas bezpieczną przystanią, dzięki której czujemy się lepiej tylko przez jej obecność, słowa czy gesty. König podkreśla, że właśnie takie relacje powinny być normą: wspierające, regulujące i uzdrawiające. Niestety, nie zawsze tak jest.
Książka została podzielona na rozdziały. Najpierw otrzymujemy wprowadzenie teoretyczne, oparte na terminologii naukowej, a następnie autorka przechodzi do tematu wczesnej traumy i jej znaczenia w kształtowaniu relacji. W tym miejscu wracają schematy więzi i przywiązania, które powstają w relacji z opiekunami w dzieciństwie. König szczegółowo omawia mechanizmy tych wzorców oraz ich późniejsze konsekwencje.
Co ciekawe, w kolejnych rozdziałach autorka płynnie przechodzi od teorii przywiązania do modeli funkcjonowania w dorosłych relacjach. Szczególnie doceniłam fragment dotyczący stawiania granic, to temat niezwykle praktyczny i wartościowy. Ostatni rozdział stanowi swoistą puentę: pokazuje, że relacje mogą ranić, ale jednocześnie są jednym z kluczowych czynników uzdrawiania. Autorka przedstawia również zasady wspierające budowanie zdrowych więzi.
Wiedza zawarta w tej niewielkiej książce jest naprawdę obszerna i wielowymiarowa. Cieszę się, że miałam okazję po nią sięgnąć, szczególnie w ramach współpracy z wydawnictwem Otwarte — oby takich tytułów było więcej.
Zaskoczyło mnie, jak przystępnie i jednocześnie w bardzo wrażliwy sposób König opisuje reakcje człowieka na trudne sytuacje. Pokazuje, że to, czego się boimy, często wynika z nieuświadomionych doświadczeń i traumy, która kształtuje nasz układ nerwowy. Wpływa to nie tylko na relacje z innymi, partnerami, przyjaciółmi, ale także na relację z samym sobą. Widać w tym dużą uważność i ogrom pracy autorki, choć momentami naukowy styl był dla mnie dość wymagający.
Muszę jednak przyznać, że brakowało mi w tej książce większej liczby konkretnych historii, przykładów pracy z pacjentami, ich doświadczeń, tego, że wyżalają się podczas sesji i procesu zmiany. Przywykłam do tego w innych poradnikach, dlatego tutaj momentami odczuwałam pewien dystans i taką „surowość” przekazu. Nie jest to jednak poważna wada, raczej kwestia preferencji czytelniczych. Czasami musiałam po prostu zrobić przerwę, żeby przetrawić treści.
Podsumowując, to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać! Dobrze jest jednak rozłożyć sobie jej lekturę na raty, także po to, aby z uwagą i wrażliwością na swoje potrzeby podejść do zaproponowanych w niej zadań. Jestem przekonana, że ta książka otworzyła mi oczy na wiele spraw, o których wcześniej nie miałam pojęcia. To idealny poradnik, o tym jak właściwie zbudować relację z samym sobą, zanim wejdzie się w związek i małżeństwo. Oby było więcej takich książek!
Poradnik od Vereny König idealnie sprawdzi się jako prezent na dzień kobiet, a także jako podarunek, który kupisz sama sobie na wyjątkową okazję. Podążając za sentencją: „Życie to relacje. Zadbaj, aby były dobre” rekomenduję: zadbaj o relację ze swoim „Ja”, a dzięki temu łatwiej Ci będzie wejść w relację z innymi! Polecam z całego serca!
Moja ocena: 7/10. :)
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Otwarte!
Flaw(less) to niewątpliwie jedna z tych historii, które pozostaną ze mną na dłużej. Trafiłam na tą serię dość przypadkowo i na początku tej przygody miewałam wzloty i upadki. Historia Chase'a i sytuacja Josie momentami mnie po prostu przytłaczały. Dopiero gdzieś w połowie pojawiła się miłość do tej serii, która sprawiła, że w niedługim czasie sięgnęłam po pozostałe tomy, tęskniąc za bohaterami, jakich stworzyła Marta Łabęcka.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Dwoje licealistów z różnych światów: inteligentna i piękna Josephine z zamożnej prawniczej rodziny oraz Chase, chłopak, który za wszelką cenę stara się uniknąć losu swojej matki i przygód z narkotykami. Los Josie wydaje się być z góry przesądzony - lada moment wyjedzie do Bostonu, aby tam rozpocząć studia na prestiżowym wydziale prawa. Musi przecież być idealna. Chase natomiast stara się po prostu przetrwać kolejny dzień. Jak to w literaturze młodzieżowej bywa, coś oczywiście musiało tę dwójkę ze sobą połączyć. Obydwoje, każde na swój sposób, starają się poradzić sobie z samotnością. Ukryci za maskami, unikają wystawiania na próbę swojej wrażliwości. Trafiają na siebie przypadkiem i w ciągu całego roku szkolnego stają się sobie coraz bliżsi. Jak wiele może się zmienić w przeciągu jednego roku? Jak pokazuje ta historia, całkiem sporo. Ale od czego Jose i Chase mają swoją paczkę wiernych przyjaciół, z Archerem Colemanem na czele?
- opis własny
Zakochałam się w historii opisanej przez Martę Łabęcką. Było to to uczucie, które rodzi się powoli, w miarę rozwoju fabuły, a nie wybucha fajerwerkami już od pierwszej strony. Urzekło mnie we Flawsach wiele, począwszy jednak od autentyczności, jaką niewątpliwie odznacza się każda postać, na wciągającej romantycznej historii skończywszy. To seria, która z pewnością zostanie ze mną na dłużej w tym 2026 roku!
Po wrażeniu, jaki zrobił na mnie pierwszy tom i jego mocne zakończenie, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie sięgnąć po kolejne tomy. I dzięki temu połknęłam w całości zarówno All Your Flaws, jak i Despite in Your (im)perfections. O ile pierwszy tom trylogii, czyli Flaw(less) porusza nieśmiałe, trudne, choć raczej spodziewane i łatwe do przewidzenia początki relacji Chase'a i Jose, tak kolejne tomy stawiają coraz burzliwe i nieprawdopodobne znaki zapytania. Łatwo się domyśleć, jak zakończy się historia tej dwójki, niemniej jednak jest opowiedziana w taki sposób, że zwyczajnie trzeba jej doświadczyć. Łabęcka w żadnym razie nie oszczędza swoich bohaterów, niejednokrotnie doprowadzając do kłótni i sprawiając, że możliwa wspólna przyszłość stanie pod znakiem zapytania. Podobnie czyni zresztą z Destiny i Alfie'm, głównymi bohaterami trzeciego tomu. W tej odrobinie jakże życiowego szaleństwa kryje się jednak autentyczność i codzienność. Dzięki niej nie ma się ani przez chwilę poczucia, że ta historia jest w jakikolwiek sposób wymuszona albo zbyt przewidywalna. A wręcz przeciwnie!
Pamiętaj, że jak nie wiesz, co powiedzieć, zawsze możesz powiedzieć prawdę.
Łabęcka stawia zdecydowanie na autentyczność, nie przedstawiając przy tym zakochania i miłości jako ulotnego uczucia lub, tym bardziej, pozbawionego przeszkód! Wręcz można powiedzieć, że nasi bohaterowie co chwila napotykają przeszkody stojące na drodze ich związkowi, nie wspominając o tym, że sami rzucają sobie kłody pod nogi, bo przecież zakończenie tej relacji złamie im serce, ale ta druga połówka lepiej na tym wyjdzie... Mnogość dramatów, jaka ma miejsce w tej trylogii sprawia, że ta historia właśnie tak bardzo przyciąga i nie sposób się od niej oderwać. Miłość w przekonaniu autorki to coś, co trzeba nieustannie pielęgnować, razem przezwyciężać rozmaite trudności, jakie życie stawia na drodze. Nie bez znaczenia jest tutaj także wątek przyjaźni, który obok romantycznej perypetii, gra drugą rolę. Dzieciaki z Moreton, które na kartach tej serii udowadniają, że rodzina to coś więcej niż więzy krwi, to bohaterowie, jakich z pewnością każdy z nas chciałby spotkać w swoim życiu. Łabęcka udowadnia, że na przyjaciół można liczyć w każdej chwili, bez względu na to, jaka wydarza się tragedia.
Właśnie to wszystko sprawiło, że po pierwszych trudach z taką łatwością przebrnęłam przez drugą połowę tomu pierwszego i dwa kolejne: autentyczność. Gdy dostrzegłam, co autorka chce przekazać czytelnikowi i jak bardzo rezonuje to ze mną, natychmiastowo wciągnęłam się w wykreowany przez nią świat. W tej trylogii dzieje się mnóstwo, a wydarzenia nieustannie zmuszające mnie do postawienia sobie pytania, czy jednak bohaterowie tej serii będą razem, czy może nie, powodowało, że płynęłam przez kolejne strony z autentyczną ciekawością. Bardzo łatwo jest dać się porwać magii prozy Łabęckiej i zdecydowanie warto się na to zdecydować, bo opisaną przez nią historię po prostu trzeba przeżyć!
...nieważne, jak długo dane ci będzie kogoś kochać. Miesiące czy całe lata, to nie ma znaczenia. Ostatecz-nie nie liczy się to, ile, ale czy kochałaś.
Bardzo pozytywny zaskoczeniem był dla mnie styl, jakim posługuje się autorka. Potrafiła z wyczuciem ubrać w słowa emocje, towarzyszące bohaterom, nawet te skrajne, jaki miał Chase w pierwszym tomie. Wrażliwość Łabęckiej jest niesamowita i to ona sprawia, że czytając o stworzonych przez nią bohaterach bardzo łatwo jest z współodczuwać przeżywane przez nic emocje (między innymi dlatego, czytając historię z perspektywy Chase'a musiałam na chwilę odłożyć książkę). Bardzo łatwo jest dostrzec i nazwać emocje, jakie towarzyszą poszczególnym postaciom, stąd mamy tutaj istny emocjonalny rollercoaster: od smutku, poczucia beznadziei, spokój, opanowanie, tryskającą radość i optymizm i wreszcie nadzieję.
Co jest kolejnym autem tej książki, to mnogość bohaterów. Oprócz perfekcyjnej Jose i zbuntowanego Chase'a mamy tutaj także ich wspólnych przyjaciół - paczkę dzieciaków z Moreton: zabawnego i błyskotliwego Archera, nieco ekscentrycznej Valerie i sympatycznego Ethana. Każdą z tych postaci Łabęcka wyposażyła w pewne unikalne dla niej cechy i zadbała o to, by czymś się wyróżniał na tle grupy. Dzięki temu, każdy bohater może się w jakiś sposób pokazać i nie ma się takiego odczucia, że to Chase i Jose są na piedestale (a tak oczywiście jest, ponieważ to właśnie o nich jest ta historia).
Coraz częściej i chętniej sięgam po romantyczne historie. W pewnym sensie potrafią mnie one uspokoić i dają mi dokładnie to, czego w danym momencie potrzebuję - dobrą literaturę, autentycznych bohaterów, których rodzące się uczucie przyciąga niczym magnes. Jestem przekonana, że w tym roku może być całkiem sporo tego typu książek, jednak znając swoje upodobania czytelnicze, wiem, że nie będzie to jedyny gatunek, po który będę sięgać. Flaw(less) zdecydowanie zasługuje jednak na to, aby dać tej historii szansę! To opowieść-perła, jaką rzadko się znajduje. Unikalna opowieść o dwójce nastolatków z zupełnie różnych światów, którzy we wzajemnych spojrzeniach odnaleźli siebie. Przeczytajcie i zobaczcie, jak potoczyła się ich opowieść! Polecam również sięgnąć do mojej recenzji spin-offu trylogii, czyli Our perfect forever, którą znajdziecie <tutaj>.
Trylogia Flaw(less) świetnie sprawdzi się jako proza na wiosenne popołudnia i wieczory dla kobiet, które są spragnione nietuzinkowej historii, gdzie dość burzliwy romans gra pierwsze skrzypce. Będzie to także doskonała okazja czytelnicza na zbliżającą się majówkę. Osoby, które nie miały łatwych początków w szkole lub doświadczyły zarówno prześladowania, stygmatyzacji, jak również wysokiej presji i piętna perfekcjonizmu, i niezrozumienia, odnajdą się w historii Chase'a i Jose idealnie! Polecam serdecznie!
Wstawaj Alicja to bardzo ważny dla mnie reportaż. Dwukrotnie przeczytałam książkę Doroty Chęć zanim zabrałam się do pisania tej recenzji. Po raz pierwszy przeczytałam ją w zeszłym roku, o czym zresztą wspominałam. Bardzo długo zabrało mi też przygotowanie się do jej napisania. Tak wielkie zrobiła ona na mnie wrażenie i nie mam wątpliwości, że jest to jedna z tych najważniejszych dla mnie książek w moim życiu. Wierzcie mi, warto poznać historię Alicji. I z takim wstępem zapraszam na recenzję!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Alicja Mazurek, kobieta o nieprzeciętnej urodzie, na którą łatwo zwrócić uwagę. Nastolatka, która poznała Jezusa i zapragnęła oddać Mu swoje życie. W 2018 roku ulega wypadkowi samochodowemu, a hasłem #WSTAWAJALICJA przez prawie dwa lata żyło jej rodzinne miasto Lublin. Umiera niespodziewanie 29 grudnia 2019 roku w dzień Świętej Rodziny. Odnalezione po jej śmierci zapiski odsłaniają wyjątkową głębię i zadziwiają jej najbliższych. Mogłoby się wydawać, dziewczyna jakich wiele. Jednak czy zwyczajna nastolatka zapisuje w swoim dzienniku słowa: "Trwaj przy mnie. Chcę czuć Twoja obecność", a kilka dni przed wypadkiem wyznaje ojcu, że gdyby miała umrzeć, to jest na to gotowa? Kim byłaś, Alicjo Mazurek? Reportaż Doroty Chęć stara się przybliżyć postać Alicji, z pewnością nieprzeciętnej młodej kobiety, którą zdecydowanie warto poznać.
- opis własny
Wstawaj Alicja to jedna z tych książek, do których lubię wracać, gdyż porusza ona czułe struny mojego serca i przypomina o tym, co jest dla mnie ważne. Dorota Chęć, przedstawiając historię Alicji i ją samą, miała przed sobą dość wymagające zadanie, z którego jednak wywiązała się znakomicie! To historia wydarzeń, które łatwo wymykają się współczesnym stereotypom i racjonalności.
Dorota Chęć przygotowując się do napisania niniejszej książki rozmawiała z bliskimi Alicji, starając się nie tylko czysto faktograficznie przedstawić jej życie, ale i pokazać ją samą, taką jaką była, bez upiększania. Cały reportaż poświęcony jest właściwie odpowiedzi na pytanie: kim byłaś Alicjo Mazurek. Zamierzony cel udaje się Chęć osiągnąć. Reportaż o nadziei wbrew nadziei to historia ogromnego bólu, cierpienia, ale przede wszystkim nadziei, a przez nią także i radości. Autorka skrupulatnie przedstawiła historię Alicji, jej dzieciństwo, drogę formacji we wspólnocie, przyjaźnie. Poznajemy właściwie całe jej życie od narodzin aż do śmierci. Rozmowy z bliskimi Alicji, a także wplatane gdzieniegdzie fragmenty z jej dziennika, nadają książce niesamowitą głębię i sprawiają, że spoglądająca z papierowych stron jej bohaterka jest jeszcze bardziej bliższa czytelnikowi.
Chociaż jej bliscy ukazują Alicję jako dziewczynę zwyczajną, która miała swoje pasje, tym, co uderza przy przyjrzeniu się jej głębiej jest autentyczność. To ona pozwala dostrzec wyjątkowość Ali. I niewątpliwie wątkami, które nieustannie się w tej książce przeplatają są relacje oraz emocje bohaterów książki. Co ujmujące i pokazujące siłę przyjaźni, było to, że po wypadku Alicji jej przyjaciele traktowali ją tak samo, jak przed wypadkiem. Po studniówce odwiedzili ją, by jej o balu opowiedzieć i pokazać zdjęcia. Pomimo, że jest to reportaż, Chęć zrobiła tutaj sporo miejsca na wszelkiej maści emocje. Jest tutaj miejsce zarówno na złość, smutek, niedowierzanie, nadzieję, radość. Autorka oddaje głos najprzeróżniejszym postaciom, które przewinęły się przez i w życiu Alicji Mazurek - rodzicom, Agnieszce i Wojtkowi, jej przyjaciołom, przybranej siostrze Ali, znajomym, a także tym bardziej znanym postaciom, jak pewien zakonnik, porównywany do ojca Pio. Dorota Chęć wypełniła swój reportaż anegdotkami, które pozwalają zobaczyć i poznać Alę z wielu różnych perspektyw.
Reportaż poświęcony historii Alicji jest dość krótki, liczy nieco ponad 200 stron, co sprawia, że jest to lektura idealna na jeden wieczór. Rozdziały oznaczone są poszczególnymi fragmentami cytatu z Pisma Świętego, konkretnie z Księgi Tobiasza: „Ufaj, córko, Pan nieba obdarzy cię radością w miejsce twego smutku” (Tb 7, 17). Są one krótkie, ułożone chronologicznie, dzięki czemu podczas lektury absolutnie nie ma się poczucia jakiegokolwiek przesytu formy nad treścią. Życie Alicji opisane na 210 stronach, zamknięte w słowach Doroty Chęć, to życie zwyczajnej nastolatki, która zapragnęła żyć czymś więcej - relacją z Jezusem. Pozbawiony patetyczności i zbytnich ozdobników, prosty, a zarazem niesamowicie szczery styl ujmuje i nie pozwala oderwać się od lektury ani na chwilę, a jeśli już to tylko po to, aby otrzeć łzy. Ta książka niesamowicie mnie poruszyła. Ujęła mnie swoją szczerością i głębią. To zresztą jeden z powodów, dla których tak długo zabierałam się do napisania tej recenzji.
Zwyczajne życie Alicji, a jednocześnie jej głęboki wpływ na innych przenikają się wzajemnie w tej książce, tworząc niezwykły klimat. Tą książkę się po prostu czuje i nie ma absolutnie szans, aby czytać ją w emocjonalnym oderwaniu. Przykład Alicji pokazuje, że świętość może zamykać się w codzienności i jest ona dostępna dla każdego. Nie ulega wątpliwości, że swoim życiem Ala obudziła wiele uśpionych serc, świadczy zresztą o tym tłum żałobników zgromadzony na pogrzebie dziewczyny oraz inne świadectwa. Szczerość i znajomość siebie to bardzo ważne cechy.
Alicja jest osobą, którą szczerze podziwiam i staram się naśladować. Czuję, że jest mi bliska, ponieważ jedną z wyróżniających ją cech jest autentyczność i brak lęku przed pójściem pod prąd. To sposób bycia bardzo podobny do mojego. Bohaterka reportażu przyciągała do siebie innych swoim ciepłem, otwartością, spontanicznością i szczerym zainteresowaniem. Pomimo swojej autentyczności pozostawała lubiana. Chętnie bym się z nią spotkała, mam przeczucie, że mogłybyśmy się polubić.
Wstawaj Alicja to dla mnie bardzo wyjątkowa książka, która pozostanie ze mną na zawsze. Świat potrzebuje autentycznych ludzi, dobrych książek, wschodów i zachodów słońca oraz kubka mocnej kawy. Tego i zaufania. I to właśnie mój świat.
Na to pytanie można odpowiedzieć tylko w jeden sposób: tak, warto, zdecydowanie! Z pewnością jednak nie jest to książka, którą można przeczytać nie przeżywając wszystkiego, co zostało w niej opisane. Alicja to dziewczyna, którą chciałoby się poznać. Spotkać na ulicy, we wspólnocie, podejść i zamienić kilka słów. Chciałoby się z nią zaprzyjaźnić. Obok tego reportażu nie sposób przejść obojętnie. Pozostawia w sercu zbyt głęboki i piękny ślad. Podobne wrażenie zrobiła na mnie książka Łzy Racheli. Historia tragedii zamienionej w zwycięstwo autorstwa Beth Nimmo i Darrell'a Scotta, której recenzję można znaleźć na blogu. Alicja i Rachel są do siebie bardzo podobne! Polecam serdecznie je obie i zapewniam, że pozostaną z Wami na długo! Warto jednak zarezerwować sobie czas i naprawdę wczytać się w tą historię!