Z Dziennika Książkoholiczki

Strony

  • Strona główna
  • O mnie
  • KSIĄŻKI
  • Kącik serialowy
  • ZESTAWIENIA
  • Kontakt i Współpraca

08 czerwca

Pozytywny mit, czyli o "1989" w teatrze Słowackiego



W miarę jak rozwijam się dziennikarsko, coraz bardziej doceniam ten zawód, a jako miłośniczka nie tylko literatury, ale też kultury to już szczególnie! Dzięki temu właśnie miałam możliwość obejrzeć słynny i zachwalany spektakl 1989! Musical 1989 na długo po premierze wzbudza falę entuzjazmu, przyciągając tłumy zapełniające salę. Teatr Słowackiego może pochwalić się prawdziwym hitem. Mit roku 1989 jest na wskroś pozytywny, i to nie tylko za sprawą gry świateł czy efektów scenicznych. Historyczny moment upadku komunizmu pokazany zostaje z zupełnie nowej perspektywy.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

teru's song lyrics (youtube.com)




Wyreżyserowany przez Katarzynę Sznygierę musical zaskakuje widzów świeżym językiem, przystępnym zarówno dla starszej, jak i młodszej publiczności. Unaoczniony zostaje prawdziwie spory kawał historii: powstanie Solidarności, obrady Okrągłego Stołu czy okres stanu wojennego. Co ciekawe, posczególne wydarzenia następują po sobie w ciągłości chronologicznej, dzięki czemu można sobie sporo rzeczy poprzypominać.


- opis własny

W zasadzie idąc na ten spektakl, nie wczytywałam się zbytnio w opinie umieszczane na portalach czy w prasie. Chciałam spojrzeć na to kulturowe zjawisko zupełnie świeżym, dziennikarskim, acz przychylniejszym niż krytycznym okiem. Eksksluzywność samego spektaklu i poszczególnych nie była zbyt wielkim zaskoczeniem, zwłaszcza, przy świadomości, że idzie się do pracy. Nie miałam jakiś zbytnich górnolotnych oczekiwań, kierowała mną ciekawość. I słusznie, gdyż dzięki temu zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona samym musicalem!

Upadek komunizmu ukazany zostaje oczami najważniejszych postaci: Wałęsów, Frasyniuków, Kuroniów czy Kwaśniewskiego. Intymności życia codzinnego przyglądamy się zza sceny, towarzysząc bohaterom w zaciszu peerelowskich mieszkań czy więziennych murów. Miałam więc okazję nie tylko poprzypominać sobie ważne dla historii narodu moemnty, ale również mogłam osadzić je w nieco szerszym, kulturalno-politycznym kontekście. Mimo świetnego miejsca, fakt, że przede mną siedziała wysoka i postawna postać, sprawiał, że musiałam się "wychylać", aby zobaczyć scenę z szerszej perspektywy.

Łatwo jest dać się porwać czarom tego polskiego musicalu. Młodość bohaterów z czasów PRL-u, ich pasja oraz zaangażowanie pozwalają wierzyć w optymistyczną przyszłość. Symboliczne ideały brutalnie zderzają się z komunistyczną rzeczywistością. To spektakl, który przypomina, jak ważne są ideały, szczególnie na gruncie budowania polskiej tożsamości, oraz o odwadze i sile kobiet. Byłam niesamowicie zaskoczona tym, jak wiele kobiety osiągnęły wówczas, a o tym aż tak nie opowiadano.

Niezwykły klimat 1989 zostaje wzmocniony za pośrednictwem wielobarwnej gry świateł. Efektów specjalnych jest naprawdę mnóstwo, chociaż nie sprawia to wrażenia przesytu. Widać, że scnarzyści naprawdę wykonali kawał świetnej roboty! Ekspresywnej i dynamicznej grze aktorskiej towarzyszy skoczna, rytmiczna muzyka rapu. Skoczna i rytmiczna to wręcz mało powiedziane! Idąc na 1989 trzeba nastawić się, że będzie głośno, a nogi same będą rwały się do tańca! Co więcej, same postacie tańczą i widac, że taniec to moment, kiedy są najbardziej ekspresywni w swojej grze aktorskiej. Pasja, którą wówczas najłatwiej dosztrzec jest niemalże magiczna i skłania do wyrażania własnego "ja". Kostiumy bohaterów i wyczyniane przez nich akrobacje taneczne zachwycają i naprawdę przyciągają oko. Momenty, kiedy postaci "zlatują" zza kurtyny lub tańczą na dachu samochodu chyba na zawsze pozostaną w mojej pamięci.

Spektakl 1989 zdecydowanie wart jest owacji na stojąco i przybywającej mu wciąż popularności w polskim teatrze. Należy docenić ten mistrzowsko wykonany musical, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Sama z dumą oklaskiwałam grę aktorską. Jako polonistka chętnie polecałabym takie wyjścia w szkołach, a jako redaktorka bardzo się cieszę, że miałam możliwość zrecenzowania tak wyjątkowego spektaklu! Serdecznie polecam!


„1989” Teatr Słowackiego, reż. Katarzyna Sznygiera, premiera: 19.11.2022.
Czytaj dalej »
on 08 czerwca 1
Podziel się!
Etykiety
#współpraca recenzencka, teatr
Nowsze posty
Starsze posty

12 maja

"Twin Peaks" w teatrze Barakah - czy warto?

Jako studentka i dziennikarka, miałam przyjemność uczestniczyć w wielu wydarzeniach kulturalnych, nie tylko literackich czy filmowych, ale również i teatralnych. W marcu byliśmy z całą redakcją na słynnej wystawie Van Gogha, natomiast tydzień temu, miałam okazję obejrzeć spektakl teatralny na podstawie serialu Miasteczko Twin Peaks o zbliżonym tytule Twin Peaks. Do czerwonych drzwi zapukam w krakowskim teatrze Barakah. Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem zarówno gry aktorskiej, jak i fabuły spektaklu. Co prawda, wolałabym, gdyby niektóre wątki zostały pominięte, aczkolwiek samo przedstawienie było ciekawym przeżyciem i na pewno nie spodziewałam się aż tylu odczuć naraz! Twin Peaks to jak dla mnie bardzo specyficzna sztuka i choć miałam nieco inne wyobrażenie o niej, zanim poszłam na spektakl to wyjście uważam za bardzo udane! W przerwie od magisterki, projektów, rozmów o pracę i przygotowywaniu się na konferencję magistrantów, ta chwila wytchnienia była wręcz pożądana.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

Licealistka Laura Palmer zostaje znaleziona martwa. Dość szybko wychodzą na jaw nie tylko sekrety rodziny Palmerów, ale także i wszystkich mieszkańców Twin Peaks. Sama Laura natomiast nie okazuje się być wcale typową "grzeczną uczennicą", ale prostytutką zarabiającą na niniejszej profesji. Patologia, przekręty, seks i narkotyki, to wszystko dobitnie zostaje przedstawione w niniejszym spektaklu. Nie zabraknie również pytań o to, kto tak naprawdę jest prawdziwą ofiarą. A może wszyscy jesteśmy ofiarami naszych przekonań, wychowania i środowiska. Ostatecznie wszyscy podlegamy w pewnym stopniu determinizmowi.

- opis własny

Twin Peaks w teatralnej odsłonie daje się poznać jako dzieło dokładnie przemyślane. Choć fabuła obraca się wokół śmierci licealistki Laury, na jaw szybko wychodzą nieznane dotąd szczegóły mieszkańców miasteczka. Nie brakuje tutaj brutalnych i mocnych scen, ale to gra aktorska robi największe wrażenie. 

Przepełnieni emocjami aktorzy meandrują wokół własnego ja, powoli acz nieuchronnie odsłaniając coraz to mroczniejsze tajemnice miasteczka, ale też mrok tkwiący w każdym z jego obywateli. Odpowiedź na pytanie o morderstwo uczennicy i jej prawdziwą tożsamość – typowa „grzeczna dziewczyna” z problemami czy też prostytutka mająca romans z każdym – staje się kwintesencją oceny moralnej społeczeństwa, ale też próbą spojrzenia na własny wewnętrzny mrok. Bohaterowie z właściwą sobie autentycznością pogłębiają mroczną atmosferę sztuki ubogacając ją o jednoznaczne stwierdzenie, że w gruncie rzeczy każdy jest winny. 

W zasadzie nie spodziewałam się, że Twin Peaks wywrze na mnie aż tak silne wrażenie i będąc już po seansie potrzebowałam kilku dni, żeby ułożyć sobie, co ja tak naprawdę myślę o niniejszej sztuce, bo jej gwałtowność oraz mocna wymowa aż nazbyt rzucają się w oczy. Momentami były zresztą aż nazbyt mocne, zwłaszcza, jeśli główny aktor z pasją zaczyna nagle wrzeszczeć. Jego emocje były dosłownie namacalne!

Kwestiom moralnym należy również przyjrzeć się z kategorii podwojenia i możliwych sobowtórów, gdyż podług tej koncepcji każdy nosi w sobie drugie mroczniejsze „ja”. Motyw doppelgängera [sobowtór, czarny charakter, zły bliźniak – przyp.red.] dodatkowo wzmacnia aurę tajemnicy i sprzyja kłębiącym się zapytaniom i skutecznie demaskuje pozorną niewinność. Nie bez znaczenia pozostaje również silnie obecny motyw rodziny, która okazuje się być tak naprawdę patologiczną, ujawnia jak głęboko kłamstwa przeniknęły do każdej sfery małomiasteczkowego życia. Właśnie to ich obnażanie było tym, co w pewnym sensie najbardziej mnie intrygowało w całym przedstawieniu. To niemalże przerażające, ile człowiek potrafi w sobie skrywać, a jednocześnie udawać za fasadą życie przykładnego, zwyczajnego obywatela.

Bohaterowie sprytnie i z wyczuciem meandrują na granicy szaleństwa, dając upust skrywanym dotąd gwałtownym emocjom i namiętnościom. Dialogi generują pożądane napięcie i chęć oczekiwania na wyjaśnienie zasadniczej i najważniejszej kwestii: kto zabił Laurę? Twin Peaks to spektakl, który trzeba zobaczyć, nie tylko ze względu na popularność serialu Miasteczko, ale mrożącą w żyłach grę aktorską przepełnioną autentycznymi emocjami.

Spektakl Twin Peaks wymyka się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Niepokojąca, zagęszczająca się atmosfera, mnogość wątków oraz odsłanianie pozorności w połączeniu z melodramatyczną grą aktorską sprawiają, że spektakl przypomina horror z elementami rodem z amerykańskich oper mydlanych. Niniejsze dzieło pozostaje w swojej konwencji surrealistyczne i momentami zabawne, ale przy tym dobitnie wystawia druzgoczącą ocenę społeczeństwu. Mimo wszystko, cieszę się, że miałam sposobność zobaczyć niniejszą sztukę na deskach teatru Barakah! 

Czytaj dalej »
on 12 maja 1
Podziel się!
Etykiety
#współpraca recenzencka, seriale, studia
Nowsze posty
Starsze posty

02 maja

Czytelnicze podsumowanie okresu styczeń-kwiecień 2024 i plany na majówkę


Początek roku 2024 przywitałam dość świeżo i to z niebanalną pozycją, o której jakiś czas temu wspominałam na blogu, czyli z Zaopiekuj się moją mamą. Równocześnie na mojej Uczelni zaczął się dość burzliwy i intensywny czas sesji, egzaminów i pisania prac zaliczeniowych, a później pierwszych przymiarek w pracy magisterskiej. Czas dosłownie mi gdzieś uleciał, dlatego postawiłam na konsekwentność i organizację pisania, tak aby sprawnie rozłożyć to wszystko w czasie. To wówczas wpadłam na pomysł zrobienia prawie półrocznego podsumowania w maju, w końcu podczas majówki nagle człowiek zyskuje tydzień więcej czasu!

Nie ukrywam, że czas od stycznia do maja 2024 roku upłynął mi niesamowicie pracowicie, a dodatkowo w międzyczasie rozwijałam się dziennikarsko - praca w WUJ-u i promocyjnie, tutaj zarówno WUJ, jak i inne niefinansowalne organizacje studenckie i oczywiście blog! Pod względem literackim i recenzenckim również się spisałam. Na portalu LubimyCzytać wzięłam udział w tegorocznym wyzwaniu czytelniczym - ile książek zamierzam przeczytać w 2024 roku? Postawiłam sobie za cel podobną ilość, co w roku poprzednim, czyli 80 pozycji. Dodatkowo, licząc to, co czytam na studiach i do pracy magisterskiej, już jestem bardzo blisko osiągnięcia tego celu! Liczba przeczytanych przeze mnie książek wynosi już 39, zatem idealnie, jak na majową porę!

Jeśli chodzi o pozostałe sfery kulturalne, czyli filmy i seriale, to i tutaj nie miałam na co narzekać. Obejrzałam mianowicie kilka przeuroczych seriali, o których zresztą niebawem można spodziewać się recenzji: Moje szczęśliwe małżeństwo, Znaki naszych uczuć, Zapiski zielarki, Komi can't communication oraz Oblubienicę Czarnoksiężnika i Ooku. W tegoroczną majówkę rozpoczęłam natomiast serial, który zasadniczo pokrywa się trochę z moimi zainteresowaniami badawczymi na studiach, czyli zagadnieniami dystopijnymi, a mowa o Nagi no Asukara. W międzyczasie powróciłam także do innych seriali, które z racji swojej długości, oglądam w większym rozmiarze czasowym, oczywiście The Good Doctor, gdzie zbliżam się już do finałowego sezonu (sic!), Kill me Heal me, Młody Sheldon (wciąż czekam na finałowy sezon na Netflix!) oraz The Chosen. Skończyłam natomiast jeszcze 3 miniserie, o których również nie zabraknie wpisu, mianowicie powtórzyłam Gambit Królowej i to był serial, z którym wkroczyłam w 2024 rok, Naruto, Problem 3 ciał, który aktualnie dokańczam oraz The Grimm Variations.

Bez zbędnych przedłużeń, zapraszam na listę książek, które przeczytałam na przełomie stycznia-kwietnia 2024 roku. Dowiecie się również, co będę miała w planach w maju!

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Styczeń, jak można zauważyć, rozpoczęłam dość nietypową książką, mianowicie Zaopiekuj się moją mamą, której recenzję można przeczytać tutaj. Niniejsza proza bardzo mocno mnie poruszyła, do tego stopnia, że potrzebowałam dłuższej chwili, aby poddać ją refleksji. Niemniej, jest to pozycja, po której mogę stwierdzić, że rok 2024 rozpoczęłam z przytupem! Śmiało mogę też przyznać, że była to najlepsza książka stycznia! Drugą pozycją była Kim Jiyoung urodzona w 1982 roku, także pisarki koreańskiej, Cho Nam-Joo (recenzja 03.05!), która podobnie jak poprzedniczka, wywarła na mnie dość silne wrażenie. Kolejną książką stycznia była Przerwana lekcja muzyki Suzanne Kaysen (recenzja 04.05!!!), która z kolei była dla mnie dość szokująca. W następnej kolejności natomiast sięgnęłam po pozycję, która zasadniczo w ogóle nie przypadła mi do gustu, była zdecydowanie zbyt prowokacyjna i infantylna zarazem. Świństwa. Truizmy, to książka, do której na pewno nie będę wracać! Ostatnie dwie książki były pozycjami potrzebnymi mi na egzamin z psychologii, a mowa o Typach Psychologicznych Carla Gustava Junga (niezwykle potężne tomiszcze!) oraz Krótkiej historii psychologii autorstwa Joanny Zaręby, bardzo zresztą przystępnie napisaną i do niej na pewno jeszcze powrócę! Tym samym styczeń zakończyłam z liczbą 6 książek na mojej biblioteczce.
  1. Zaopiekuj się moją mamą, Shin Kyung-Sook <recenzja>
  2. Kim Jiyoung urodzona w 1982 roku, Cho Nam-Joo <recenzja 03.05.2024!>
  3. Przerwana lekcja muzyki, Suzanna Kaysen <recenzja <recenzja 04.05.2024!>
  4. Świństwa. Truizmy, Marie Darrieussecq
  5. Typy Psychologiczne, Carl Gustav Jung
  6. Krótka historia psychologii, Joanna Zaręba.
Po szczęśliwie zakończonej sesji, rozpoczął się luty i chcąc powrócić do czytanych przeze mnie namiętnie sag/dłuższych serii, zastanawiałam się, jaką by tu zacząć. Mój wybór dość szybko padł na naszą polską sagę spod pióra Małgorzaty Musierowicz, czyli Jeżycjadę! Aby się odprężyć zdecydowanie potrzebowałam właśnie czegoś takiego - ciepłego, optymistycznego! Co więcej, Jeżycjada stała się dla mnie inspiracją do napisania artykułu w kontekście biernego oporu w epoce PRL-u, gdyż była przedmiotem dyskusji na innych zajęciach, z krytyki literackiej. Przyznaję, iż zaczęłam ją czytać zupełnie niechronologicznie, gdyż od Kwiatu kalafiora, po czym gładko przeszłam do pozostałych tomów traktujących o czterech Borejkównach, czyli Idy sierpniowej, Opium w rosole, Pulpecji i wreszcie Nutrii i Nerwusa, by ostatecznie przeczytać pierwszy oraz drugi tom, czyli Małomówny i rodzina oraz Szósta klepka. Odkryłam wówczas, iż do tej serii mam ogromny sentyment, toteż w przerwach od magisterki, chętnie sięgałam po kolejne tomy! W lutym przeczytałam również 8 tomów Zapisków Zielarki autorstwa Natsu Hyuugi oraz pierwszy tom Oblubienicy Czarnoksiężnika spod pióra Kore Yamazaki'ego. Obydwie serie bardzo mi się spodobały, a dodatkowo obydwie te serie obejrzałam wcześniej w postaci seriali, wiec stanowiło to dla mnie miłe połączenie i oczywiście umożliwiało moje ulubione podejście analityczne, czyli comparatio! Co więcej, mój debiutancki wywiad dla WUJ-a zdobył okładkę, z czego jestem bardzo dumna! Luty minął mi więc w bardzo literackim stylu z imponującym wynikiem 16 książek!

Z serii Jeżycjada planuję zrobić ogólny wpis, jak już przeczytam całość, także spokojnie pojawi się on na blogu w stosownym czasie!
  1. Kwiat kalafiora, Małgorzata Musierowicz
  2. Ida sierpniowa, Małgorzata Musierowicz
  3. Opium w rosole, Małgorzata Musierowicz
  4. Pulpecja, Małgorzata Musierowicz
  5. Nutria i Nerwus, Małgorzata Musierowicz
  6. Małomówny i rodzina, Małgorzata Musierowicz
  7. Szósta klepka, Małgorzata Musierowicz
  8. Zapiski zielarki (tomy 1-8), Natsu Hyuuga
  9. Oblubienica czarnoksiężnika, Kore Yamazaki
Marzec nie był może aż tak literacko obfity, jak luty, ale nie mniej pasjonujący, jeśli chodzi o literackie perełki, jakie w nim odkryłam! Na miesiąc marzec tą perełką jest zdecydowanie Zbrodnia na progu autorstwa Ewy Majkusiak, o której pisałam tutaj! Książka niezwykła, która na długo pozostanie w mojej pamięci i z niecierpliwością czekam na dalsze perypetie jej bohaterów! Kolejną, ciekawą pozycją był Baśniarz pióra Antoni Michaelis, bardzo ważny w kontekście mojej pracy magisterskiej. O Baśniarzu można przeczytać tutaj, pozycja, o której naprawdę nie sposób łatwo zapomnieć. Ważną serią marcową była dla mnie krótka, bo zaledwie 4 tomowa manga Znaki naszych uczuć pióra Suu Morishita, poruszająca niezwykle urocze perypetie Głuchej studentki imieniem Yuki, której lektura zainspirowała mnie do nauki języka migowego (a czemu nie?). Przeczytałam również ostatni tom, jaki udało mi się dostać, Zapisków zielarki Natsu Hyuugi. W marcu miałam również przyjemność prowadzić kampanię promocyjną 3 numeru PoWiek, magazynu zrzeszającego twórczość studencką. Wydarzenie miało miejsce w krakowskim Pałacu Potockich, o czym zresztą na blogu też wspominałam! Niezapomniane przeżycie! Tym samym marzec zaskoczył mnie pozytywną liczbą 7 książek!
  1. Zbrodnia na progu, Ewa Majkusiak <recenzja>
  2. Baśniarz, Antonia Michaelis <recenzja>
  3. Znaki naszych uczuć (4 tomy), Suu Morishita
  4. Zapiski zielarki, tom 9, Natsu Hyuuga.

Kwiecień również był miesiącem obfitym i twórczym literacko! Po pierwsze, ruszyłam znacznie do przodu z pracą magisterską, czego dowodzą uwzględnione przeze mnie na grafice pozycje Arteterapia w teorii i praktyce Eweliny J. Koniecznej, Arteterapia jako praktyka odziaływań artystycznych i terapeutycznych pod redakcją Eugeniusza Józefowskiego i Janiny Florczykiewicz (nie ma jej na grafice, zastępuje ją podobna pozycja) oraz Bajkoterapia. O lękach dzieci i nowej metodzie terapii Marii Molickiej. Zaowocowały one w postaci pierwszego rozdziału teoretycznego, o artykułach nie zapominając! Ponadto, przeczytałam kolejne tomy Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz, czyli Tygrysa i Różę, Imieniny, a także Córkę Robrojka, co tylko dowodzi, jak bardzo zakochałam się w ciepłym i miłym klimacie jeżyckiej krainy. Z dzieł literatury klasycznej sięgnęłam natomiast po Frankesteina, czyli współczesnego Prometeusza Mary Shelly oraz Piaskuna E.T.A. Hoffmana. Stanowiły one przedmiot dyskusji na zajęciach z Transhumanizmu oraz Tożsamości niepewnych w XIX i XX wieku. Rozpoczęłam również Burzę Sunyi Mary, książkę, którą otrzymałam w ramach egzemplarza recenzenckiego we współpracy z wydawnictwem Rebis i idąc tropem baśniowości zaczęłam czytać Klechdy Sezamowe Bolesława Leśmiana, a w szczególności Parysadę. Kwiecień zakończyłam z optymistycznym wynikiem 10 książek!
  1. Arteterapia w teorii i praktyce, Ewelina J. Konieczna 
  2. Arteterapia jako praktyka odziaływań artystycznych i terapeutycznych pod redakcją Eugeniusza Józefowskiego i Janiny Florczykiewicz
  3. Bajkoterapia. O lękach dzieci i nowej metodzie terapii, Maria Molicka
  4. Tygrys i Róża, Małgorzata Musierowicz
  5. Imieniny, Małgorzata Musierowicz
  6. Córka Robrojka, Małgorzata Musierowicz
  7. Frankestein, czyli współczesny Prometeusz, Mary Shelly <recenzja 06.05.2024!>
  8. Piaskun, E.T.A. Hoffmann
  9. Burza, Sunya Mara <recenzja 05.05.2024!>
  10. Klechdy Sezamowe. Parysada, Bolesław Leśmian.

CO BĘDĘ CZYTAĆ W MAJU?

Nie ukrywam, że maj będzie mi upływał pod znakiem pracy magisterskiej oraz pozycji na zajęcia z Literatury Francuskiej, Transhumanizmu oraz Tożsamości niepewnych i na tych właśnie pozycjach będę chciała się skupić w pierwszej kolejności. Najpierw jednak dokończę czytaną przeze mnie Burzę Sunyi Mary, z której recenzji można spodziewać się na dniach!

Po pierwsze, pozycje do magisterki, jakie będę czytać to przeczytana już Biblioterapia i bajkoterapia Marii Molickiej, następnie Cudowne i pożyteczne Bruno Bettelheima, Dziecko zagubione w rzeczywistości Francoise Braunera, Dziewczynka w baśniowym lesie Pierre Peju, Baśni postmodernistyczne Weroniki Kosteckiej, Niekończąca się historia Michaela Ende, ponowna lektura Muzy Koszmarów Laini Taylor oraz Baśniowa opowieść Stephena Kinga, którą strategicznie zostawiam sobie na koniec. W następnej kolejności chciałabym się skupić na Możliwościach wyspy Michaela Houellebecqa, kolejnej ważnej pozycji na zajęcia z Transhumanizmu, a po niej prawdopodobnie drugi tom trylogii Brzydcy, czyli Śliczni pióra Scotta Westerfelda. Jeśli chodzi o  Tożsamości, to będą to szczęśliwie krótkie pozycje klasyczne, jak Leon Leontyna Ignacego Kraszewskiego, Horla Guya de Maupassanta, Doktor Jekyll i Pan Hyde Roberta Louisa Stevensona czy Portret Doriana Greya pióra Osacara Wilde'a. Chciałabym również przeczytać pozycje na egzamin z literatury francuskiej i idąc za kolejnością od Dziejów Tristiana i Izoldy, przez Fedrę i Cyda, Szkołę żon czy W stronę Swanna autorstwa Marcela Prousta lub Czerwone i czarne Stendhala. Maj zapowiada się więc bardzo pracowicie i bardzo literacko! Oczywiście na grafice nie ma wszystkich tych pozycji, a jedynie te, moim zdaniem najważniejsze, plus te, o których napisałam. W wolnych chwilach będę natomiast chciała kontynuować Klechdy Sezamowe Bolesława Leśmiana, ba to wręcz obowiązkowa pozycja dla mnie jako polonistki z wykształcenia!
 Trzymajcie za mnie kciuki, bo mam ambitne plany na tegoroczną majówkę!
  

Czytaj dalej »
on 02 maja 1
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, stosik książkowy, zapowiedź
Nowsze posty
Starsze posty

12 kwietnia

"Baśniarz" - Antonia Michaelis

Po Baśniarza Antonii Michaelis miałam przyjemność sięgnąć po raz drugi, tym razem w kontekście pracy magisterskiej, gdyż jest to jedna z pozycji, którymi będę się w niej zajmować. Moje pierwsze spotkanie z niniejszą książką przed paroma laty, było zarazem pierwszym spotkaniem z tą autorką, które zresztą bardzo dobrze wspominam. Wówczas jej opowieść wywarła na mnie niesamowite wrażenie i dziś, mimo, że minęło już ładnych kilka lat od pierwszego spotkania, nadal utrzymuje się we mnie to poczucie niezwykłości za sprawą fenomenalnego, niekiedy powodującego ciarki pióra Antoni Michaelis!

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Malutka lalka znaleziona przez Annę w klasie maturalnej stanowiła początek wszystkiego, całej następującej po sobie siatki zdarzeń. Ta młoda kobieta niejednokrotnie zastanawiała się, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby laleczka nie została odnaleziona, jak wiele różnych dróg znajdowało się zaraz za rogiem. Ale to właśnie znalezienie lalki zapoczątkowało to, co później się wydarzyło, dziecięca zabawka splotła losy Anny i Abla w sposób nierozerwalny i odtąd już nic nie miało być takie samo. Później Anna sądziła, że zaczęło się od pocałunku i zimnych ust. Wówczas myślała, że całuje usta mordercy, przypominając sobie wilka z baśni. Nic jednak nie było takie, jak sądziła. 
Żyjący w dwóch różnych światach, Abel i Anna powoli zbliżają się do siebie. Obydwoje są uczniami klasy pomaturalnej, Anna żyjąca w swojej własnej bańce planuje studia za granicą. Abel to polski handlarz narkotyków, cichy outsider i wagarowicz, który skrywa jeszcze jedną twarz: urokliwego, smutnego baśniarza. Jego opowieści fascynują Annę i przyciągają ją do niego. Co jednak, gdy historia opowiedziana przez Abla zawiera ziarnko prawdy?
- opis własny
Należę do tego gatunku czytelników, którzy długo pamiętają to, co przeczytali i stąd też moja potrzeba dłuższej chwili, aby poczuć tęsknotę za Baśniarzem. Po prostu zbyt dobrze pamiętałam, co wydarzyło się w tej książce. Niemniej, kiedy już poczułam natchnienie, że oto już pora, właściwy moment, by ponownie dostać w swoje czytelnicze łapki właśnie tą powieść, nie wahałam się ani chwili. Ponowna lektura Baśniarza była dla mnie doświadczeniem niezwykle angażującym, gdyż ani spory upływ czasu, ani pamięć wydarzeń w lekturze, nie odebrały mi przyjemności z przeczytania jej po raz kolejny. Zasadniczo, książkę praktycznie połknęłam i w ciągu dwóch dni, byłam już po lekturze, która wywarła u mnie dreszcz podniecenia i ekscytacji. Baśniarz jest bowiem na tyle wyjątkową, a przy tym, dość specyficzną książką, że po prostu trzeba i należy ją przeczytać!

Antonia Michaelis potrafi tworzyć wyjątkowe, przemyślane, a przy tym bez reszty zanurzone w baśniowej konwencji dzieła, a Baśniarz jest tego doskonałym przykładem. Dowodzi zresztą tego misternie utkana fabuła, splot mnogiej ilości wątków, a do tego jeszcze swoisty baśniowy klimat z nutką tajemnicy, który już od drugiego bodajże rozdziałów buduje niczym architekt jeden z głównych bohaterów. W zasadzie nie potrzeba dużej ilości czasu, aby wciągnąć się w niezwykłość Baśniarza i co chwila zanurzać się w fabularne meandry. Autorka absolutnie nie pozwala, aby jej czytelnik znudził się powieścią, korzystając z wyjątkowego daru Abla, tka historię, w której śmierć czyha wszędzie, piękno i dobre serce są zagrożone, a egzamin maturalny wydaje się jedynie przykrym obowiązkiem. W tej historii znaczenie ma to, co ukryte i niedostrzegalne na pierwszy rzut oka i właśnie dlatego tak ważna jest literacka wrażliwość, z którą należy podejść do tej historii. A podczas lektury czytelnik wraz z Anną nieustannie zastanawiają się, gdzie przebiega granica między dobrem, a złem, okrucieństwem, a litością. Baśniarz zaskakuje i trzyma w napięciu aż do ostatniej strony.
Na dnie morza widziałem leżące słowa, tysiące słów, wraki zdań, pytania i odpowiedzi, które nigdy nie dotarły do celu...
Akcja w Baśniarzu w zasadzie toczy się niebywale szybko, choć z początku trudno jest to zauważyć ze względu na delikatną aurę tajemnicy, jaka dominuje w tej książce. W pewnym momencie historia opowiadana przez Abla nabiera rozmachu i wówczas ma się wrażenie, że wszystko, co do tej pory się wydarzyło było częścią planu i w zasadzie czytelnika ogarnia poczucie, że teraz może jedynie czekać na ciąg dalszy. Nie oznacza to jednak, że samą książkę czyta się bez zainteresowania. Przeciwnie, Michaelis skrupulatnie dba o swojego odbiorcę, czuwając, by ten pozostał skupiony na lekturze. Stopniowy rozwój poszczególnych wątków przynosi więcej pytań, niż odpowiedzi, a atmosfera tajemnicy i nieuchronnego końca tylko wzmaga poczucie zaintrygowania. Na Baśniarza zdecydowanie warto przygotować sobie dwa wolne wieczory i dać się pochłonąć czarowi języka Michaelis, a może właściwie elokwencji języka Abla?

Klimat, jaki Michaelis wykreowała w Baśniarzu jest od początku do końca niezwykle subtelny. Nie brakuje w nim obrazów krwawych, pełnych przemocy i tajemnicy, ale nie brakuje też delikatności i pewnego poczucia opiekuńczości. Ta opiekuńcza cecha, w którą autorka wyposażyła Abla nadaje jego obliczu trzeciego wymiaru i sprawia, że jest to postać wołająca o współczucie, akceptację i sprawiedliwość. To właśnie pewne szczególne cechy, jakimi autorka opatrzyła swoich bohaterów warunkują w dużej mierze odbiór tej lektury. Abel- baśniarz o kilku twarzach, Michi - dziecięca ciekawość i słodycz, Anna - zatopiona w marzeniach, a do tego wszystkiego obecna gdzieś w tle aura pewnej grozy. Wszystko to razem tworzy naprawdę niesamowitą mieszankę, w której łatwo i zdecydowanie warto się zatracić na te kilka godzin. A Mnogość wątków i tematów obecnych w tej książce tylko podsyca ciekawość czytelnika.
Nawet najgorsze można wybaczyć. Niemożliwe może stać się możliwe. Najtrudniej jest wybaczyć samemu sobie.[...] Przebaczenie było jak miękka ciemnoniebieska chustka, a jak komuś udało się wybaczyć samemu sobie, to tę chustkę przeszywały srebrne nici. Nie czuła już w sobie bólu. Miękka chusta wszystko przykryła, jak śnieg i równocześnie inaczej.
Bohaterowie, jakich stworzyła Michaelis na potrzeby swojej książki są z całą pewnością wielowymiarowi, a ich psychologiczne portrety dają bardzo głęboki wgląd na poszczególne cechy ich osobowości. Łatwo jest ulec złudnej fascynacji pięknem głównych postaci, są zdecydowanie nietuzinkowi. I choć ta cecha w przypadku tej książki jest zdecydowanie na ogromny plus, to podczas lektury ani trochę nie miałam wrażenia, że czytam o postaciach realistycznych. Nie oznacza to, że byli wyidealizowani czy wręcz przeciwnie, miałam poczucie, że autorka zbyt mocno wniknęła w głębię swoich postaci. Każda z nich, a szczególnie te główne postacie, czyli Abel i Anna, wydają się żyć pogrążeni w swoich własnych światach, a szczegóły dnia codziennego mają zdecydowanie mniejsze znaczenie. Na to pewne wrażenie nierealistyczności ma także ogromny wpływ konwencja baśniowa, w której książka jest konsekwentnie od początku do końca utrzymana. Jest to jak dla mnie bardzo ciekawy literacki zabieg i bardzo cieszy mnie, że będę miała możliwość szerzej przeanalizować niniejsze zjawisko w swojej pracy magisterskiej.

Język i styl, jakim została napisana niniejsza powieść, podobnie jak zresztą klimat, jest os początku do końca utrzymany w rozległej, baśniowej konwencji, przez co chwilami podczas lektury miałam wrażenie, że czytam opis czyjegoś snu, którego zakończenie z pewnością będzie niejednoznaczne. Dodatkowo, konwencja "opowieści w opowieści", jaką stosuje autorka niekiedy opowiadając ustami Abla w niezwykły sposób komponuje się z całością i intryguje czytelnika z każdą stroną coraz bardziej. Nie brakuje malowniczych opisów, głębokich słów i poczucia, że jest się częścią czegoś większego, nie do końca mając właściwość sprawczą na dalsze koleje wydarzeń. Wprawdzie Michaelis słynie z zamiłowania do tworzenia powieści o narracji szkatułkowej, jednakże w Baśniarzu chyba wyszło jej to najlepiej.
Ale za słowami czyhała ciemność, ciemność jaka panuje we wszystkich baśniach. Dopiero później, dużo później, zbyt późno zrozumie, że ta baśń była śmiertelnie niebezpieczna.
Baśniarz jest powieścią niezwykle dla mnie ważną pozycją i bardzo cieszę się, że pisanie pracy magisterskiej stanowiło dobry powód, aby ponownie po nią sięgnąć. Opisana przez Antonię Michaelis historia poruszyła mnie niemal tak samo, jak podczas mojego pierwszego spotkania z tą autorką i dzięki temu, przeczytałam już wszystkie powieści, jakie wyszły spod jej pióra. Dlatego też ponownego spotkania Baśniarzem naprawdę nie mogłam się doczekać. Ta opowieść mieści w sobie wszystkie te elementy, które kocham w literaturze: wyrazistą, wciągającą fabułę, niejednoznacznych i wielowarstwowych bohaterów, klimat, w którym zbiegają się motywy delikatnego suspensu, grozy, tajemnicy, zakazanej miłości, a przede wszystkim, niezwykła moc baśni, która w tej powieści warunkuje jej wyjątkowość. Baśniarz to powieść, do której warto podejść z wrażliwością, ale i z cierpliwością, a już na pewno nie wolno jej skreślać, gdyż obroni się ona sama. Oby było więcej takich powieści, a coś mi mówi, że rok 2024 będzie bogaty w takie pełne emocji odkrycia i powroty.
Baśniarz to powieść ze wszech miar niezwykła i dlatego też jest niezwykle warta polecenia. Jednakże, zdecydowanie nie jest to powieść, która spodoba się każdemu czytelnikowi, jest na to zbyt mroczna, efemeryczna i dość niecodzienna, w której splatają się motywy baśni, delikatnego kryminału, głębokiej traumy, a pośród tego łagodnej miłości. Michaelis napisała tą książkę dla czytelników dojrzałych, dla tych, którzy będą w stanie wyjść poza postawione granice i głębiej przeniknąć w tekst. Baśniarz jest historią opowiadaną przez prawdziwego baśniarza, dlatego też warto podejść do niej z niezwykłą wrażliwością literacką, ale też pewną dozą dystansu. Polecam serdecznie, a jeśli się odważycie, gwarantuję, że pokochacie Baśniarza równie mocno, jak ja!

Moja ocena: 10/10. :)

Czytaj dalej »
on 12 kwietnia 1
Podziel się!
Etykiety
baśnie, fantasy, Ya
Nowsze posty
Starsze posty

10 kwietnia

"Zbrodnia na progu" - Ewa Majkusiak

Zbrodnia na progu to zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji, która zagościła na rynku wydawniczym w 2024 roku. Niedługo zresztą po premierze poleciła mi ją Przyjaciółka. Wciągnęłam się w tą powieść niebywale szybko i w takim samym tempie też ją przeczytałam. Byłam pod naprawdę wielkim wrażeniem, gdyż dawno nie miałam w rękach tak dobrego ubran fantasy polskiej pisarki!

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

 

Kiedy pewnego poranka Sara znajduje przed swoim lokalem zwłoki, jej sielankowe życie zielarki powoli ulega niespodziewanym zmianom. Sarkastyczny i na pozór oziębły policjant bardzo angażuje się w rozwikłanie tej sprawy, co początkowo niepokoi młodą zielarkę. Sara usilnie zastanawia się, jak poradzić sobie nie z jednym, ale z dwojgiem oskarżonych przyjaciół. Ucieczkę od tych natrętnych myśli zapewniają jej głaskanie kota, pocieszania swojego przyjaciela Doriana, który nie może odpędzić się od groma fanek oraz karmieniem klientów i przyjaciół przepysznymi ciastami i ziołowymi naparami, niekiedy pachnącymi cynamonem. Obok dni wypełnionych niepewnością jutra, wkrada się miła myśl, że nie samą zbrodnią żyje człowiek i ważne są rutyny, małe tradycje oraz błogie momenty codzienności. Lecz Sara sama jest gorąca niczym grzany cydr, intensywna, magiczna i do tego łatwo może zaleźć za skórę. Co jej przyjdzie, gdy wpląta się w akcję mającą na celu złapanie zabójcy?

- opis własny

Za Zbrodnię na progu wzięłam się szybko i w sumie dość gładko przebrnęłam przez pierwsze kilkadziesiąt stron. Właściwie nie spodziewałam się, iż połknę ją w górę dwa dni, mając na głowie pisanie magisterki, jednakże fabuła okazała się nader kusząca. Po zakończeniu, jakiego zdecydowanie się nie spodziewałam, liczę, iż autorka szybko pokusi się o kontynuację, nie tylko dlatego, iż uważam pierwszy tom za po prostu rewelacyjny, ale także dlatego, że będę miała możliwość przeczytania go ponownie przed kontynuacją. Naprawdę dawno nie miałam w rękach tak dobrego, ba nietuzinkowego, urban fantasy, a co najlepsze autorstwa polskiej pisarki. A Ewa Majkusiak spisała się dosłownie na medal!

Pod względem fabularnym książka bardzo miło mnie zaskoczyła i to nie tylko za sprawą zupełnie gwałtownego początku, który zresztą sprawia, że na pierwszym rozdziale zdecydowanie nie poprzestałam. Ewa Majkusiak niewątpliwie posiada pisarski talent, a przy tym dysponuje zdolnością wzbudzenia zaciekawienia u czytelnika i podtrzymania emocji towarzyszących lekturze na długo po jej zakończeniu. Zbrodnia na progu rozpoczyna się gwałtownie, co jednak wcale nie oznacza, że lektura to emocjonalna jazda bez trzymanki, Majkusiak dba bowiem o to, aby wciągnąć i w dalszym stopniu intrygować swojego czytelnika, lecz zwraca uwagę na bardzo istotne detale codzienności, które gwarantują odbiorcy chwilę oddechu. W tym całym zamieszaniu związanym z morderstwem pojawia się kilka znaczących powolniejszych momentów, które zostają jednak przez autorkę wyeksponowane, co jest niezwykle miłym gestem tak w stronę bohaterów, jak i czytelników. Niemniej, Zbrodnia na progu to nietuzinkowe dzieło, któremu łatwo i wręcz warto dać się pochłonąć i zapewnić sobie góra dwa dni zagwarantowanej rozrywki! Sama powieść liczy jedynie 280 stron, zatem niewiele, stąd też ogromnie łatwo zatracić się w wykreowanym przez Majkusiak świecie pachnącym ziołami i cynamonem.

Tym, co zdecydowanie wyróżnia niniejszą powieść na rynku wydawniczym jest nie tylko sam niebanalny koncept na fabułę, ale również jego wykonanie. Poszczególne wątki łatwo splatają się w całość, a pojawiające się od czasu do czasu "przerwy" w akcji pozwalają nie tylko na złapanie oddechu, ale również na docenienie małych elementów życia codziennego, które często traci się z oczu w nieustannym pędzie. Wartka akcja i mnogość wydarzeń sprawiają, że w Zbrodnię na progu naprawdę łatwo się zanurzyć, a zważywszy na niewielką objętość tomiku (tylko 280 stron) całość można spokojnie połknąć za jednym zamachem i to jednego wieczora (pod warunkiem, że nie pisze się akurat magisterki, albo chociaż ma się ją na uwadze). 

Aspektem, na który chciałabym zawrócić szczególną uwagę jest wykreowany przez Majkusiak klimat. Autorka stworzyła niebanalne urban fantasy, którego akcja toczy się w świecie rzeczywistym i co jest bardzo miłe, w naszej polskiej Łodzi, zadbała nie tylko o szeroką perspektywę powieści, ale przede wszystkim także o detale, zarówno te magiczne i przynależące do świata fantasy, jak i te codzienne, rzeczywiste i niemagiczne. Urzekła mnie właśnie ta dbałość o szczegóły, gdyż dzięki temu powieść jeszcze bardziej mnie wciągnęła, a po zakończeniu lektury zatęskniłam za wykreowanym przez nią światem. Bardzo dużą rolę Majkusiak przywiązuje w tej powieści do drobiazgów, które w konsekwencji wpływają na całokształt, jak chociażby na zapachach i rodzajach ziół, przygotowywanych przez Sarę naparach leczniczych, jak również na kwestiach magicznych. Co więcej, Zbrodnia na progu nie trąci przesytem i zbyteczną szczegółowością, przeciwnie, autorka subtelnie splata ze sobą poszczególne wątki, umiejętnie kreując świat urban fantasy, w którym chętnie bym zamieszkała. Bogactwo detali, ogólna prostota, magia, ale nie w nadmiernym wydaniu, uporządkowanie i pewna hierarchia, a nade wszystko wyraziści i pełnokrwiści bohaterowie, wszystko to czyni powieść Majkusiak pozycją, która na pewno znajdzie się w mojej czołówce roku 2024!

Bohaterowie stanowią kolejny walor tej powieści. Na zdecydowaną uwagę zasługuje fakt, iż autorka postawiła na główną postać, czyli Sarę, jako kobietę nie bojącą się podjąć ryzyka, a przy tym wyposażyła ją w takie cechy jak czułość i opiekuńczość. Oczywiście nie oznacza to przedstawienia jej w samych superlatywach, gdyż wady tej bohaterki zostały wyeksponowane nie mniej wyraziście niż jej zalety, co tylko sprawiło, że po pierwsze bardzo ją polubiłam, a po drugie znalazłam kilka aspektów, z którymi sama mogłabym się utożsamić. Kolejne postacie również zostały bardzo dobrze przedstawione, do tego stopnia, że co poniektórych bohaterów można by postawić na podium tuż obok samej Sary. Majkusiak w aspekcie kreacji charakterów zasługuje u mnie na dużego plusa. Postacie są niesztampowe, momentami irytujące, ale zdecydowanie nie sposób ich nie polubić i nie kibicować im w rozwiązywaniu kolejnych supłów tajemnicy. Ponadto, bohaterowie tej książki są na tyle wyraziści, a przy tym nie przypominają zupełnie postaci czysto papierowych, zatem kto wie, może na ulicy uda się spotkać kogoś podobnego?

Majkusiak posiada tę pewną szczególną właściwość, że naprawdę świetnie pisze, a Zbrodnię na progu chce się czytać już od pierwszej strony! Ma wszystkie te predyspozycje, które powinna mieć mistrzyni pióra: potrafi zbudować napięcie, subtelnie wpleść bardziej poboczne wątki, wykreować nietuzinkowe postacie, zadbać o detale i co najważniejsze, potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika na wysokim poziomie. Jej styl pobrzmiewa, co prawda, nutką temperamentu, zwłaszcza, jeśli główną bohaterką jest Sara, ale nie da się nie dostrzec w nim delikatności i swoistej wrażliwości pisarskiej. Język to tylko kolejny aspekt, który sprawia, że Zbrodni na progu warto jest pozwolić się wciągnąć do magicznych łódzkich uliczek i zapewnić sobie naprawdę udany wieczór, obowiązkowo z kubkiem naparu ziołowego zawierającego cynamon!

W Zbrodnię na progu naprawdę łatwo jest dać się wciągnąć i to nie tylko za sprawą intrygującej fabuły, nagłych zwrotów akcji czy ciekawych bohaterów, ale także dzięki niebagatelnemu stylowi pisarki. Ta książka to zdecydowanie moje bardzo ważne odkrycie roku 2024 i mam nadzieję, że kolejny tom zachwyci mnie w równym stopniu!

Zbrodnia na progu to pozycja, którą chciałabym polecić każdemu dorosłemu czytelnikowi, który lubuje się w urban fantasy i literaturze new adult. To książka pachnąca i gorąca równie mocno jak Sara, ale przy tym zapewniająca wytchnienie od codziennych trosk. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, iż każdy szanujący się czytelnik powinien sobie zakupić tą książkę i spędzić wieczór z naprawdę nietuzinkowymi postaciami, przemierzając wraz z nimi łódzkie ulice wypełnione magią, zapachem cynamonu i intrygującą zbrodnią. Polecam serdecznie!

Moja ocena: 10/10. :)

 

Czytaj dalej »
on 10 kwietnia 3
Podziel się!
Etykiety
fantasy, new adult, obyczajowe, współczesność
Nowsze posty
Starsze posty

17 marca

"Zaopiekuj się moją mamą" - Shin Kyung-Sook

Zaopiekuj się moją mamą autorstwa Shin Kyung-Sook to powieść, z którą w zasadzie rozpoczęłam rok 2024. Była to zresztą pozycja, która na długo po lekturze zapadła mi w pamięć, zmuszająca do refleksji i pewnego namysłu. Fakt, iż pod koniec stycznia rozpoczęła się sesja zimowa sprzyjał mi zresztą, jeśli chodzi o przemyśliwanie niektórych kwestii poruszanych w książce, a właściwie tej jednej i najważniejszej. Pytania, które nie schodziło z ust i myśli: jak dobrze znasz swoją mamę? Ile o niej wiesz, ale najważniejsza: jak ją postrzegasz? Bardzo ucieszyłam się, że to właśnie z tak niebagatelną i mocną lekturą weszłam w Nowy Rok, gdyż wnioski, jakie z niej wyciągnęłam są dla mnie niezwykle ważne.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE: Lost Sky - Dreams II Sary Skinner

https://www.youtube.com/watch?v=c0MOUb5eDlU&list=RDc0MOUb5eDlU&start_radio=1 

 

Książka autorstwa Shin Kyung-Sook opowiada historię kobiety-matki, która zaginęła na dworcu kolejowym podczas podróży do najstarszego syna. Gdy rodzina rozpoczyna poszukiwania, okazuje się, że jest już za późno. Mama zaginęła bez śladu, a żaden z przechodniów jej nie widział. Autorka splata i łączy ze sobą narracje poszczególnych członków rodziny szukających mamy i żony. Kim była kobieta, która zaginęła bez śladu na dworcu? Z narracji zawierających w sobie perspektywę córki, syna, ale również męża i, co ciekawe, samej zaginionej, czyli mamy, wyłania się powieść niosąca w sobie treść uniwersalną. Na jaw wychodzą bowiem opowieści pełne miłości, lecz i rodzinne sekrety. Kim naprawdę była zaginiona mama i, który z opowiadających najwierniej oddaje jej osobę?

- opis własny 

Wprawdzie Zaopiekuj się moją mamą miałam w planach już wcześniej, to jednak noworoczna promocja w księgarni internetowej skłoniła mnie do spontanicznego zakupu niniejszego tomiku. Pomyślałam więc, że to właśnie z powieścią Shin Kyung-Sook zacznę nowy 2024 rok.

Pod względem fabularnym książka dość mnie zaskoczyła. Na samo tragiczne zdarzenie spoglądamy oczami bliskich zaginionej osób, co ogniskuje naszą uwagę wokół osoby głównej bohaterki, Park So-nyo. Kobieta, która przez tyle lat stanowiła w zasadzie "tło" życia rodzinnego, była matką, która w pełni poświęciła się opiece nad dziećmi i prowadzaniu domu rodzinnego. Jej rola stawała się dla najbliższego jej otoczenia tak oczywista, że w zasadzie śmiałym a zarazem mocnym jest stwierdzenie, że jej brak odczuli oni dopiero wówczas, gdy mama zaginęła na dworcu. Shin Kyung-Sook od razu pozbawia Czytelnika złudzeń co do historii pełnej miłości i pięknej relacji dzieci-matka. Sprawia to, że powieść wcale nie jest taka lekka, jak mogłoby się wydawać na początku sugerując się jedynie opisem. Tej czułości wobec matki bohaterowie muszą niestety uczyć i ma to miejsce w zasadzie przez cały czas trwania akcji. 

Jak wspominałam, swój głos mają bardziej poboczne postacie, jednakże nie ulega wątpliwości, że to So-nyo pełni w tej powieści najważniejszą rolę. Po jej zaginięciu członkowie rodziny zamiast działać razem zaczynają wzajemnie się oskarżać, co tylko dodatkowo pogłębia przepaście między nimi. Kyung-Sook w zaskakujący sposób odmalowuje przed Czytelnikiem relacje rodzinne, gdzie każdy z jej członków żyje osobno, obok siebie, nie zaś razem. Autorka obierając sobie za cel zniknięcie najważniejszej postaci w przejmujący sposób odsłania drugie dno rodzinnych konfiguracji, gdzie każdy żyje obok, co czyni tę książkę dobrym studium relacji rodzinnych, ale także uczy jak wiele rodzin jest nieszczęśliwych i uwikłanych w taką relację. Było to dla mnie uderzające, gdyż sięgając po tą książkę miałam zupełnie inne wyobrażenie o niej, spodziewałam się opisów pełnych czułości, nieutulonej tęsknoty, ciepłej wizji domu rodzinnego. Otrzymałam zaś historię rodziny zagubionej, której członkowie stanowią samodzielne i odrębne jednostki, nie ma zaś jedności grupowej.

Co prawda, rozwój fabuły śledziłam z zainteresowaniem, jednakże z tyłu głowy miałam już przeczucie do zakończenia książki, zresztą, jak się okazało trafne. Poszczególne epizody opowiadane są z perspektywy różnych bohaterów, zarówno dzieci, jak i męża oraz jeszcze jednej postaci, której tożsamość była dla mnie miłym zaskoczeniem. Właściwie nietrudno jest dostrzec, do jakiego finału pragnie doprowadzić autorka, co niestety sprawiało, że wobec wszechobecnej w tej książce apatii, złości i poczucia niemocy jej bohaterów, zmuszona byłam ją sobie dawkować. Autorka w pewnym sensie nie daje swoim postaciom żadnej szansy na docenienie wspólnie spędzonego rodzinnie czasu, żadnej szansy na odkupienie przewinień i zranień. W gruncie rzeczy koncentruje się właśnie nad kwestią rozgoryczenia i zaabsorbowania przez poszczególne postacie własnym "ja". Zasadniczo Kyung-Sook nie daje ani swoim bohaterom, ani Czytelnikowi żadnej szansy na jakąkolwiek nadzieję, co odbija się na wspomnianych epizodach, gdyż relacje rodzinne w obliczu tragedii ulegają pogorszeniu. Ta książka nie daje szansy na szczęśliwe zakończenie, autorka sygnalizuje to zresztą od samego początku.

Miałam dość mieszane odczucia podczas czytania niniejszej książki. Z jednej strony byłam co nieco zawiedziona, gdyż oczekiwałam przynajmniej odrobiny pozytywnych wrażeń. Autorka jednak poszła w zupełnie inną stronę i wykreowała klimat dość przygnębiający, co pozwala odczytywać niniejszą historię w bardziej uniwersalny sposób. Co jednak ciekawe, trudno jest czytać tą książkę, gdy ma się tak wielkie poczucie empatii wobec głównej bohaterki, niedostrzegalnej przez resztę postaci. Dla całej reszty bohaterów mama stanowi w pewnym sensie stałą figurę, figurę-opokę, która zawsze będzie obok. Jej zniknięcie niszczy pewien ustalony w ich życiu porządek rodziny. Tęsknią za nią, to prawda, jednakże w taki mało czuły sposób i to nie miłe wspomnienia o kochanej matce budują i spajają klimat książki. Są to za to oskarżenia i wyrzuty czynione przez członków rodziny, co sprawia, że ta książka jest okropnie przygnębiająca w niektórych momentach. Boli mnie osobiście brak ciepłych relacji, tak mocno zaakcentowany w tej książce.

Język, jakim autorka operuje w Zaopiekuj się moją mamą jest dla mnie, jako w pewnym sensie osoby zaznajomionej dość dobrze z kulturą azjatycką, dość typowy. Nie ma co doszukiwać się tutaj emocjonalnych opisów, dominuje za to rzeczowość i konkretyzm. W pewnym sensie, momentami było mi trudno przywyknąć do takiej konwencji, zwłaszcza, że ostatnio miałam przerwę od azjatyckich lektur, a w tym przypadku muszę wykluczyć klasyczne teksty. W powieści Kyung-Sook nie brakuje klimatu nowoczesności przesiąkniętego jednak goryczą i wyrzutami spowodowanymi zbyt szybko postępującą nowoczesnością. Co mnie jednak zaskoczyło, to znikoma obecność pewnych pytań, pozostawionych bez odpowiedzi, które zadają sobie bohaterowie. Pozwoliło mi to żywić nadzieję, że ciepłe uczucia są jednak w tej powieści obecne, choć ukryte za grubą warstwą frustracji i żali. 

Dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem fakt, iż praktycznie nikogo poza samą So-nyo nie zdołałam w tej książce jakoś szczególnie polubić. Wszystkie postacie poza nią wydawały mi się mocno płytkie, przepełnione niczym nieuzasadnionym żalem, goryczą i frustracją. Co jednak mnie zaskoczyło, to różnorodne obrazy matki widziane we wspomnieniach poszczególnych pobocznych postaci, a szczególnie jednej, gdzie historia So-nyo okazuje się być historią jakich wiele w tamtych przedwojennych czasach. Młoda kobieta zostaje poślubiona chłopcu ze średniej klasy, by tamten mógł uniknąć wojska. W domu męża spotkały ją jednak wyzwiska i niesłuszne oskarżenia, zaś po urodzeniu dzieci kobieta oddała im całe swoje serce. Sama bohaterka zaś budziła moje ogromne współczucie, była w zasadzie jedyną postacią, która dysponowała jakimkolwiek pozytywnymi i ciepłymi uczuciami w tej powieści, żałuję więc, że najbliższe jej otoczenie nie dostrzegało dobroci, jaką ona ich obdarowywała. Zakończenie powieści, nieco rozwiało moje przypuszczenie, gdyż jedna z córek wykazała się czymś godnym dla upamiętnienia swojej matki. Dzięki temu w zasadzie po zakończeniu lektury miałam wrażenie, że czas, który poświęciłam tej książce był czasem owocnym.

Mam wrażenie, iż azjatyckie powieści poruszają tematykę uniwersalną niekiedy w znacznie szerszej perspektywie, niż książki, które czytam zazwyczaj. Być może wiąże się z tym kwestia zdystansowania autora do własnych emocji, a tym samym do uczuć wobec swoich bohaterów i opowiadanej historii. A może właśnie to proces pisania i ekspresja twórcza pozwalają im przelać na papier swoje własne głębokie odczucia? Widoczna w literaturze azjatyckiej głębia i poruszenie czytelnika stanowią te szczególne aspekty, które sprawiają, że lektura tych książek zwykle sprawia, iż potrzebuję czasu na refleksję. Rzuca się bowiem w oczy ta odmienność kulturowa pomiędzy Polakami a Azjatami, przepaść jaka jest między nami zostaje częściowo otwarta, aczkolwiek te różnice są niezwykle widoczne, w tym również to, jak bardzo książka napisana przez Kyung-Sook mnie poruszyła. Jednakże, bardzo cenię sobie literaturę azjatycką i jestem przekonana, że w roku 2024 na pewno przeczytam więcej tytułów z niniejszego wschodniego kalibru.

Zaopiekuj się moją mamą to pozycja absolutnie dla mnie wyjątkowa i przyznaję, że z bardziej nietuzinkową i poruszającą głęboko książką chyba nie mogłam lepiej zacząć tego roku. Jest to dzieło, które powinien przeczytać każdy, kogo interesują nie tylko kwestie własnej wewnętrznej uczciwości, jak również aspekty uniwersalne, takie jak miłość matki do dziecka i odwrotnie. Książka Shin Kyung-Sook jest powieścią na tyle mocną i poruszającą do głębi, że dobrym pomysłem tuż przed lekturą jest własna, wewnętrzna refleksja o relacji z własną mamą, gdyż zgodnie z tym, co głosi opis zamieszczony na okładkę powieści, po przeczytaniu tej książki już nigdy nie spojrzysz na swoją mamę tak samo, jak przedtem. Pozycja ta, choć tak krótka, sprawi, że zaczniesz o wiele bardziej doceniać i szanować tą, którą nazywasz Mamą! Polecam i gorąco zachęcam do sięgnięcia po tą książkę!

Moja ocena: 9/10. :)

Czytaj dalej »
on 17 marca 2
Podziel się!
Etykiety
Azja, stosik książkowy, współczesność
Nowsze posty
Starsze posty

10 stycznia

"Arystoteles i Dante" - Benjamin Alire Saenz

Arystoteles i Dante to dwutomowa seria bardzo dla mnie wyjątkowa, która nieco czekała sobie na półce Legimi na właściwą porę. W zasadzie pewnie leżałby tam dłużej, gdyby nie słowa mojej Przyjaciółki, która bardzo polecała mi obie te książki. I w tym przypadku, mogłam być już pewna, że historia napisana przez Saenza mi się spodoba. Dodatkowo fakt, iż dawno nie sięgałam już po pozycje z gatunku Young Adult, podsycał moją ciekawość do tego stopnia, że pierwszy tom przeczytałam bardzo szybko, by nie powiedzieć, że połknęłam go w całości.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

 

Arystoteles to zagubiony nastolatek przekonany, że po stracie brata, który przebywa w więzieniu, został pozostawiony sam sobie. Z kolei wszystkowiedzący Dante patrzy na świat w niezwykły sposób. Spotkanie na basenie tak różniącej się od siebie dwójki nastolatków odmienia nie tylko życia ich samych, ale także ich rodzin. Gdy zaczynają spędzać razem czas, odkrywają, jak szczególna więź ich łączy, co więcej we dwoje poznają największe tajemnice i prawdy wszechświata, a wśród nich także tę, dotyczącą tego kim i jakimi ludźmi chcą być. 

- opis własny

Dość długo zbierałam się do tego aby napisać recenzję z dylogii Benjamina Saenza. Te dwie powieści na długo zawładnęły bowiem moją czytelniczą wyobraźnią i sporo zajęło mi, zanim potrafiłam ubrać w słowa to, co czułam podczas lektury. Arystoteles i Dante to właśnie ten typ literatury, która pozostaje ze mną na dłużej, a kojący wpływ nie znika wraz z szelestem ostatniej strony. Mając teraz względnie czas, mogłam jednak z czystym sumieniem usiąść do napisania recenzji. Naprawdę dawno nie byłam pod tak wielkim wrażeniem powieści z gatunku YA, a jednak Saenez potrafił mnie jak najbardziej pozytywnie zaskoczyć, gdyż niniejsza dylogia ma naprawdę wiele do zaoferowania swojemu Czytelnikowi!

Pod względem fabularnym, Arystoteles i Dante jako dylogia może nie wciągają aż tak bardzo od razu i trzeba jednak trochę stron przerzucić, aby odpowiednio wczuć się w klimat lata. Byłam bardzo zaskoczona, gdyż ja w zasadzie wciągnęłam się dość szybko, bo już po pierwszym rozdziale. O ile jednak z pozoru powieści Saenza mogą wydawać się nieszczególnie wyróżniającymi się obyczajówkami, o tyle w miarę przewracania kolejnych stron to wrażenie się rozwiewa. Autor kreując postacie swoich bohaterów, tak przecież od siebie różnych, zadaje im także ciężar, którego momentami Ci dwoje nie będą potrafili unieść. Zasady lata, jakie Arystoteles i Dante wspólnie stworzyli stają się tak naprawdę w dużej mierze wyznacznikami ich relacji oraz tego, jak ona dalej się potoczy. Beztroska, tak typowa dla nastolatków zostaje zastąpiona szeregiem innych odczuć, z którymi bohaterowie muszą się zmierzyć. Obydwie powieści zmuszają bowiem postacie do zadawania sobie pytań, na które odpowiedź czy recepta nie znajdzie się od razu, pytań, które niewypowiedziane zaduszą od środka. Obok nas, czytelników, zawsze jest jednak autor, cichym głosem przypominający, że najważniejszą walkę toczymy sami ze sobą, robimy to zresztą każdego dnia. Uczciwość wobec samego siebie to niemalże hasło przewodnie tej dylogii i zarazem wspaniałe motto.

Tym, czego początkowo zupełnie się po tej dylogii nie spodziewałam, były zwroty akcji, które zresztą dosyć szybko wybiły mnie z sielankowego, beztroskiego rytmu, jaki początkowo dominował w powieściach. Pod względem tworzenia powieści, które kryją w sobie drugie dno, Saenz zdecydowanie nie ma sobie równych, gdyż takich zaskakujących momentów jest w tej dylogii bardzo wiele. Zresztą, nie będzie przesadą, jeśli napiszę, iż w gruncie rzeczy Arystoteles i Dante to seria bardzo silnie osadzona w konwencji realistycznej, niemalże stereotypowo rodem z historii "z życia wziętych". Autor nie oszczędza swoich bohaterów, za to wciąż wytrwale ukazuje wyzwania, jakim ci dwoje będą musieli stawić czoła. Nie lituje się nad nimi, współczuje im, ale zdecydowanie nie jest zwolennikiem typowo cukierkowego, różowego świata. Sprawia to, że sam akt lektury sam w sobie jest pewnym wyzwaniem, potrzebą zmierzenia się z samym sobą i zaakceptowaniem własnych niedoskonałości. 

Wyjątkowa wrażliwość, spostrzegawczość i wnikliwość autora to cechy, które dość mocno rzucają się w oczy podczas lektury tej dylogii. Sprawia to, że klimat serii jest szczególny. Początkowo może to wprawdzie dziwić, zwłaszcza, że opis sugeruje raczej lekką, młodzieżową powieść. Swoją wyjątkowość dylogia zawdzięcza nie tylko wnikliwemu oku autora i doskonałym rozeznaniu się w nastoletnich rozterkach, czy talentowi pisarskiemu, bo Saenz pisać pięknie zdecydowanie potrafi, ale również w wykreowaniu postaci różnorodnych, niewyidealizowanych, niecierpliwych, zarazem cudownych, a niekiedy także irytujących. Atmosfera, jaką autor stworzył w tej książce nie tylko porusza serca opisaną przezeń historią, ale zmusza do autoanalizy, a Inne zasady lata (alternatywny tytuł dylogii) pozostają w pamięci na długo.

Styl, jakim napisana jest powieść bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Przede wszystkim ilość wewnętrznego dialogu, jaki prowadzi ze sobą jeden z bohaterów w swoim dzienniku, Arystoteles, mocno wpłynęła na odbiór książki. Saenz zresztą pisze podobnie - kreując rzeczywistość fikcyjną nie ogranicza się do odbioru zmysłowego, nie upraszcza, ale wielką wagę przywiązuje do tego, czego nie widać gołym okiem. W tę umiejętność wyposaża zresztą jednego ze swoich bohaterów. Introspekcyjny styl narracji sprawia, że lektura książki momentami staje się przeżyciem bardzo indywidualnym. Wrażliwość, introwertyzm, czyli to, co ewidentnie wysuwa się na pierwszy plan w tych książkach sprzyja wyjątkowej atmosferze. Saenz napisał powieści, które może przeczytać każdy z przekonaniem, że bohaterowie lektury mają podobne obawy. Arystoteles i Dante to historia piękna, emocjonalna i nieprzewidywalna, a przy tym życiowa i niezwykle prawdziwa.

Kreacja bohaterów to w wykonaniu Saenza prawdziwe arcydzieło, zwłaszcza, jeśli mowa o postaciach tytułowych, jak Arystoteles i Dante. Bardzo spodobało mi się w jak kontrastowy sposób, autor zestawił ze sobą dwójkę tych bohaterów nakreślając bardzo wyraziście poszczególne ich cechy charakteru. Choć odmienne osobowości nastolatków rzucają się w oczy już od pierwszych stron, to podkreślone zostały także pewne ich wspólne cechy i zainteresowania. Fakt, że Saenz oparł relację chłopców - tak różnych od siebie - dodatkowo podkreśla wagę ich przyjaźni i akcentuje łączącą tę dwójkę więź. Urzekła mnie prostota i piękno ich przyjaźni, podbudowane przy tym poprzez łączące ich trudne doświadczenia. To właśnie sprawia, że te powieści tak mocno dodają otuchy!

Arystoteles i Dante to dylogia, która na długo jeszcze pozostanie w moim czytelniczym sercu. Cieszę się, że pierwsza noworoczna recenzja, którą piszę w tym roku jest właśnie z wspomnianej serii, gdyż naprawdę są to dla mnie pozycje wyjątkowe. Autor porusza wiele tematów, niekiedy dość kontrowersyjnych i mocnych, na tyle, że bardziej nadaje się ona do gatunku obyczajówki, niż do Young Adult, jak została sklasyfikowana. 

Arystoteles i Dante to dylogia, o której myśli się jeszcze długo po jej przeczytaniu, dlatego też jest to pozycja, która może po prostu nie spodobać się każdemu. Niemniej, gorąco zachęcam, aby skusić się na prozę Saenza, która w przemyślany sposób skłania Czytelnika do refleksji. Pozycja idealna dla tych, którzy poszukują swojej tożsamości. Polecam serdecznie!

Moja ocena: 9/10:)

Czytaj dalej »
on 10 stycznia 2
Podziel się!
Etykiety
dla nastolatków, miłość, obyczajowe, okruchy życia, współczesność, Ya
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

O AUTORCE

O AUTORCE
27 - letnia Magister Polonistyki-Literaturoznawstwa. Z zamiłowania książkoholiczka, literaturoznawczyni i blogerka, rysowniczka, a także miłośniczka języków obcych i azjatyckich dram. Kto wie, może i w przyszłości także pisarka? Możliwości jest mnóstwo! :) Aktualnie spełnia się dziennikarsko pracując w redakcji WUJ-a oraz współpracując z wydawnictwami jako recenzentka. Przyszła bibliotekarka i biblioterapeutka, która uczy się języka migowego.

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

BIBLIOTECZKA

https://lubimyczytac.pl/ksiegozbior/MiegxQJv6H

PRZECZYTANE

W tym roku chcę przeczytać...

W tym roku chcę przeczytać...
#Wyzwanie LC 2026#

Recenzje/Wpisy planowo

* "Żywe serce", Piotr Pawlukiewicz * "Genialne umysły", Jennifer Lynn Barnes * "Studium zatracenia", Ava Reid * "Burza", Sunya Mara * "Obiekty głębokiego nieba", Jakub Małecki Następne tytuły wpisów podam niebawem! :)

Znajdź mnie!

  • Lubimy Czytać
  • Strona na facebooku
  • Twitter
  • Instagram

Szukaj na tym blogu

Statystyka

Subskrybuj

Posty
Atom
Posty
Komentarze
Atom
Komentarze

Obserwatorzy

Popularny post

  • Kącik serialowy: Moon Lovers: Scarlet Heart Reyo- magia księżyca
    Tytuł oryginalny:   달의 연인 – 보보경심 려 Tytuł (latynizacja):   Dalui Yeonin – Bobogyungsim Ryeo Tytuł (alternatywny):  Time Slip: Rye...
  • Kącik serialowy: Goblin, Guardian: The Lonely and Great God- potęga przeznaczenia
    Tytuł oryginalny:   도깨비 Tytuł (latynizacja):   Dokkaebi Tytuł (alternatywny):  Goblin: The Lonely and Great God Gatunek:   fantasy, m...
  • "Shinsekai Yori"- Yuusuke Kishi
    tytuł oryginału: 新世界より tłumaczenie: Z Nowego Świata wydawnictwo:  Kōdansha data wydania: 23 stycznia 2008 liczba stron:870 sło...

Archiwum

  • ▼  2026 (19)
    • ▼  sie 2026 (3)
      • Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ru...
      • "Powroty" - ksiądz Piotr Pawlukiewicz
      • "Niewidzialne życie Addie LaRue" - Victoria E. Schwab
    • ►  lip 2026 (1)
    • ►  cze 2026 (3)
    • ►  maj 2026 (3)
    • ►  kwi 2026 (6)
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (2)
  • ►  2025 (13)
    • ►  wrz 2025 (1)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (4)
    • ►  lut 2025 (2)
  • ►  2024 (11)
    • ►  gru 2024 (1)
    • ►  lis 2024 (1)
    • ►  lip 2024 (1)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (2)
    • ►  kwi 2024 (2)
    • ►  mar 2024 (1)
    • ►  sty 2024 (2)
  • ►  2023 (31)
    • ►  gru 2023 (2)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (4)
    • ►  wrz 2023 (3)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (2)
    • ►  kwi 2023 (1)
    • ►  mar 2023 (5)
    • ►  lut 2023 (5)
    • ►  sty 2023 (1)
  • ►  2022 (46)
    • ►  gru 2022 (5)
    • ►  lis 2022 (4)
    • ►  paź 2022 (4)
    • ►  wrz 2022 (5)
    • ►  sie 2022 (6)
    • ►  lip 2022 (6)
    • ►  cze 2022 (1)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (3)
    • ►  mar 2022 (5)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (2)
  • ►  2021 (38)
    • ►  gru 2021 (2)
    • ►  lis 2021 (4)
    • ►  paź 2021 (3)
    • ►  wrz 2021 (3)
    • ►  sie 2021 (4)
    • ►  lip 2021 (4)
    • ►  cze 2021 (1)
    • ►  maj 2021 (2)
    • ►  kwi 2021 (2)
    • ►  mar 2021 (2)
    • ►  lut 2021 (6)
    • ►  sty 2021 (5)
  • ►  2020 (49)
    • ►  gru 2020 (3)
    • ►  lis 2020 (2)
    • ►  paź 2020 (4)
    • ►  wrz 2020 (4)
    • ►  sie 2020 (6)
    • ►  lip 2020 (5)
    • ►  cze 2020 (3)
    • ►  maj 2020 (2)
    • ►  kwi 2020 (5)
    • ►  mar 2020 (5)
    • ►  lut 2020 (6)
    • ►  sty 2020 (4)
  • ►  2019 (66)
    • ►  gru 2019 (6)
    • ►  lis 2019 (4)
    • ►  paź 2019 (5)
    • ►  wrz 2019 (9)
    • ►  sie 2019 (9)
    • ►  lip 2019 (6)
    • ►  cze 2019 (5)
    • ►  maj 2019 (6)
    • ►  kwi 2019 (2)
    • ►  mar 2019 (3)
    • ►  lut 2019 (5)
    • ►  sty 2019 (6)
  • ►  2018 (59)
    • ►  gru 2018 (5)
    • ►  lis 2018 (5)
    • ►  paź 2018 (7)
    • ►  wrz 2018 (9)
    • ►  sie 2018 (7)
    • ►  lip 2018 (3)
    • ►  cze 2018 (8)
    • ►  maj 2018 (2)
    • ►  kwi 2018 (2)
    • ►  mar 2018 (3)
    • ►  lut 2018 (3)
    • ►  sty 2018 (5)
  • ►  2017 (5)
    • ►  gru 2017 (4)
    • ►  lis 2017 (1)

Polecany post

Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ruchem Czystych Serc (relacja)

Napisz do mnie w sprawie recenzji/artykułu/wywiadu :)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Etykiety

Japonia (13) King (3) Murakami (6) PLOTKARA (3) Zafon (5) anime (3) arabia (1) autobiografia (5) baśnie (22) dla nastolatków (24) drama (5) fantasy (66) historyczne (32) holocaust (1) klasyk (22) klasyka dla nastolatków (11) klasyka dziecięca (2) komedia- czarny humor (12) kultura słowiańska (5) medyczne (5) mit (3) miłość (39) obyczajowe (123) podsumowanie (81) postapo (23) psychologia (31) psychologiczne (49) romans (53) science-fiction (23) stosik książkowy (34) sztuka (4) tag (2) thiller (26) thriller (14) wojna (9) współczesność (104) zapowiedz (27) zwierzęta (3) świat komiksu (1) święta (5)

Nie kopiuj, szanuj cudzą własność!!!

Prawa Autorskie

Zabraniam kopiowania MOICH tekstów i zdjęć bez uprzedniego zezwolenia.

Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych za kradzież tekstów, czy zdjęć bez upoważnienia autora przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 2-ch i/grzywnę.

Bardzo proszę o uszanowanie mojej pracy.

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Z Dziennika Książkoholiczki. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.