Nadszedł już Nowy Rok, co oznacza, że czas na Podsumowanie minionego już miesiąca grudnia i tym samym roku 2021. Zeszły rok był dość obfity w najróżniejsze wydarzenia, choć niestety zarówno jego początek jak i koniec były dla mnie dosyć przykre. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie skupiała się na pozytywach! A mam za co chwalić rok 2021. Rozpoczęłam kolejny rok moich wymarzonych studiów, odbyłam wspaniałą wycieczkę w góry, a pod względem Czytelniczym i Blogowym na moim koncie są same sukcesy. Pod względem czytelniczym grudzień również był niezwykle intensywnym miesiącem. Nie przedłużając, zapraszam na Podsumowanie Grudnia i Roku 2021!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Tak jak pisałam w powyższym wstępie do dzisiejszego wpisu - rok 2021 pod względem czytelniczym i blogowym mogę uznawać za olbrzymi sukces! Jeśli chodzi o sam grudzień, o czym warto wspomnieć na początek to o fakcie, iż obejrzałam i oficjalnie zakończyłam kultowy serial Dom z papieru, który niezwykle ciepło wspominam. To jedna z tych serii, o których naprawdę ciężko zapomnieć, gdy emocje i napięcie towarzyszą każdemu odcinkowi. Dom z papieru mocno chwyta za serce! W styczniu można spodziewać się recenzji zbiorczej o serialach, jakie miałam przyjemność obejrzeć w ciągu minionego półrocza. Ponadto rozpoczęłam niezwykle ciepłą serię Blue Period, która zachęciła mnie do częstszego portretowania i wypróbowania nowych metod szrafunku i cieniowania. Osobiście kocham portetować i jest to kolejna rzecz, którą obok czytania i recenzowania uwielbiam. Zapewne po sesji zimowej w przerwach między pisaniem pracy do obrony oprócz czytania i blogowania, stworzę także coś na miarę sztuki z Blue Period.
Przechodząc nareszcie do najważniejszej części wpisu, czyli literatury, tak jak wspominałam, grudzień okazał się być równie obfitym miesiącem jak miniony listopad. W grudniu skupiłam się bowiem na kontynuacji niektórych pozycji z listopada, co ostatecznie dało wynik 5 przeczytanych książek. Na początku grudnia dokończyłam bowiem Umiłowaną Toni Morisson, o której dość szeroko pisałam w recenzji, którą można przeczytać <tutaj>. Jest to jedna z tych książek, które pozostają w pamięci czytelnika na długo za sprawą niezwykłego, silnie oddziałującego czaru realizmu magicznego. To pozycja, której zdecydowanie jestem skłonna przyznać miano "Najlepszej Książki Miesiąca". Następnie w kolejce była powieść Herberta George'a Wellesa, Ludzie jak bogowie, która dość średnio przypadła mi do gustu. Kolejna pozycja, czyli 451 stopni Fahrenheita Ray'a Bradbury'ego okazała się być porywającą, ale zarazem dającą do myślenia dystopią, którą równie ciepło wspominam, a której recenzję można znaleźć pod wpisem O pięciu dobrych książkach, które ostatnio przeczytałam. Na mojej grudniowej półeczce jako kolejna znalazła się pozycja Tadeusza Sławka, Na okrężnych drogach. Tłumaczenie literackie i jego przekłady, dzięki której poznałam wyzwania, z jakim musi zmagać się tłumacz pracując nad przekładem danego dzieła. Skądinąd to także bardzo ciekawy zawód i już cieszę się na zajęcia z krytyki i przekładu jakie czekają mnie na 4 roku studiów. Z tej pozycji można niebawem spodziewać się recenzji. Ostatnią pozycją grudnia była natomiast Bestia ludzka Emila Zoli, która podobnie, jak w przypadku uwielbianej przeze mnie Zbrodni i kary była pozycją nie tylko demaskującą ludzkie instynkty, ale również silnie zahaczającą o psychologię i jej motywy, czyli dla mnie połączenie wprost idealne!
Na okrężnych drogach. Tłumaczenie literackie i jego przekłady, Tadeusz Sławek;
Bestia ludzka, Emil Zola.
Spośród 5 książek, jakie przeczytałam w minionym miesiącu nie mogłabym oddać tego tytułu żadnej innej książce, jak tylko i wyłącznie Umiłowanej Toni Morisson <recenzja>.
Umiłowana Toni Morisson to powieść, która zapada w serce i pamięć, powieść dotykająca czułych stron serca, jednocześnie traktując o sprawach niewolnictwa. Wisienką na torcie jest realizm magiczny, który w wykonaniu Morisson naprawdę przenika głębię tej książki. To powieść, którą naprawdę warto przeczytać!
Myślę, że dla nikogo nie będzie większym zaskoczeniem, iż tytuł pozycji "Najgorszej Książki Miesiąca" otrzymają Ludzie jak bogowie Herberta George'a Wellesa.
Ludzie jak bogowie Herberta George'a Wellesa. Zdecydowanie bowiem nie była to pozycja, którą czytałam z zapałem, a niekiedy wręcz potrzebowałam się nieco przymusić, aby ją dokończyć. A szkoda, koncept bowiem był całkiem przyzwoity.
PODSUMOWANIE ROKU 2021
Tak jak pisałam pod względem czytelniczym jestem naprawdę dumna z minionego już roku. Udało mi się bowiem przeczytać 160 książek, z czego zrecenzowałam w osobnych postach 38 książek, a część z nich po 3 lub po 5 w osobnych postach. Wynik jednak nadal pozostaje wysoki, a ja jestem niezwykle zadowolona, ponieważ wśród tych pozycji udało mi się odkryć wiele literackich perełek, które na zawsze pozostaną w moim sercu! Na ten moment ciężko mi znaleźć tą jedną, jedyną perełkę, królową minionego roku, ale być może uda mi się taką wyłonić podsumowując już rok 2022. Przede wszystkim jednak ciężko mi uwierzyć, iż kolejny rok zleciał tak niewiarygodnie szybko! Rozwinęłam się i ja, mój warsztat pisarski i recenzencki oraz oczywiście mój Blog, który niedawno obchodził swoje 4 urodziny! Pozwolę sobie jeszcze skromnie się pochwalić - Blog Z Dziennika Książkoholiczki liczy już ponad 700 obserwatorów na stronie facebookowej! Jestem z siebie niesamowicie dumna i dziękuję wszystkim Czytelnikom, którzy są ze mną i odwiedzają mojego bloga! Jest mi naprawdę niesamowicie miło!
CELE NA ROK 2022
Blog i ja wspólnie nieustannie się rozwijamy, dlatego też pomyślałam, iż dobrym pomysłem byłoby wyznaczenie "oficjalnie" celu blogowego. W tym nowym roku 2022 chciałabym pobić mój zeszłoroczny rekord czytelniczy i mam nadzieję, że mi się to uda! :)
CO W STYCZNIU?
Na kolejny miesiąc czekają na mnie nowe wspaniałe pozycje literackie i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać, aby zacząć je czytać, a następnie recenzować! Będą to pozycje zarówno te czytane na zajęcia studenckie, jak i te potrzebne do napisania pracy. Tak jak już zapowiadałam, niebawem można spodziewać się recenzji Na okrężnych drogach... Tadeusza Sławka. Pierwszą książką tego Nowego Roku, którą zaczęłam już dzisiaj było Miasto z mgły uwielbianego przeze mnie Carlosa Ruiza Zafóna! Następnie mam w planach Byłam Eileen Ottessy Moshfegh, Szklany klosz Sylwii Plath, My Eugeniusza Zamiatina, a później kto wie? Może Ścieżki północy Richarda Flanagana lub Diuna Franka Herberta, Pianistka Elfridy Jelinek, a może Sztukmistrz z Lublina Isaaca Bashevica Singera, Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery albo Cząstki elementarne
Michel Houellebec
a. :)
Wszystkim Czytelnikom życzę dobrego Nowego Roku i spełnionych wyznaczonych celów!
Witajcie Kochani! Przyznam szczerze, że okres świąteczny, jak co roku zleciał bardzo szybko, przed nami Sylwester i koniec roku. Grudzień podobnie jak okres października był dla mnie dość intensywny pod względem studiów, przygotowań do Świąt i literatury. Dlatego też postanowiłam powtórzyć pomysł z postem O trzech różnych książkach, jakie ostatnio przeczytałam, tylko tym razem nieco zawyżyć tą liczbę. W dzisiejszym wpisie będzie bowiem nie o trzech, ale o pięciu dobrych książkach, jakie ostatnio przeczytałam. Pozycje, o których dziś piszę tworzą prawdziwą mieszankę gatunkową, zdecydowanie wartych uwagi Czytelników.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Tworząc wpisy z recenzjami w formie zbiorczej, staram się postawić na niejednorodną mieszankę książek, jakie ostatnio przeczytałam. W dzisiejszym wpisie znajdą się pozycje pisarzy różnego pochodzenia od polskiego Tomasza Tryzny, kolumbijskiego Gabriela Garcię Marqueza, pisarzy pochodzenia amerykańskiego Foera Jonathan Safrana i Raya Bradbury'ego oraz afroamerykańską powieściopisarkę Toni Morrison. Jak widać pod względem geograficznym grudzień obfitował w literaturę z różnych zakątków świata. Nie zabrakło także różnorodności pod względem gatunkowym: od literatury obyczajowej napisanej z myślą o dorosłych przez reportaż, fantasy i science fiction po literaturę piękną. Tak więc bez zbędnych przedłużeń, czas odsłonić pozycje, o których będzie w dzisiejszym wpisie!
PANNA NIKT - TOMASZ TRYZNA
Przyznam, że po zachwytach, jakie wzbudziła Panna Nikt dobre kilka lat temu, sądziłam, że zachwyci i mnie. I faktycznie, początkowo powieść Tomka Tryzny budziła moją ciekawość jednakże wrażenie to szybko się rozwiało pozostawiając po sobie niesmak. Nic dziwnego, iż Panna Nikt znajduje się na ustach i zachwalających ją recenzentów, jak i na ustach gorzkiej krytyki. Zdecydowanie zaliczam się do tych drugich.
Marysia Kawczak wraz z rodziną przenosi się z rodzinnej wsi do miasta. Nowa szkoła nie oferuje jej jednak nowych przyjaciół, jak początkowo sądziła. Intrygująca ją Kasia jest niezależną artystką o dość ekscentrycznym sposobie bycia. Odkrywa ona przed Marysią nie tylko świat swojej muzycznej pasji, ale i wyjawia jego drogą cenę jakim jest pogwałcenie wszelkich zasad. Gdy ich drogi się rozchodzą na horyzoncie pojawia się Ewa, która przynosi ze sobą nowe niebezpieczeństwo dla naiwnej Mari.
Pannę Nikt okrzyknięto mianem powieści o dojrzewaniu tworząc złudzenie czegoś na miarę Sklepów cynamonowych Brunona Schulza czy Gombrowiczowskiej Ferdydurke, takie było moje pierwsze skojarzenie po przeczytaniu powieści Tomka Tryzny. Z pozoru książka wydaje się być opowieścią o pojawiającej się pierwszej miesiące, ładnie opakowaną historią o nastoletnich problemach z niebagatelną okładką.
Opis spełnia swoją rolę i przyciąga uwagę czytelnika, Tryzna jednak burzy ten sielankowy nastrój niemal od pierwszej strony, zapełniając powieść kryzysami na szeroką skalę począwszy od kryzysu wartości, przez kryzysy rodzinne aż po kryzysy społeczne. Do tego momentu książka sprawdza się świetnie jako powieść psychologiczna. Efekt zauroczenia jednak znika pod wpływem mnogości elementów z pogranicza erotycznych fantazji i oniryzmu. Analizując tą powieść w kontekście psychologicznym na seminarium nasunęła mi się prosta aczkolwiek nie oczywista konkluzja do analizy psychologicznej, zgłębiania kryzysu głównej bohaterki jest to powieść bardzo dobra, ale całość odbioru psuje zawiła narracja okraszona sporą dozą erotyzmu i wulgaryzmów, nie wspominając o tym, ile trzeba się namęczyć, aby kogokolwiek z grona bohaterów obdarzyć sympatią.
Panna Nikt to powieść, przy której należy wykazać się olbrzymią dozą cierpliwości, nie tylko wobec samej powieści i jej autora, ale przede wszystkim wobec naiwności głównej bohaterki, która nie mając tak naprawdę jasno ugruntowanego obrazu "ja" zwyczajnie pozwala sobą manipulować. Osobiście już dawno tak mocno nie znosiłam jakiejkolwiek bohaterki, jak właśnie Marii z Panny Nikt, którą niejednokrotnie chciałam solidnie potrząsnąć. Jako powieść psychologiczną polecam, ale nie jest to książka z rodzaju tych "czytanych dla czystej przyjemności".
Moja ocena:6/10.:)
STO LAT SAMOTNOŚCI - GABRIEL GARCIA MARQUEZ
Sto lat samotności to powieść, którą miałam w planach od dawna, a tegoroczne zajęcia stanowiły miłą zachętą do tego, aby wreszcie zapoznać się z twórczością Gabriela Garcii Marqueza. Będąc już po lekturze niezmiernie cieszy mnie fakt, iż nareszcie mogłam ją przeczytać i pozwala mi mieć nadzieję na zapoznanie się z innymi jego powieściami w niedalekiej przyszłości.
Podstawę do napisania Stu lat samotności stanowiły opowiadane Marquezowi od dziecka historie rodziny Buendiów prześladowanej fatum kazirodztwa. Zajęło to pisarzowi aż dwadzieścia lat, a sama historia została wzbogacona odniesieniami do opowieści biblijnych i baśniowych. Muszę przyznać, iż pisarz spełnił swoje zadanie znakomicie i z ogromnym zapałem wczytywałam się w losy generacji Buendiów.
Sama historia jest w zasadzie pewnym powtarzającym się cyklem w rodzinie Buendiów, szczególnie jednak fatum dotyka chłopców o imionach Jose Arcadio i Aureliano, mimo iż do pewnego stopnia można się w tych imionach zagubić - niemal przez cały cykl imiona te są nieodzowne w rodzinie, to jednak nie umyka pewien motyw legendy przekazywanej z pokolenia na pokolenie. W końcu bowiem trafi się ktoś, kto przerwie rodzinne fatum i złamie klątwę. Z tą myślą przestałam już wyliczać który to z kolei Jose Arcadio czy Aureliano i skupiłam się na samej idei "stu lat samotności".
Pomimo tego, iż idea klątwy naznaczonej piętnem samotności niesie już sama w sobie echo romantyzmu, Marqueza ubarwia ów motyw dodając elementy okraszone nutką fantasy i magii. Co prawda, w przypadku Stu lat samotności nie można mówić o czystej fantastyce, obecny w niej czar codzienności przeplatający się z pewna dozą baśniowości tworzy cudowny realizm magiczny, który to czyni Sto lat samotności powieścią tak wyjątkową.
Marquez postarał się również by sprawnie nakreślić portrety psychologiczne bohaterów, choć okraszonych melancholią i tajemnicą postaciom ciężko jest wyeksponować bardziej wyrazistą charakterystykę, pewne cechy silnie wybrzmiewają. Otaczająca w niemal każdego bohatera mgła melancholii dodaje im swoistego uroku. Nie bez znaczenia są postacie zarówno kobiece, jak i męskie.
Wśród moich zachwytów nad powieścią Marqueza wisi jednak jedno drobne zastrzeżenie, mianowicie - język. Nie mam oczywiście na myśli miałkości stylu pisarza, ale jego ciągłość. Powieść pisana w duchu rodzinnej legendy z zasady nie powinna zawierać w sobie rozdziałów, jednak w przypadku Stu lat samotności, zdecydowanie by się to przydało, a na pewno by nie zaszkodziło. Pobawiona jakichkolwiek elementów sygnalizujących kolejną "część" opowieści, książka wydaje się być pisana bezlitosnym ciągiem zdań, nie wspominając o znikomej ilości dialogów. Brak chwili aby "złapać oddech" nieco psuje odbiór tej książki. Poza tym jednak wspaniale dopracowany klimat i obecny realizm magiczny nieco nadrabiają powyższe braki.
Sto lat samotności to powieść, przy której warto i trzeba się nasiedzieć, jest to bowiem jedna z pozycji określanych mianem literatury klasycznej, co dla prawdziwego Czytelnika powinno mówić samo za siebie! Zdecydowanie warto!
Moja ocena:8/10.:)
KLIMAT TO MY. RATOWANIE ŚWIATA ZACZYNA SIĘ PRZY ŚNIADANIU - FOER JONATHAN SAFRAN
Klimat to my to książka, przy której wywiązała się pasjonująca dyskusja podczas ćwiczeń z filozofii. Przyznam, że jest to pozycja na tyle ciekawa, że postanowiłam o niej wspomnieć w dzisiejszym wpisie. Klimat to my to przykład reportażu zawierającego cenne rady odnośnie traktowania naszej cennej planety, co czyni ją nie tylko pozycją, która daje do myślenia, lecz także sprawia, iż w dobie XXI wieku jest więcej niż potrzebna.
Klimat to my. Ratowanie świata zaczyna się przy śniadaniu jest pozycją, która nie jest tylko i wyłącznie zwięzłym i bezosobowym raportem dotyczącym stanu naszej planety, ale pozycją opatrzoną ciekawymi komentarzami, ciekawymi statystykami i propozycjami jak traktować planetę, aby nie wyczerpać jej drogocennych zasobów zbyt szybko. Co więcej, książka ta jest oskarżeniem skierowanym przeciwko współczesnemu człowiekowi - jego wygodnictwie, bierności w działaniu i postępującej niemocy, a trwania w strefie komfortu.
Przyznam, że bardzo przypadł mi do gustu dobitny i bezpośredni styl Foera i jego skądinąd słusznych oskarżeń. Faktem jest, zresztą dość oczywistym, iż polegamy na maszynach niemal przez cały czas, zużywając tym samym ogromne ilości prądu, pozostajemy bierni wobec wydarzeń, bo "łatwiej jest nie reagować", a przede wszystkim nie przyjmujemy do wiadomości faktu, iż katastrofa klimatyczna jest winą człowieka, co gorsza - akceptujemy ów stan. Owa bierność i wygodnictwo to cechy, które Foer bezlitośnie tępi, ale zarazem zauważa, że bez zmiany w naszej świadomości po prostu nie podejmiemy żadnych działań, gdyż ludzie stali się zbyt wygodni. Trudno jest ludziom przejść do działania, nie mówiąc już o świadomym działaniu mającym na celu ochronę planety. Oskarżenia Foera nie są więc bezzasadne.
Książka Klimat to my nie jest napisana typowym stylem reportażu, pozbawiona jest suchych faktów, ale zawiera ciekawe komentarze, które z przyjemnością się czyta. Dzięki czemu brnięcie przez tą pozycję przypomina czytanie dobrej prozy. Lekki i wciągający styl Foera sprawiają, że nie ma miejsca na nudę podczas czytania.
Klimat to my to książka, którą zdecydowanie polecam każdemu, kto ma ochotę przeczytać coś innego niż to, co zazwyczaj czyta - ta pozycja stanowić będzie naprawdę ciekawe urozmaicenie. Co więcej, książka ta idealnie sprawdzi się jako gwiazdkowy nietuzinkowy prezent. Z pewnością przypadnie ona do gustu tym, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o stanie klimatycznym naszej planety.
Moja ocena: 9/10.:)
451° FAHRENHEITA - RAY BRADBURY
451 stopni Fahrenheita to tytuł, który miałam już w planach od dłuższego czasu, toteż wybór tej książki pod analizę na seminarium licencjackie bardzo mnie ucieszył. Przyznam szczerze, iż jej lektura bardzo mnie zaskoczyła. Sięgając po tę książkę miałam bowiem nieco inne jej wyobrażenie, jednak to, co otrzymałam zaskoczyło mnie dosyć pozytywnie.
Guy Montag jest strażakiem, jednak jego praca nie polega na gaszeniu pożarów, a na paleniu, na wzniecaniu płomieni. Niestety praca ta wiąże się z paleniem książek. Montag otoczony przez sterylnie kontrolowaną rzeczywistość nie kwestionuje ani nie poddaje w wątpliwości znaczenia swojego zawodu. Jednakże, kiedy zostają mu objawione tajniki przeszłości właśnie za pośrednictwem książek, zaczyna doceniać ich rolę i zamiast je palić, uczy się je doceniać, a ostatecznie próbuje je ocalić.
Jeśli jesteście ze mną i z moim blogiem już na tyle długo, iż znacie moje preferencje czytelnicze, to doskonale wiecie, że 451 stopni Fahrenheita jest pozycją, która definitywnie musiała przypaść mi do gustu. Powieść utrzymana jest w klimacie postapokaliptycznym, a stworzona przez Bradbury'ego wizja świata tchnie nieco myślą Roku 1984 Orwella, co sprawiło, iż od razu mnie wciągnęła. Zamysłem autora było utrzymać powieść w konwencji przerażającej wizji przyszłości, co zdecydowanie mu się udało.
Tak jak Orwell pisał o nieustannej inwigilacji, tak Bradbury ukazał rysującą się w czarnych barwach przyszłość pozbawioną dostępu do wiedzy, kultury, historii i tradycji - braku książek. Pisarz ukazuje rzeczywistość, w której ludzie zostali pozbawieni rozumu, a za rozrywkę służą im wielkie ekrany tabliodów nazywanych przez nich "rodziną", ludzi, którzy żyją w świecie białych ogłupiających tabletek nasennych, ludzi, którzy nie posiadają absolutnie żadnych aspiracji ani życiowych wartości poza własną "przyjemnością". Nie ukrywam, iż wizja takiego świata jest dla mnie koszmarna i zdecydowanie nie chciałabym się w takim świecie znaleźć.
Choć wizja przyszłości, jaką snuje Bradbury jest opisywana w przeważnie czarnych barwach przetykanych buchającymi płomieniami, styl pisarza niewątpliwie pozwala się wciągnąć w tą historię. Licząca jedynie około 200 stron powieść wypełniona jest akcją po brzegi, tak, że naprawdę wyzwaniem jest się od niej oderwać.
Przyznam, że niezmiernie spodobała mi się idea ocalenia książek od spalenia i zapomnienia, dopiero wtedy byłam w stanie polubić jakiegokolwiek bohatera, w tym odczuć coś na kształt sympatii względem Montaga i gorąco mu kibicowałam, aby udało mu się ocalić chociaż tą jedną książkę.
Jestem przekonana, że miłośnikom dystopii, miłośnikom literatury i tym, którzy kochają książki, 451 stopni przypadnie do gustu. Sam koncept na powieść jest z pewnością oryginalny, co również przemawia na korzyść książki. Polecam serdecznie!
Moja ocena:9/10.:)
UMIŁOWANA - TONI MORRISON
Umiłowana Toni Morrison to powieść, co do której miałam spore oczekiwania po zapoznaniu się z jej opisem. I przyznam szczerze, w tym przypadku moja intuicja mnie nie zawiodła. Umiłowana okazała się pozycją, którą nie tylko miło wspominam jako doświadczenie literackie, ale która została ze mną na dłużej ze względu na niebanalną tematykę.
Akcja Umiłowanej toczy się kilka lat po zakończeniu wojny secesyjnej, kiedy piętno niewolnictwa wciąż jest jeszcze żywe, a pamięć o doznanych krzywdach kładzie się cieniem na dalszych losach. Młodziutka Sethe została naznaczona piętnem niewolnictwa na ciele i na duszy już w momencie narodzin, a jednak jej determinacja pozwoliła jej przetrwać i ocalić swoją ludzką godność.
Umiłowana to jedna z tych powieści, o których nie sposób zapomnieć. Oprócz historii stanowiącej meritum powieści, świat rzeczywisty przenika świat metafizyczny, gdzie splatają się emocje, lęki, pragnienia i widmo pamięci. Umiłowana nie tyle dotyka historii teraźniejszej w fabule, ile skupia się na przeżyciach jej bohaterów, odsłaniając tym samym najmroczniejsze zakamarki ludzkiej psychiki. Zasadniczym celem Morrison było bowiem ukazanie umysłu spustoszonego przez chory system, gdzie akt morderstwa na niewinnym dziecku był niczym więcej jak aktem miłości, próbą ocalenia go przed systemem. Wspomniana sfera metafizyczna jest miejscem, gdzie między ludźmi egzystują także duchy zmarłych.
Ten cudowny, wielowymiarowy klimat metafizyczności w dużej mierze odpowiada za tak pozytywny odbiór przeze mnie tej powieści. Z tego też powodu Umiłowana nie jest powieścią, którą należy czytać szybko, ale powieścią, w którą należy się wczuć, wsiąknąć, zagłębić w jej niezwykły pełen realizmu magicznego wymiar. Podobnie jak w przypadku Stu lat samotności język pełen jest dosadności, a wzajemne oscylowanie fabuły między osią rzeczywistą a osią metafizyczną kreuje ów niezwykły klimat. Pod względem językowym powieść również wymaga smakowania i analizowania za pośrednictwem obfitego w metafory języka. Niewątpliwie forma i konstrukcja powieści idealnie współgra z treścią, nie jest zaś wyłącznie jej nośnikiem.
Umiłowana to powieść, którą polecam z całego serca! Z góry jednak uprzedzam, iż jest to dzieło wręcz dedykowane dojrzałym i wymagającym czytelnikom, którzy chcą i są w stanie zagłębić się w przekaz tej książki. Serdecznie polecam!
Moja ocena:10/10. :)
Zdaję sobie sprawę, iż wpis jest dzisiaj wyjątkowo długi, ale są to wyjątkowe pozycje, o których zresztą warto mówić. Książki, o których pisałam w dzisiejszym wpisie są z pewnością głębokie o silnym nasyceniu emocjonalnym, co sprawia, że nie łatwo wyrzucić ich z serca i pamięci. Mam nadzieję, że każdy znajdzie w tym wpisie wybraną dla siebie perełkę.
Listopad był dla mnie dość obfitym literacko miesiącem i nie ulega wątpliwości niezwykle czasochłonnym. W zasadzie miesiąc ten zleciał mi niezmiernie szybko na 23 urodzinach, które obchodziłam w tym roku, na studiowaniu, różnych ciekawych wykładach, w jakich brałam udział, tak że ciężko było zauważyć upływ czasu. Pod względem serialowym i książkowym było w zasadzie dość podobnie - z seriali zakończyłam Hometown Cha Cha Cha, z którego niebawem planuję napisać recenzję zbiorczą, a także niemal dokończyłam już cały czwarty sezon La casa de Papel. Jeśli chodzi o literaturę, czyli główny motyw blogowy, mam za sobą może niewielki repertuar, za to bardzo bogaty treściowo zbiór książkowych perełek, które chciałabym w tym wpisie przedstawić.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Tak jak pisałam wyżej, w listopadzie miałam przyjemność zapoznać się z naprawdę bogatym treściowo zbiorem literackich perełek. Przyznam szczerze, że były to wspaniałe książki, także pod względem psychologicznym i socjologicznym, wymagały więc zaangażowania się w odbiór, co jednak nie umniejsza faktu, że zdecydowanie warto było je przeczytać.
Pierwszą książką listopada, a w zasadzie jeszcze pozycją dokończoną z października była Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości pióra Swietłany Aleksijewicz <odsyłam do recenzji tutaj>, podejmująca tematykę katastrofy Czarnobylskiej, jaka miała miejsce w 1986 roku. Książkę tą bardzo dobrze wspominam również ze względu na jej wartość historyczną i dobre pióro. Kolejną książką, z jaką miałam przyjemność zapoznać się w listopadzie był Almond autorstwa Won-Pyung Sohn <recenzja tutaj!>. Pozycję tą pokochałam całym sercem, nie tylko za wspaniale zrealizowaną tematykę psychologiczną, ale również za lekkość piorą, dzięki czemu łatwo przypada ona do serca. Następną pozycją listopada okazała się być Panna Nikt Tomasza Tryzny, która wzbudziła we mnie dość ambiwalentne odczucia. Z jednej strony potrafiłam docenić złożoność poruszanych w niej problemów, z drugiej ubolewałam nad warstwą językową, gdzie odniesienia oniryczne, erotyczne nijak pasowały i budziły we mnie wyłącznie frustrację.
Pozycją po jaką sięgnęłam w następnej kolejności było Sto lat samotności Gabriela Garcii Marqueza, co okazało się być niezwykle ciekawym spotkaniem. Można by porównać styl w jakim ta powieść została napisana do stylu reportażowego czy kronikarskiego, jest to bowiem przekrój dziejowy rodziny Buendiów. Później z kolei sięgnęłam po kolejną książkę z gatunku reportaży, mianowicie po Klimat to my. Ratowanie świata zaczyna się przy śniadaniu Jonathna Safrana Foera, który okazał się być bardzo zajmującym zbiorem reportaży na temat upadku klimatycznego naszej planety i poświęconych tej tematyce różnym dygresjom. Ostatnimi książkami listopada były Utopia Tomasza Morusa oraz Umiłowana Toni Morisson, przy czym ta ostatnia pozostawiła mnie w stanie wielkiego pozytywnego zdumienia, bowiem jest to naprawdę dobrze skonstruowana powieść podejmująca zresztą niebanalną tematykę niewolnictwa i postkolonializmu. Ogółem więc wynik przeczytanych książek w listopadzie wynosi aż 7 pozycji, co przekłada na 141 pozycji przeczytanych w tym roku 2021. Aktualnie czytam natomiast Panią Bovary Gustava Flauberta, Ludzie jak bogowie Herberta George'a Wellesa oraz Na okrężnych drogach. Tłumaczenie literackie i jego światy Tadeusza Sławka.
Naprawdę dawno nie miałam okazji zetknąć się z tak dobrze napisaną powieścią psychologiczną, która nie dość, że porusza rozmaite ważne tematy, to jeszcze napisana jest tak wspaniałym stylem, że idealnie nadaje się na piątkowy wieczór!
Niewątpliwym pretendentem do tytułu "Najgorszej Książki Miesiąca" jest:
Panna Nikt Tomasza Tryzny
Przyznam szczerze, że koncept jestem w stanie zaakceptować, natomiast ta książka wręcz obfituje w elementy tak zbędne i do tego stopnia niepotrzebne, że choć powieść mnie ciekawiła musiałam zmuszać się aby ją "przeboleć". I opłaciło się, choćby dlatego, że powieść ta posłuży mi jako ciekawe tło do pracy licencjackiej, podobnie zresztą jak Almond oraz dlatego, że zakończenie okazało się być całkowicie adekwatne do poziomu powieści.
CO W GRUDNIU 2021?
Mamy już 7 grudnia, a ja jestem już w trakcie czytania trzech pozycji: Pani Bovary Gustava Flauberta, Ludzie jak bogowie Herberta George'a Wellesa oraz Na okrężnych drogach. Tłumaczenie literackie i jego światy Tadeusza Sławka. Te pozycje oczywiście doczekają się recenzji. Natomiast jest jeszcze wiele takich, po które chciałabym sięgnąć w tym miesiącu jak Zbrodnia i kara Fiodora Dostojewskiego, którą chciałabym przeczytać ponownie, Ścieżki północy Richarda Flanagana, Bestię ludzką Emila Zoli oraz wiele innych (repertuar tego, co jeszcze chciałabym przeczytać jest na poniższym zdjęciu). Wszystko zależy od tego, jak ułożą się plany grudniowe. Niemniej, na pewno szykuje się kolejny wspaniały literacki miesiąc! :) <3
Almond to kolejna wspaniała perełka z zakresu literatury psychologii, z którą miałam przyjemność niedawno się zapoznać i to znacznie szybciej niż przypuszczałam. Jak można zauważyć na podstawie fotografii, była to książka, ktorą posiadałam na telefonie, a nie na Kindle'u (kundelku), bowiem z racji niewielkiej objętości uznałam, że w zasadzie szybko się z nią zapoznam. I faktycznie, Almond przeczytałam w niecałe dwa dni, podczas okienek i przed zajęciami na Uczelni była to nie tylko świetna rozrywka, lecz także spora dawka wiedzy psychologicznej w sferze emocji, która mam nadzieję przyda mi się podczas zajęć z Psychologii Klinicznej czy Psychoterapii, a kto wie, czy nie również jako świetne studium relacji międzyludzkich do pracy licencjackiej w literaturze przedmiotowej?
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Yunjae zmaga się z aleksytymią, jest to zaburzenie polegające na niezdolności do odczuwania jakichkolwiek emocji, nawet tych najbardziej podstawowych jak miłość, strach, smutek czy złość. Z tego powodu nie ma też przyjaciół. Krąg znajomych Yunjae ogranicza się wyłącznie do jego mamy oraz babci, które dokładają wszelkich starań, aby chłopiec umiał poradzić sobie w życiu społecznym. W Wigilię Bożego Narodzenia zmienia się jednak wszystko, barbarzyński atak przemocy, w którym ginie babcia chłopca, a matka zostaje poważnie ranna, zmusza Yunjae do zmierzenia się ze światem na własną rękę. Kolejnym wstrząsem dla Yunjae jest pojawienie się w szkole Gona, chłopca będącego jego zupełnym przeciwieństwem. Pomimo przeciwności losu ich skomplikowana relacja zaczyna przypominać coś na kształt przyjaźni.
- opis własny
Rozpoczynając swoją przygodę z Almondem miałam szczerą nadzieję, że bez reszty zakocham się w tej książce i tak się rzeczywiście stało. Z niecierpliwością bowiem wyczekiwałam okienek, podczas których mogłam pozwolić by świat wykreowany przez Won-Pyung Sohn definitywnie mnie pochłonął. Zakochałam się w tej książce nie tylko ze względu na bogactwo wiedzy psychologicznej, ale przede wszystkim dlatego, iż jest to powieść naprawdę rzetelnie skonstruowana. Gdybym zabrała się za Almonda w piątkowy wieczór, podejrzewam, że spokojnie skończyłabym czytać w jakieś 2 godziny.
Won-Pyung Sohn w niebanalny sposób konstruuje fabułę książki, koncentrując się w zupełności na postaci Yunjae we wszystkich jego etapach życia, w tym oczywiście również na momencie postawienia mu diagnozy. Oś samopoznania siebie i reguł rządzących w społeczeństwie oraz dopasowaniu odpowiednich reakcji na dane wydarzenie wyznacza ramę fabularną. Dodatkowo, aby jeszcze bardziej skomplikować życie głównego bohatera, czy też niejako ocalić go przed samym sobą autorka w żaden sposób nie oszczędza Yunjae zrzucając na jego barki nowe przeciwności losu. Jego specyficzna relacja z Gonem stanowi natomiast całkiem oddzielną ścieżkę fabularną, tworząc zupełnie nowy wątek, który dostarcza Czytelnikowi okazji do doświadczania różnorodnych emocji, co prawda niekoniecznie bezpośrednio poprzez Yunjae, ale za pośrednictwem innych odnośników. Wszystkie te aspekty pieczołowicie budują fabułę książki i jeszcze bardziej akcentują jej oryginalną wymowę.
Almond to naprawdę króciutka pozycja, dlatego też jestem naprawdę pełna podziwu dla autorki, która potrafi w tak małej objętościowo książce pomieścić nie tylko tak rozbudowaną fabułę, ale również wyposażyć ją w nieprzewidywalne zwroty akcji i pełne napięcia chwile. Nie bez powodu, Almond tak mocno wciąga, w końcu prawdziwe skarby ukryte są w rzeczach małych i niepozornych. Powieść Won-Pyung bez wątpienia jest taką perłą w literaturze i w pełni popieram okrzyknięcie jej mianem koreańskiego bestsellera!
Nie tylko rozbudowana fabuła i pełna napięcia akcja stanowią niezbite dowody na wyjątkową wagę tej książki. Olbrzymim walorem jest też całościowy klimat tej powieści, który jak można się domyślać jest dość specyficzny ze względu na niezdolność do odczuwania emocji przez Yunjae. Czytelnik musi więc zupełnie w inny sposób odbierać emocje płynące z tej książki. Won-Pyung bardzo sprytnie zastosowała tutaj grę kontrastów - osobliwy spokój Yunjae i emocjonalną naturę Gona, co daje silnie przyciągający efekt, który niewątpliwie zachęca do sięgnięcia po tą powieść.
Bez rozubudowanej, a zarazem prostej i logicznej sfery językowej, Almond znacznie utraciłby na wyjątkowości. Yunjae jako główny bohater, niezdolny do wyrażania emocji wypowiada się w dość ograniczony i konkretny sposób. Won-Pyung poprzez użycie konkretnego stylu języka, oszczędnego w sferze emocjonalnej buduje dość osobliwą narrację, która już zawsze będzie kojarzyć mi się z tą właśnie książką. W świecie Yunjae, gdzie każda rzecz i każde zjawisko ma swoje logiczne wytłumaczenie, który opiera się przede wszystkim na konkretności, bez konotacji emocyjnej, Won-Pyung stara się zabawić słowem. W zdaniach względnie pozbawionych odnośników emocjonalnych każde Czytelnikowi odkryć głębszy sens słów, wczuć się w język i wniknąć głębiej. To prawdziwe bogactwo językowe. Warto zatem zauważyć, że sam tytuł Almond oznacza "migdałowy" i tym samym odnosi się do choroby Yunjae, która opiera się na posiadaniu małych ciał migdałowatych.
Bohaterowie Almond, czyli Yunjae oraz Gon są tak pełni przeciwieństw, że zupełnie nie sposób nie pokochać tej dwójki bohaterów. I choć na początku miałam trudności z tym, aby polubić wybuchową naturę Gona, który przy stoickim spokoju Yunaje, zdawał się w ogóle do niego nie pasować, z czasem potrafiłam go polubić. To tylko kolejny dowód na wyjątkowy charakter książki Won-Pyung nietuzinkowe "parowanie" bohaterów o wyjątkowych charakterach, słowem czysta głębia kreacji postaci.
Almond to książka, którą naprawdę bardzo cenię, i która pozostanie w moim sercu na długo. Podejrzewam nawet, że niebawem, w niedalekiej przyszłości chętnie sięgnę po nią po raz kolejny, czy to jako propozycję do dyskusji na zajęciach na Psychologii, czy gdy będę pisać kolejne rozdziały pracy licencjackiej, a nie wątpię, że i tam mi się przyda. To naprawdę wspaniała przygoda móc zapoznać się z tą książką! Mam wielką nadzieję, że Won-Pyung spróbuje znów swoich sil i stworzy kolejne literackie arcydzieło!
Almond to powieść, która rozkocha w sobie zapalonego studenta Literaturoznawstwa i miłośnika Psychologii. Ta króciutka pozycja wciąga bez reszty, dlatego polecam zarezerwować sobie na nią wieczór lub dwie wolne godziny danego dnia, bowiem naprawdę ciężko jest się oderwać! Polecam serdecznie!
Przyznam, że stosunkowo rzadko sięgam po jakiekolwiek reportaże, jednak Czarnobylska modlitwa zaintrygowała mnie z kilku powodów. Książka dotyczyła historii Czarnobyla, której katastrofa w pewien sposób była katastrofą wykraczającą poza ramy czasowe siłą rażenia tym samym stając się historią niejako aktualną. Bardzo trudno było mi oderwać się od przedstawionych w niej historii, nie mówiąc o tym, że zapragnęłam przeczytać więcej dzieł z tego gatunku.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Swietłana Aleksijewicz 20 lat po tragicznym 26 kwietnia 1986 roku powróciła do Czarnobyla, by dowiedzieć się prawdy. Rozmawiała z każdym, kto chciał rozmawiać i stopniowo odkrywała perspektywę ludzi, którym odebrano nie tylko miejsce zamieszkania, ale również rodziny, dzieci, o tych, których zapomniano przesiedlić i o tych, którzy zginęli w męczarniach. Dziennikarka opisuje to wszystko niemal bezlitośnie stawiając nieświadomych wagi katastrofy czarnobylskiej w obliczu nagiej prawdy.
- opis własny
Czarnobylska modlitwa nie jest dziełem literackim z gatunku tych, z jakimi społeczeństwo spotyka się na ogół. Sam fakt, iż Swietłana Aleksijewicz zdecydowała się powrócić w rodzinne strony, po to, aby spisać historię Czarnobyla bezpośrednio od świadków katastrofy, jest nie tylko aktem ogromnej odwagi, ale świadczy również o tym, że zasadniczo same wypowiedzi czarnobylskich ofiar są na ten temat dość obszernym komentarzem. Autorka zrobiła jednak coś więcej - pozwoliła, aby wybrzmiały emocje i zburzone nadzieje, a to tylko jeden z aspektów świadczących o wyjątkowości tej książki.
Zasadniczo trudno jest pokusić się o jakąkolwiek próbę interpretacji utworu - obszerne komentarze jej bohaterów śmiało mogą świadczyć same za siebie. Jej bohaterowie snują relacje z dnia, kiedy wybuchł reaktor w Czarnobylu, a także prezentują, w jaki sposób to wydarzenie wpłynęło na ich późniejsze życie. To istny "chór głosów", które milczały przez lata, po to, aby wybrzmieć właśnie w kronice reporterskiej Aleksijewicz. Preludium, które poprzedza obecność "chóru" są statystyki i wycinki z ukraińskich oraz białoruskich gazet, co samo w sobie zatrważa, jednak dopiero obecność "postaci" nadaje reportażowi realny wymiar i umacnia jego znaczenie, dobitną wymowę oraz samą potrzebę, aby podzielić się tym z resztą świata. Innymi słowy, ów monologi są niczym więcej, jak żywą kwintesencją utworu.
Nie pokuszę się o przytaczanie fabuły poszczególnych narracji, waga monologów żywych ludzi, będących - jak sama Aleksijewicz napisała - świadkami Czarnobyla w pełni wystarczy, by wybrzmiało, jak bardzo potrzebnym jest przeczytanie tego reportażu. Znamienny jest fakt, że sama autorka usuwa się w cień, przyjmując na siebie rolę wiernego kronikarza, tym samym pozwalając na udzielenie głosu ofiarom tragedii. Aleksijewicz zapisuje wszystko z niezwykłą skrupulatnością - nie pomija znaczących pauz, w pełni oddaje emocje narratorów swoich historii, nie pomija ich pytań, ani prób zrozumienia dlaczego Czarnobyl w ogóle się zdarzył. Nie tłumi uczuć, ale na zapisanych przez siebie kartach papieru pozwala im odnaleźć ujście. Wszystko to sprawia, że niezwykle trudno jest powstrzymać poruszenie serca - tak właśnie ma oddziaływać ta książka. To, co Aleksijewicz napisała oddaje zarówno cały ból fizyczny, jak i psychiczny dzieci Czarnobyla, doskonale odzwierciedla emocje, takie jak niepokój, strach, złość, ale przede wszystkim rażąca bezsilność, której nie sposób odrzucić.
Jestem świadkiem Czarnobyla…Najważniejszego wydarzenia XX wieku, mimo, że upamiętnił się on także strasznymi wojnami i rewolucją. Minęło już dwadzieścia lat od katastrofy, a ja dotąd nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czego daje świadectwo: przeszłości czy przyszłości? Tak łatwo ześlizgnąć się w banał…W banał horroru…
Aleksijewicz nie ogranicza się wyłącznie do ukazania cierpienia ludzkiego, tym samym zgrabnie kreując poniekąd nową kategorię człowieka - "człowieka Czarnobyla", osoby nieznanej i budzącej lęk, odrzuconej i znajdującej się na samym krańcu marginesu społecznego. Pokazuje również, jak bardzo ucierpiała natura i jej mieszkańcy, czyli zwierzęta. Czytając Czarnobylską modlitwę nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nauka tak hołubiona przez ludzi postanowiła zadrwić z człowieka i ogołocić go z podstawowych dla niego wartości, wypaczyć jego moralność.
Czarnobylska modlitwa to książka ukazująca jedno z najważniejszych wydarzeń w historii z pogranicza XXI wieku, katastrofę, która nawet dziś po tylu latach jest niezmiernie trudna do ogarnięcia rozumem. W tym względzie nikogo nie zdziwi więc dalszy ciąg tytułu Kronika przyszłości - można odczytywać te wydarzenia jako wciąż aktualne, jako apokalipsę, która nieustannie przedłuża swoje panowanie.
Niezwykle trudną rzeczą byłoby nie dawać tej pozycji jednoznacznego "tak", nie tylko ze względu na jej aktualną wymowę, ale również zwykłą humanitarność ludzką i empatię. To książka, nie ukrywam, trudna, jednakże zarazem boleśnie prawdziwa. Dla literaturoznawców, psychologów, społeczników i empatów dzieło klasyki literackiej jest wręcz obowiązkowe!
Okres wrzesień-październik był dla mnie dość intensywny, przez co obfitował w niezwykle znikomą ilość wolnego czasu. Z tego względu, postanowiłam zebrać książki, które wtedy przeczytałam, a których nie udało mi się wcześniej zrecenzować. Tak narodził się pomysł na wpis o nazwie O trzech różnych książkach, które niedawno przeczytałam zawierający trzy różnorodne gatunkowo i kulturowo książki, zdecydowanie wartych uwagi Czytelniczej.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
W tym wpisie nie ograniczyłam się bowiem do pewnej konstrukcji gatunkowej, ale pozwoliłam sobie na pewną dowolność: znajdzie się tutaj zarówno literatura z zakresu fantasy, jak i kryminału, czy powieści obyczajowej, psychologicznej - literatury pięknej. Podobnie postanowiłam nie ograniczać się względem pochodzenia pisarzy, we wpisie znajdą się książki różnorodne także z tego powodu: od literatury angielskiej, przez norweską, aż po japońską. Wszystkie te trzy książki w jakiś sposób mnie poruszyły, niezwykle miło było zapoznać się ponownie z Hobbitem, czyli tam i z powrotem J.R.R. Tolkiena, podobnie wspaniałą przygodą było poznanie nowej sagi kryminalnej Larssona Stiega - Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. A przeczytanie kolejnej książki Harukiego Murakami'ego ponownie okazało się być dla mnie zaskoczeniem, tym razem pisarz skupił się na ścisłym realizmie i psychologii w swoim Norwegian Wood.
MĘŻCZYZNI, KTÓRZY NIENAWIDZĄ KOBIET - LARSSON STIEG
O sadze Millenium usłyszałam już jakiś czas temu, a po niedługim czasie miałam przyjemność zapoznać się ze stylem tamtejszych norweskim lub szwedzkich twórców. Okrzyknięta mianem bestsellera saga Millenium, stała się więc kolejną serią Północy, jaką zapragnęłam przeczytać, a pierwsza część serii, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet utwierdziła mnie w przekonaniu, że ta seria mi się spodoba. I nie ukrywam, że po pierwszym tomie zdecydowanie miałam ochotę na więcej.
Mikael Blomkvist to wybitny szwedzki dziennikarz i redaktor znanego czasopisma "Millenium", którego artykuł przeciwko znanemu biznesmenowi skazał go na karę więzienia. Wówczas, Mikael otrzymał niespodziewanie zupełnie nowe zadanie, został bowiem poproszony o stworzenie kroniki rodziny Vangerów mającej w posiadaniu olbrzymi koncern przemysłowy. Zadanie to wydaje się być pozornie proste, stanowi jednak wyłącznie przykrywkę. Prawdziwym zadaniem Mikaela jest bowiem rozwikłanie zagadki z 1966 roku, dotyczącej tajemniczego zaginięcia Harriet Vanger, siostrzenicy magnata koncernu, Henrika Vangera. Gdy młody dziennikarz zagłębia się w sprawę, której dotąd nikomu przez czterdzieści lat nie udało się rozwiązać, odkrywa, że prawda jest znacznie bardziej skomplikowana niż mógłby przypuszczać. (opis własny!)
Pierwszy tom serii Millenium na pierwszy rzut literaturoznawczego oka zachwycił mnie bardzo pozytywnie i to w znacznie większym stopniu niż mogłabym się spodziewać, to odczucie utrzymywało się też względnie przez cały okres brnięcia przez kolejne strony. Stieg Larsson naprawdę wiedział, jak uśpić ciekawość czujnego czytelnika, wprowadzić go w niezwykle sprytnie przedstawiony i skorumpowany świat przemysłowy i redakcyjny. Przyznam szczerze, że choć spora część pierwszego tomu poświęcona jest tropieniu śladów, jak również wypełniona po brzegi wątkami pobocznymi, to jednak nie odczuwałam znużenia. Przeciwnie, byłam pewna podziwu, jak długo Stieg potrafi utrzymać Czytelnika w stanie niewiedzy i pewnego napięcia. Gdy pod koniec, wszystkie fakty zostały połączone, odczuwałam coś w rodzaju pewnego niepokoju i ekscytacji. Larsson Stieg zrobił bowiem coś, czego jako Czytelniczka w ogóle się nie spodziewałam, co więcej doskonale wiedział, w jak krytycznej sytuacji postawić Blomkvista dając mu niezwykle trudny moralnie wybór. Było to doprawdy wspaniałe osiągniecie literackie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że po kolejne książki z tej serii zdecydowanie warto sięgnąć, choćby dla sprawdzenia, czy poziom adrenaliny został wprowadzony na tak wysokim poziomie w tomach kolejnych.
Stieg nie waha się tworzyć wątków pobocznych, ani snuć retrospekcji poprzez bohaterów, którzy w ten sposób zyskują na kreacji. Szeroka perspektywa, jaką Stieg pozwala wprowadzić nie tylko Blomkvistovi, lecz także Lisbeth Salander znakomicie rozbudowuje fabułę, zmuszając Czytelnika niejednokrotnie do refleksji na tematy etyki moralnej, hackerstwa, czy nawet researchu komputerowego, nie wspominając o szwedzkim prawodawstwie. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet z pewnością może się pochwalić barwną i niebanalną fabułą. Larsson Stieg nie waha się zaskoczyć czytelnika, co tylko skłania do sięgnięcia po kolejne tomy serii.
Jestem przekonana, że gdy tylko uda mi się wygospodarować chwilę czasu, niezwłocznie sięgnę po tom kolejny, czyli Dziewczynę, która igrała z ogniem, wiem bowiem, że pod względem kryminalnym Larsson Stieg mnie nie zawiedzie!
NORWEGIAN WOOD - HARUKI MURAKMI
O tym, jak bardzo przepadam za twórczością Harukiego Murakami'ego wspominać już nie muszę - robiłam to już niejednokrotnie. Tym razem w moje czytelnicze łapki trafiło Norwegian Wood - napisana w 1987 roku powieść z gatunku literatury pięknej wzbogacona o wątki psychologiczne, dzięki której japoński pisarz zyskał tak ogromny rozgłos. Norwegian Wood zachwyca prostym stylem, choć traktuje o sprawach natury psychicznej, co dla mnie jako osoby interesującej się psychologią była to podwójna literacka uczta.
Dwudziestokilkuletni student imieniem Toru przeżywa fascynację piękną Naoko, z którą łączy go śmierć ich wspólnego przyjaciela. Widmo samobójczej śmierci Kizukiego zdaje się być ciągle obecne w życiu młodej pary, co wpływa na słabą konstrukcję psyhiczną Naoko. Nieoczekiwanie losy Toru splatają się z Midori, będącej zupełnym przeciwieństwem Naoko. Rozdarty uczuciowo Toru nie potrafi poradzić sobie z wyborem, jaki został przed nim postawiony. W tym samym czasie Naoko i Midori dręczą ich własne problemy. (opis własny!)
Haruki Murakami ze znaną sobie prostotą dosadnie opisuje zmagania psychiczne, z jakimi zmagają się bohaterowie powieści. Choć fabuła Norwegian Wood jest zasadniczo prosta, dosadność i głębia opisanej psychiki uderza. Niejednokrotnie czytanie Norwegian Wood przypomina błądzenie we mgle, jaką jest ludzki umysł, przez co warto chwilami odechnąć. W gruncie rzeczy przesłanie tej książki wydaje się banalne, zawiera bowiem pewną prawdę życiową i przykazanie, aby mówić o swoich problemach i odważnie się z nimi mierzyć. Murakami jednak nie poprzezstaje na przesłaniu, ale ukazuje też, jak tragiczne sktuki może mieć przebyta trauma, która nie została poprawnie przepracowana. W tym względzie warto jest uswiadomić sobie, jak wstrząsająca jest prostota Norwegian Wood. Tytuł, który oczywiście odnosi się do słynnej piosenki Beatelsów jest w tym względzie niezwykle trafny, opowiada bowiem o mroczniejszym spojrzeniu na pierwszą miłość, w kontekscie całości utworu staje się niezwykle wymowny.
Norwegian Wood to książka,przy której warto wypracować sobie nieco cierpliwości względem czasem nie do końca loicznego postępowania bohaterów. Umysł ogarnięty depresją nie funckjonuje bowiem racjonalnie, co dzięki prostocie stylu Murakami'ego zostało oddane idealnie. Nie ukrywam, że jako osoba interesująca się psychologią miałam oczywiście zajęcia poświecone pojęciu depresji, niemniej jednak Norwegian Wood znakomicie prezntuje psychikę takiej ososby.
Bardzo ucieszyła mnie możliwość przeczytania Norwegian Wood w kontekście zajęć na Uczelni, tym bardziej, że miałam ją w swoich czytelniczych planach od dawna. To pozycja, którą warto znać i zdecydowanie warto się zapoznać - i w kontekście literackim, i psychologicznym.
HOBBIT, CZYLI TAM I Z POWROTEM - J.R.R. TOLKIEN
Hobbit, czyli tam i z powrotem - światowa klasyka fantasy Tolkiena to powieść, którą miałam okazję przeczytać aż dwukrotnie. Po raz pierwszy czytałam ją zasadniczo dawno temu, z kolei teraz miałam przyjemność prowadzić zajęcia poswiecone tej książce podczas praktyk studenckich psychologiczno-pedagogicznych w szkole podstawowej, co też wspomiam bardzo miło.
Lubiący wygodę i spokojne życie hobbit imieniem Bilbo Baggins za sprawą czarodzieja Gandafa zostaje wciągnięty w wyprawę krasnoludów, których celem jest odzyskanie skarbów skradzionych im przez smoka. Rolą Bilba jest włamanie się do Góry Smoka. Kampania rozpoczyna więc niebezpieczną wyprawę wiodącą między innymi przez Mroczną Puszczę, gdzie spotykają ich różne przygody, z których muszą ujść z życiem. (opis własny!)
Chyba, jak większość fanów Tolkiena, pokochałam Władcę Pierścieni, ucieszyłam się więc mając pretekst do zapoznania się z wczesniej wydanym Hobbitem. Dzięki temu ponownie miałam możliwość znaznajomienia się z tak zwaną klasyką gatunku fantasy i nie ukrywam, mogłam dzięki temu na nowo pokochać Hobbita. Niezwykle przymneym doświadczeniem było na nowo przemierzać wytwory Tolkienowskiej wyobrażni. Ucieszyło mnie też, że podczas prowadzenia własnych zajęć, uczniom również spodobała się ta książka, a ja byłam świadkiem ciekawej dyskusji, jaką ze sobą prowadzili. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że klasyka gatunku fantasy, jakim są Hobbit i Władca Pierścieni jest nadal szczęśliwie obecna w kanonie młodszego pokolenia.
Nie muszę chyba przekonywać do tego, że warto sięgnąć zarówno po Hobbita, jak i Władcę Pierscieni - klasyka gatunku wręcz tego wymaga! Jest to do tej pory fenomen w świecie fantasy, dlatego przeczytanie tych pozycji to niemal święty obowiązek dla prawdziwego miłośnika książek i literatury!
Wszystkie trzy książki, jakie zrecenzowałam w tym wpisie, uważam za niezwykłe, a co za tym idzie niezwykle ważne pozycje, także pod względem obycia literackiego, kultury, jak również psychologii. Mężczyzni, ktorzy nienawidzą kobiet Larssona Stiega, Norwegian Wood Harukiego Murakami'ego, jak również Hobbit, czyli tam i z powrotem J.R.R. Tolkiena to pozycje, które po prostu warto znać i, które trzeba przeczytać!
Październik skończył się już kilka dni temu, co oznacza, że czas na tradycyjne Podsumowanie Czytelnicze Miesiąca! Miniony już miesiąc minął mi nadzwyczaj szybko, a brak upływu czasu niewątpliwie zapewniła mi uczelnia oraz dokańczana realizacja praktyk studenckich. I nim się obejrzałam, mogłam świętować dzień 29 października, kiedy mój blog Z Dziennika Książkoholiczki obchodził swoje czwarte urodziny! W dalszym ciągu ten fakt niezwykle mnie cieszy - to już 4 lata mojej recenzenckiej działalności!
Jak zapewne wywnioskowaliście, październik był miesiącem niezwykle intensywnym i bogatym w doświadczenia - ukończyłam praktyki pedagogiczne, dograłam mniej więcej szczegóły pracy do Obrony oraz pozostałe prace i powróciłam wraz z innymi studentami w tryb studiów stacjonarnych. Tak, jak zapewniałam w zeszłomiesięcznym podsumowaniu, powrót na Uczelnię to nadal jest niezwykle budujące przeżycie, a zwłaszcza dla tych, którzy jak ja studiują swój wymarzony kierunek!
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Pod względem literackim, październik był równie intensywny, przeczytałam bowiem aż 6 książek! Miniony już miesiąc rozpoczęłam od Czarnobylskiej modlitwy Swietłany Aleksijewicz, o której już troszkę pisałam w Urodzinowym Poście <tutaj!>. W dalszym ciągu uważam, iż jest to niesamowita książka, niezwykle zresztą ważna dla pokoleń po Czarnobylu. Niebawem pojawi się recenzja z książki - planowo w piątek - 5.11! W międzyczasie czytałam głównie eseje psychologiczne na studia i nowele Heryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Aleksandra Świętochowskiego , a były to konkretnie: Szkice węglem oraz Jamioł. Obrazek wiejski, Henryka Sienkiewicza, które bardzo mi się spodobały. Bardzo miło zaskoczyła mnie też kolejna nowelka, tym razem jak pisałam autorstwa Bolesława Prusa, czyli Cienie, w następnej kolejności zapoznałam się z utworem Aleksandra Świętochowskiego, Chawą Rubin, która zapadła mi w pamięć, jako obalająca powszechnie znane żydowskie stereotypy. Ostatnią książką października był Hobbit, czyli Tam i z powrotem autorstwa J.R.R. Tolkiena.
Czarnobylska modlitwa, Swietłany Aleksijewicz;
Szkice węglem, Henryka Sienkiewicza;
Jamioł. Obrazek wiejski, Henryka Sienkiewicza;
Cienie, Bolesława Prusa;
Chawa Rubin, Aleksandra Świętochowskiego;
Hobbit, czyli Tam i z powrotem, J.R.R. Tolkiena.
Na tytuł "Najlepszej Książko Miesiąca" bez wątpienia zasługuje Czarnobylska modlitwaSwietłany Aleksijewicz, ponieważ jednak sporo pisałam o tej książce, uważam zatem iż obroni się sama. A już w piątek można wyczekiwać recenzji! :)
Na tytuł "Najgorszej Książki Miesiąca" nie mam niestety jednoznacznie wyznaczonego pretendenta, toteż pozostawię tą kategorię bez odpowiedzi. :)
CO W LISTOPADZIE?
Listopad bez wątpienia będzie znacznie bardziej intensywny literacko niż październik, także pod względem prac naukowych. Chciałabym przeczytać jak najwięcej ciekawych pozycji, a w tym Roku Akademickim mam takich pod dostatkiem, co niezmierni raduje moje komparatystyczne serduszko! 💓W listopadzie chciałabym zatem przeczytać następujące pozycje:
Marta, Elizy Orzeszkowej;
Panna Nikt, Tomasza Tryzyny;
Dom lalki, Henryka Ibsena;
Biesy, Fiodora Dostojewskiego;
Sto lat samotności, Gabriela Garcii Márqueza;
Szatańskie wersety, Salmana Rushdie;
Ewa, Wilhelma Paula Young;
Dziewczyna ze szkła, Laury Anderson Kruk.
To już wszystkie pozycje, o jakich myślałam na listopad, ale oczywiście chciałabym przeczytać jeszcze wiele innych!