Pierwszy miesiąc roku 2023 upłynął mi tyleż szybko, co pracowicie i w zasadzie przez cały ten okres skupiałam się na tym, żeby jak najwięcej kolokwiów zdać w terminie zerowym, a także zrobić jak najwięcej projektów w wyznaczonym czasie, nie wspominając już o pracy. Z dumą mogę stwierdzić, że w dużej mierze mi się to udało, gdyż na tą chwilę pozostały mi jedynie dwa projekty i mnóstwo czasu na czytanie oraz pracę w wydawnictwie. Nie byłabym sobą jednak, gdybym każdej wolnej chwili nie poświęcała na realizację mojej największej pasji, czyli czytania, a w minionym już miesiącu miałam możliwość kontynuacji serii, która pozwoliła mi tak wspaniale zakończyć rok 2022, czyli Małych kobietek, jak również przeczytania dwóch koreańskich pozycji. W styczniu miałam również okazję zapoznać się z dość kontrowersyjnym dziełem, jakim jest Netflix'owy serial Messiah, a jednak mnie bardzo się spodobał.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Przyznam, że styczeń był dla mnie miesiącem bardzo pracowitym, dlatego też cieszę się teraz z kilku następujących rzeczy. Mogłam przejść przez ten okres razem z równie dobrą, co jej poprzedniczka kontynuacją Małych kobietek, czyli Dobrych żon, (o których już jutro będzie recenzja!) a także miałam przyjemność przeczytać dwie pozycje z koreańskiego dorobku kulturowego, czyli O zmierzchu Hwang Sok-Yong oraz Wegetariankę Han Kang. Wszystkie te pozycje ogromnie mi się spodobały, choć nie ukrywam, że zarówno Wegetarianka, jak i O zmierzchu momentami nieco mnie zaskakiwały, głównie dlatego, że od dosyć dłuższego czasu nie czytałam żadnej koreańskiej pozycji, więc w pewnym sensie na nowo wsiąkałam w koreańską mentalność. Jeśli chodzi o Dobre żony to naprawdę lepszej kontynuacji Małych kobietek nie mogłabym sobie wymarzyć! W ramach zajęć z seminarium magisterskiego miałam również okazję przeczytać Baśnie Charlesa Perraulta, które również bardzo mi się spodobały. Tym samym w styczniu przeczytałam 4 pozycje literackie.
Wegetarianka - Han Kang (planuję osobną, zbiorczą recenzję koreańskich powieści)
Baśnie - Charles Perrault.
Chyba nikogo nie zdziwi, iż ten tytuł otrzymają Dobre żony Louisy May Alcott!
Dobre żonyLouisy May Alcott
Louisa May Alcott wspięła się na wyższy poziom w swoim pisarskim kunszcie! O ile w Małych kobietkach czuć było otulające z każdej strony Czytelnika ciepło i matczyną troskę, czar dzieciństwa i dorastania, o tyle w Dobrych żonach znalazło się wiele poruszających momentów, które niekiedy wywoływały łzy w moich oczach. Autorka w fenomenalny sposób ukazała wejście w dorosłość, trudy pracy i życia małżeńskiego. Nie zapomniała o żadnej z kobietek i każdej z nich oddała na nowo głos, zręcznie przeplatając narrację między nimi. Choć drogi życiowe każdej z sióstr były inne, to jednak każda z nich była podyktowana dążeniem za głosem serca i przyznaję, szczerze im kibicowałam!
Zarówno O zmierzchu, jak i Wegetarianka bardzo mi się spodobały i nie potrafiłabym w sposób jednoznaczny umieścić którejś z nich w kategorii "Najgorszej Książki Miesiąca", zatem pozostawię ją kurtuazyjnie bez odpowiedzi.
CO W LUTYM 2023?
W lutym będę mieć znacznie więcej czasu na czytanie, co oznacza, że mam zaplanowanych mnóstwo tytułów i już teraz niemal mam za sobą pierwszą pozycję tego miesiąca, czyli Gertrudę Hermanna Hesse'go! Biorę również udział w Wyzwaniu Czytelniczym na LubimyCzytać (link do mojego konta na profilu), a moim celem jest przeczytanie 80 pozycji, na ten moment mam za sobą już 4 książki. Jestem ogromnie podekscytowana, to wspaniałe, mieć 80 tytułów, które tylko czekają aż Czytelnik zacznie się rozkoszować zawartymi w nich słowami! Na luty zaplanowałam sobie kilka następujących pozycji, choć oczywiście mam nadzieję, że uda mi się przeczytać ich więcej:
Mali mężczyźni, Louisa May Alcott;
Chłopcy Jo, Louisa May Alcott;
Drużyna Pierścienia, J.R.R Tolkien;
Dworska tancerka, Shin Kyung-Sook;
Dziecko salonu i Dzieci ulicy, Janusz Korczak (dawkuję je sobie);
Oliwier Twist, Charles Dickens (do dokończenia);
i wiele innych, które chciałabym w tym miesiącu przeczytać.
To dla mnie niesamowita przyjemność, móc rozpocząć rok 2023 recenzją tak wspaniałej prozy jaką prezentuje Louisa May Alcott w Małych kobietkach. Choć zaczęłam ją czytać w końcowych dniach grudnia, wraz z pierwszym stycznia powróciłam do niej pełna zapału i ciekawości dalszych losów małych kobietek. Przyznam, że książkę tę czytam już drugi raz, gdyż wcześniej miałam przyjemność przeczytać ją w języku angielskim i już wtedy pokochałam gorąco zarówno literacki kunszt Louisy May Alcott, jak i jej bohaterki. Ponowna lektura, tym razem w języku polskim okazała się być dla mnie chyba najlepszym prezentem, jaki mogłam sobie sprawić na Nowy Rok, a obejrzana w święta ekranizacja stanowiła kolejną zachętę, której nie potrafiłam się oprzeć. Tak więc, optymistycznie nastawiona, z mnóstwem planów czytelniczych i blogowych w głowie, rozpoczęłam rok 2023 wspaniałą książką, Małymi kobietkami.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSECNE:
W domostwie Orchard House od pokoleń mieszka rodzina March, gdzie opiekę nad czterema młodymi dziewczętami pod nieobecność ojca, uczestnika wojny secesyjnej, sprawuje Pani Mach, pieszczotliwie nazywane Marmee. Kobieta znacznie wyprzedza jednak swoją epokę, kultywując w córkach ideę wolności, niezależności i namawiając je do poszukiwania własnej drogi życiowej. Dziewczęta różnią się od siebie, a każda z nich posiada swój własny talent. Opiekuńcza i stateczna, acz nieco próżna Meg, żywa, jak iskra Jo obdarzona pisarską wyobraźnią, cicha i nieśmiała, ale uzdolniona muzycznie Beth i przemądrzała malarka Amy to młode pokolenie March, które stara się ze wszystkich sił podążać za radą matki. I choć doskwiera im bieda, nie marnują czasu na realizację swoich marzeń, a jednocześnie tworzą receptę na nudę. Do towarzystwa dziewcząt dołącza Laurie, stając się "bratem" i najlepszym przyjacielem March'ówien.
- opis własny
Po dotarciu do ostatniej strony Małych kobietek, miałam absolutną pewność, że znalazłam moją kolejną literacką perełkę, a Louisa May Alcott nieodwołalnie dołączyła do grona moich ulubionych pisarek. Zakochałam się w tej historii już od jej pierwszych stron, a po ponownej lekturze moja miłość wzrosła jeszcze bardziej. Małe kobietki mają w sobie nieodparty urok, swoiste ciepło, które ogarniało mnie ilekroć siadałam do lektury, a różnorodne i wyraziste bohaterki sprawiały, że tęskniłam za nimi, gdy tylko odłożyłam powieść. W międzyczasie jednocześnie planując przygotowania do egzaminów w sesji, układając projekty i konspekty, z pasją zaczytywałam się w świecie Ameryki lat sześćdziesiątych XIX wieku, niczym Jo, jedna z głównych bohaterek, będąca molem książkowym.
Ci, którzy są ze mną na blogu, wiedzą, że wśród innych ulubionych gatunków, równie chętnie zaczytuję się w literaturze pięknej. Małe kobietki z powodzeniem przełamują stereotypową wizję powieści klasycznych swoim błyskotliwym humorem, wyrazistymi i świetnie wykreowanymi postaciami, jak również wartką akcją i porywającą fabułą. Jeśli o samą fabułę chodzi, autorce należą się ogromne brawa, za kreatywny koncept i równie wspaniałe wykonanie! Mało kto potrafi pisać o codziennym życiu w tak porywający sposób, a fakt, że dodatkowo autorka stara się poświecić każdej postaci odpowiednią ilość miejsca sprawia, że podczas lektury naprawdę ciężko się nudzić. Proza dni powszednich w domu March wypełniona jest nie tylko obowiązkami, jakie spoczywają na barkach sióstr, ale przede wszystkim ich wspólnym czasem spędzonym razem. Ów fakt, iż bliskość siostrzana jest tak dominującym w tej powieści motywem stanowi niepodważalny atut prozy Alcott. Ta książka jest tak niesamowicie ciepła, tak pełna nadziei i radości "z małych rzeczy", że poza samą literacką funkcją, przypomina również Czytelnikowi o tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne.
Louisa May Alcott stworzyła powieść o wartkiej i przemyślanej akcji, co sprawia, że pomimo swojej znacznej objętości, czyta się ją niewiarygodnie szybko. Zabierając się do powieści tuż przed Sylwestrem, skończyłam ją w pierwszych dniach stycznia, co chyba dość dobitnie pokazuje, jak bardzo kunszt pisarski Alcott mnie oczarował. Zresztą, nawet po zakończeniu książki praktycznie nie mogłam przestać o niej myśleć, więc czym prędzej zaopatrzyłam się w Dobre żony, pochłaniając je na przemian z Oliwerem Twistem Charlesa Dickensa i Dzieckiem salonu Janusza Korczaka.W Małych kobietkach zdecydowanie nie brakuje nudy, przeciwnie każda strona jest wypełniona rozmaitymi wydarzeniami, których pomysłodawczyniami są młode March'ówny.
Klimat to kolejny walor tej amerykańskiej powieści. Louise May Alcott ukazując swój pisarski talent w pełnej krasie wykreowała niezwykle ciepły, pełen emocji klimat, mając przy tym na uwadze szeroką różnorodność swoich bohaterek. Nietrudno jest bowiem nie zapałać sympatią do młodego pokolenia March, gdzie każda z czwórki dziewcząt daje poznać swój urok oraz talenty. A swoistej przyjemności czytania tej książki wspaniałomyślnie dopełnia pełen ciepła humor, na jaki tylko Alcott potrafi się zdobyć, sprawiając, że niniejsza lektura staje się prawdziwie literacką ucztą!
Proza Alcott spodobała mi się tak bardzo, iż jestem bliska stwierdzenia, że to styl pisarki jest największym atutem Małych kobietek. Gdyby Louisa May Alcott nie posiadała w sobie tyle empatii, kreatywności i pozytywnej energii, które wyzierają z każdej strony tej powieści, nie byłaby w stanie napisać tak świetnej książki. Wszystkie te aspekty, jak również niezwykła dbałość o detale pozwoliły stworzyć powieść o tak nieprzeciętnych walorach literackich. Małe kobietki mieszczą w sobie ogrom ciepłych uczuć, a lekki styl i przyjemne pióro sprawiają, że powieść czyta się znakomicie!
Bohaterkami Małych kobietek są wspomniane młode March'ówny, wykreowane wprawną pisarską ręką Alcott, która zadbała nie tylko o ich realistyczność, ale także o szeroką paletę różnorodnych charakterów. Meg, Jo, Beth i Amy są od siebie tak odmienne, a każda z nich jest na swój sposób urocza i posiada własną dziedzinę, w której chce się realizować. Choć nie brakuje momentów kłótni między siostrami, łącząca je więź jest nierozerwalna, co zresztą stanowi fundamentalny wątek Małych kobietek. Nie potrafiłabym określić, którą z sióstr polubiłam najbardziej, (wszystkie szalenie kocham!) ale za to, mogę powiedzieć, że najchętniej utożsamiłabym się z Jo (choć niekoniecznie z wszystkimi jej cechami), poczatkującą pisarką i jak ja zapaloną czytelniczką. Będąc już w trakcie lektury Dobrych żon mogę zaobserwować przemiany, jakie następują w każdej bohaterce, co nie tylko stanowi dobry kontrast względem tego, jakie są w Małych kobietkach, ale także sprawia, że jeszcze mocniej zżyłam się z kobietkami March.
Jestem absolutnie oczarowana i dosłownie zakochana w twórczości Louisy May Alcott! Po Małych kobietkach musiałam się nieco pomęczyć w poszukiwaniach, chcąc przeczytać kolejny tom, czyli Dobre żony w równie dobrym przekładzie, co mi się szczęśliwie udało i aktualnie jestem niemal w połowie wspominanego tomu. Małe kobietki to nieporównywalnie ciepła powieść, która niejednokrotnie wywoływała na mojej twarzy uśmiech, a Louisa May Alcott obok innych pisarzy z powodzeniem zajęła sobie miejsce wśród grona tych ulubionych. Kto wie, czy Małe kobietki nie okażą się jedną z najlepszych książek stycznia, a może i nawet roku 2023? Jest to więcej niż prawdopodobne. Oby 2023 był pełen takich przewspaniałych powieści!
Małe kobietki to wspaniała, przezabawna i pełna ciepła powieść, którą z całego serca polecam każdemu dojrzałemu Czytelnikowi, który pragnie ciekawego i rozkosznego towarzystwa bohaterów literackich na zimowe wieczory. Z kobietkami March nie sposób się nudzić, a dobra muzyka i kubek gorącego napoju stanie się idealnym kompanem prześwietnej zabawy. Polecam serdecznie!
Czas na comiesięczne podsumowanie Czytelnicze i tym razem także roczne! Część mnie w dalszym ciągu nie potrafi uwierzyć w to, że Rok 2022 dobiega końca, a jednak karta w kalendarzu definitywnie wskazuje tę właśnie datę. Ostatni dzień grudnia to zatem wspaniałą okazja i idealny moment na podwójne podsumowanie. Grudzień pod względem studenckim był dla mnie miesiącem niezwykle intensywnym i z tego względu dopiero teraz nadrabiam recenzje z wspomnianego miesiąca, co zarazem oznacza, że w styczniu można spodziewać się więcej recenzji.💓W tym okresie miałam przyjemność obejrzeć jeden ciekawy serial, o którym w najbliższym wpisie trochę będzie, mianowicie o Ginny & Georgia, który choć bardzo dobry i klimatyczny, nieco odstaje od niezrównanego Gilmore Girls. Pod względem literackim natomiast grudzień okazał się miesiącem przede wszystkim ambitnym i wypełnionym książkami z repertuaru klasyków. Tak więc, mogę uznać ten miesiąc za udany.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Tak jak wspominałam grudzień minął mi na literaturze z repertuaru klasyków, choć dopiero w okresie poświątecznym miałam okazję na dobre się wciągnąć w niniejsze dzieła. W grudniu przeczytałam 4 książki, w tym Małe kobietki Louise May Alcott oraz Władcę Pierścieni J.R.R Tolkiena zamierzam kontynuować także w styczniu. Ten śnieżny (nareszcie) miesiąc rozpoczęłam z Elleną Ferrante i jej Obsesyjną miłością, względem której miałam nieco wyższe oczekiwania, niż to co ostatecznie otrzymałam. Po sukcesie Córki liczyłam, że literacki debiut Ferrante okaże się co najmniej w połowie tak dobry, w końcu ono przyniosło pisarce sławę. Niestety zawiodłam się, o ile w Córkę potrafiłam się bardzo mocno wciągnąć, o tyle Obsesyjna miłość niesamowicie mi się dłużyła i choć tak na dobrą sprawę jest to dzieło króciutkie, ja męczyłam się z nią jakiś tydzień. Po Miniaturzystkę Jessie Burton, czyli drugą z kolei książkę grudnia sięgnęłam czysto spontanicznie z przeczuciem, że nadszedł czas pokazać, jak bardzo Miniaturzystka mi się spodoba. I muszę przyznać, że zostałam niemal natychmiastowo oczarowana obrazem Amsterdamu, jaki wyczarowała na kartach swojej książki autorka, jak i jej pełnowymiarowymi postaciami. Cudowna literacka perełka! W następnej kolejności pragnąc nieco bardziej świątecznej i baśniowej atmosfery sięgnęłam po Małe kobietki Louise May Alcott, tym razem w wersji polskiej, gdyż kilka lat temu czytałam tą powieść w oryginale. Tak samo jak wtedy zostałam oczarowana niesamowicie ciepłym klimatem, jaki tylko Alcott potrafi stworzyć i obiecałam sobie, że z ogromną chęcią przeczytam także kolejne części! W międzyczasie sięgnęłam także po Władcę Pierścieni J.R.R Tolkiena stęskniona za hobbickim zakątkiem świata. I nie spodziewałam się, że aż tak zostanę oczarowana kunsztem Tolkiena!
Recenzji z wyżej wymienionych pozycji można spodziewać się już w najbliższych dniach!
PODSUMOWANIE ROKU 2022:
Ze swojej strony mam poczucie, że ten miniony rok był pod wieloma względami dobry dla mnie osobiście. W lipcu 2022 obroniłam swój licencjat, a kilka miesięcy później otrzymałam dyplom potwierdzający ukończenie studiów I stopnia. W październiku natomiast rozpoczęłam 4 rok moich wymarzonych studiów, już na II stopniu. W tym samym miesiącu mój Blog Z Dziennika Książkoholiczki obchodził swoje 5 urodziny, a niedługo potem świętowałam swoje. W 2022 roku przeczytałam wiele naprawdę wspaniałych pozycji, a grudzień zwieńcza ilość przeczytanych przeze mnie książek. Ostateczny wynik przeczytanych przeze mnie książek w roku 2022 wynosi okrągłą 70! Wprawdzie nie podbiłam swojego zeszłorocznego wyniku, ale moim książkowym celem na nadchodzący 2023 jest pobicie tegorocznego wyniku, a zaczynam już od jutra, 1 stycznia!
CO W STYCZNIU 2023?
Styczeń, jak i Nowy Rok w moim zamyśle nie jest wcale mniej ambitny niż poprzednie miesiące, jeśli nie bardziej. Mam olbrzymią nadzieję na to, iż uda mi się przeczytać wszystkie, a przynajmniej większość z wymienionych pozycji. Zaopatrzyłam się ostatnio w świetny studencki planner, dzięki któremu mogę odpowiednio rozłożyć sobie czas na czytanie i bloga, studia i naukę do sesji oraz pracę. Jestem pewna, że mój upór i optymizm sprawią, że mi się to uda!
Co chcę przeczytać w styczniu?
dokończyć Małe kobietki Louise May Alcott;
dokończyć Drużynę Pierścienia J.R.R Tolkiena;
Dziecko salonu Janusza Korczaka;
Oliwer Twist Charlesa Dickensa;
Źródło Ayn Rand;
Wysłannicy śmierci Adama Krawczyka;
Trzecie oko wiedźmy Danki Braun.
Kochani Czytelnicy i Autorki, dziękuję Wam za ten rok! Za to, że byliście ze mną, za wszystkie miłe komentarze, ciepłe słowa i polecajki moich recenzji! Dziękuję! Szczęśliwego Nowego Roku! :)
Już od dłuższego czasu miałam w planach zapoznać się z twórczością Jessie Burton, a tegoroczne święta Bożego Narodzenia stanowiły idealną ku temu okazję. O Miniaturzystce słyszałam zresztą same pozytywne opinie, więc czym prędzej zaopatrzyłam się w upragniony egzemplarz. Zaintrygowana opisem zdobiącym zresztą przepiękną okładkę, zanurzyłam się w oryginalny świat XVII wiecznego Amsterdamu, co było miłą odskocznią po pracowitych dniach spędzonych na przygotowaniach do zbliżających się świąt. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że proza Burton wciągnie mnie tak mocno! Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po jej kolejną powieść, Muzę.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Już od dłuższego czasu miałam w planach zapoznać się z twórczością Jessie Burton, a tegoroczne święta Bożego Narodzenia stanowiły idealną ku temu okazję. O Miniaturzystce słyszałam zresztą same pozytywne opinie, więc czym prędzej zaopatrzyłam się w upragniony egzemplarz. Zaintrygowana opisem zdobiącym zresztą przepiękną okładkę, zanurzyłam się w oryginalny świat XVII wiecznego Amsterdamu, co było miłą odskocznią po pracowitych dniach spędzonych na przygotowaniach do zbliżających się świąt. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że proza Burton wciągnie mnie tak mocno! Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po jej kolejną powieść, Muzę.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Nella Oortman to zaledwie osiemnastoletnia dziewczyna, która październikowego popołudnia staje u progu domu Brandtów. Miesiąc wcześniej poślubiła zamożnego amsterdamskiego kupca i opuściła rodzinne strony, aby dołączyć do męża w Amsterdamie. Zamiast jednak widoku Johanessa Brandta, u progu wita ją opryskliwa młodsza siostra męża. Gdy Johannes w końcu wraca, nie poświęca żonie należytej uwagi, a zamiast tego obdarowuje ją niespodziewanym prezentem - miniaturką domu, który Nella ma urządzić ćwicząc się tym samym w nowej roli. Gdy kobieta zatrudnia do tego celu miniaturzystę, okazuje się, że nie tylko posiada on wybitny talent, ale zarazem posiada umiejętność przewidywania zdarzeń, które dopiero mają nastąpić. Nella, zaniepokojona antycypacjami miniaturzysty, próbuje im w jakiś sposób zapobiec, nie wie, jednak, co ma być kulminacja spektaklu, jaki fachowiec odgrywa w jej domku dla lalek.
- opis własny
Po lekturze Miniaturzystki nie byłam zaskoczona uznaniem, jaki zdobyła angielska pisarka. Podeszłam do książki z ogromnym entuzjazmem i sporymi oczekiwaniami, a ufna w swoją czytelniczą intuicję z pasją brnęłam przez kolejne strony powieści, która oczarowała mnie nie tylko tak różnorodną paletą charakterów swoich bohaterów, barwnym przedstawieniem rozkwitu handlu i sztuki w XVII wiecznej, i "złotej" w tamtym okresie Holandii, ale także z rozmysłem wprowadzi szczyptę intrygi za sprawą tajemniczej miniaturzystki. Wciągnęłam się w tą powieść niezwykle szybko i równie szybko dobrnęłam do jej końca, po czym potrzebowałam kilku dni, by oswoić się z faktem, że miałam za sobą powieść, która zdecydowanie wywarła na mnie naprawdę spore wrażenie.
Fenomen Miniaturzystki tkwi w pieczołowicie wykreowanym napięciu za sprawą niezwykle intrygującej fabuły. Burton skrzętnie wykorzystuje założenie, że literatura rodzi się z pasji z powodzeniem dąży do jak największego zaangażowania odbiorcy w akt przeżywania danego dzieła. Na dobrą sprawę, Czytelnik, podobnie, jak bohaterowie powieści trzymani są w pełnym oczekiwań niepokoju i niepewności względem tego, co w kolejnej chwili nastąpi, to zdaje się wiedzieć jedynie miniaturzystka, która co pewien czas podsyła postaciom wskazówki, jednak Ci nie umieją dostrzec ich proroczego znaczenia. Wszystko to sprawia, że powieść czyta się nie tylko z ogromnym zainteresowaniem, ale i zaangażowaniem. Momentami naprawdę ciężko wyjść z podziwu, że debiut potrafi tak silnie oczarować Czytelnia, a Jessie Burton skwapliwie podejmuje się nie tylko tematów tabu na samym literackim gruncie, ale też odważnie wkracza w granice XVII wieku, gdzie pojęcie jakiejkolwiek inności wiązało się z naznaczeniem w społeczeństwie. Autorka śmiało spaja ze sobą kilka kluczowych motywów, takich jak homoseksualizm, samo pojęcie seksu, wszelka odmienność narodowa i rasowa. Niezwykle mocno podkreśla przy tym siłę kobiet, które choć uznawane za słabszą płeć, potrafią z pasją i odwagą przeciwstawić się własnemu losowi.
Naprawdę nietrudno jest dać się pochłonąć tej historii, grudniowe i zimowe wieczory stanowią ku temu doskonałą okazję, której ciężko się oprzeć. Jessie Burton ani na chwilę nie traci zapału, wikłając swoich bohaterów w różnego rodzaju zawirowania. To momentami sprawia, że trudno w jednoznaczny sposób usprawiedliwić, czy też przychylić się zdecydowanie w stosunku do bohaterów i ich działań. Napięcie, o którym wspominałam, rozwija się przez całą powieść i zajmuje umysł Czytelnika na długo po zakończeniu lektury.
Jessie Burton już od pierwszych stron tworzy niezwykle sugestywny klimat, który skądinąd idealnie wpasowuje się w grudniową atmosferę. Choć z pozoru głównym tematem powieści jest fenomen postaci miniaturzysty-proroka, autorka równie mocny nacisk kładzie na inne motywy, szczególnie na społeczne napiętnowanie i wykluczenie. Emocjonalny i niezwykle przejmujący styl znakomicie komponuje się z tęsknotą, niezrozumieniem i pragnieniem miłości, niemal namacalnie wyzierającymi się z każdej strony niniejszego dzieła, co nadaje jej pewien uniwersalny wymiar. Obraz XVII Amsterdamu odmalowany został z niezwykłą dokładnością, a na plus należy dodać słowniczek oraz porównanie dochodów/wydatków zamożnego Amsterdamczyka zamieszczonych na samym końcu książki. Przyznaję, że byłam absolutnie oczarowana obrazem, jaki wykreowała autorka, był on niesamowicie przemyślany, wszystko mieściło się niemal w idealnych proporcjach. Surowe zasady panujące w ówczesnej Holandii okupione czającym się wszędzie widmem grzechu, nierówności rasowej nie zdominowały w całości lektury, w której znalazło się również miejsce na inne wspominane wątki.
Autorka zgrabnie operuje emocjonalnym i sugestywnym stylem, który pozostawia wiele miejsca na wyobraźnię Czytelnika. Jednocześnie jednak silnie eksponuje przejmujące poczucie inności i tęsknoty, jakie nęka jej bohaterów. Nie ma tutaj miejsca na zbytnią wrażliwość, świat amsterdamczyków jest na to zbyt surowy, aczkolwiek podczas lektury aż nazbyt dobrze można zauważyć rozmaite emocje, jakie towarzyszą postaciom Miniaturzystki. Pozwolę sobie kolejny raz powtórzyć, jak bardzo jestem pod wrażeniem niniejszej książki, Jessie Burton stworzyła niezwykle wartościowe dzieło, które nie tylko stanowi lekturę obowiązkową dla każdego szanującego się dojrzałego mola książkowego, ale również pozostawia po sobie pewnego rodzaju nostalgię i wyczekiwanie na kolejne epickie dzieło.
Jestem pełna podziwu dla tak przemyślanych i pieczołowicie skonstruowanych bohaterów Miniaturzystki. Na pierwszy plan wysuwa się ich realistyczność i w zasadzie rzadko która postać pod koniec okazuje się być taka sama, jak na początku książki. Burton z niesamowitą precyzją za pośrednictwem tajemniczej miniaturzystki obnaża pragnienia i dusze każdej postaci. Trudno jest jednoznacznie opowiedzieć się po czyjejkolwiek stronie i definitywnie osądzić bohaterów za ich działania. Ciekawymi postaciami są oczywiście domownicy rodziny Brandt, ale na uwagę zasługuje także sama Nella. Początkowo nieco naiwna, aczkolwiek oczytana postać, daje się w toku fabuły poznać jako osoba obdarzona dużą dozą pewności siebie, kreatywnością i otwartością, a ostatecznie kobietą spragnioną mężowskiej czułości. Nie ukrywam, że byłabym zachwycona, gdyby autorka pokusiła się o tom kolejny, gdyż Miniaturzystka sporo kwestii pozostawia otwartych, tym samym pozostawiając moją ciekawość nie do końca zaspokojoną.
Podsumowując, Miniaturzystka to jedna z grona najlepszych książek roku 2022 i oby więcej takich powieści udało mi się przeczytać w 2023. Niesamowicie sugestywna, przejmująca i dająca się czytać z prawdziwą pasją i zaangażowaniem czytelniczym powieść o Holandii z czasów XVII wieku! Mam olbrzymią nadzieję, że Muza zachwyci mnie w podobny sposób!
Miniaturzystka to wspaniała proza, która powinna zachwycić każdego dojrzałego mola książkowego, który nie boi się czytać o tematyce tabu, ceni sobie sugestywny styl. Powieść idealna na zimę i okres przedświąteczny, idealnie nada się również na prezent dla każdego, kto kocha książki. Polecam serdecznie!
Obsesyjna miłość uznawana jest za jedną z najważniejszych powieści Eleny Ferrante. Całkiem możliwe, że to stwierdzenie sprawiło, że miałam względem tej książki znacznie większe oczekiwania. A po lekturze Córki wiedziałam już, czego mniej więcej mogę oczekiwać. Jednakże, o ile fabuła pierwszej książki wciągnęła mnie na tyle, że czytałam ją z zainteresowaniem, o tyle w Obsesyjną miłość nie potrafiłam do końca się wczuć, co sprawia, że nie jestem do końca usatysfakcjonowana tym debiutanckim dziełem włoskiej pisarki.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Obsesyjna miłość to historia relacji matki i córki, Amelii i Deli, które raczej nie należą do tych typowych, ciepłych i rodzinnych. Po śmierci matki, Delia z całych sił próbuje zaprzeczyć łączącym je podobieństwu. Powraca do przeszłości, by we wspomnieniach odnaleźć twarz mamy i znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, czy też raczej tworzy swoisty rachunek sumienia. Kobieta zadaje sobie pytania o to, kim naprawdę była jej matka, czy była kokieteryjna i obcesowa, czy może radosna i nieskrępowana? Niewyjaśnione sekrety i kłamstwa wychodzą na jaw, a Delia nie jest w stanie dłużej radzić sobie z przeszłością.
- opis własny
Od samego początku lektury Obsesyjnej miłości miałam nadzieję na powieść z pasją, którą będę czytać z wypiekami na twarzy i żywym zainteresowaniem. Niestety, pierwsza powieść Ferrante, która doczekała się ekranizacji, specjalnie mnie nie zachwyciła. Właściwie sam fakt, że udało mi się dobrnąć do końca zawdzięczam tylko własnemu uporowi, choć nie przeczę, iż ciekawiło mnie, w jaki sposób autorka zakończy niniejszą książkę.
Przyznam szczerze, że początkowo podeszłam do Obsesyjnej miłości mocno zaintrygowana psychologicznymi wątkami dotyczącymi tożsamości, jak sugerował opis. Faktycznie, takie nawiązania niezwykle mocno zostały w tej powieści osadzone, jednakże sposób opisu Ferrente, jak również wprowadzenie pewnego chaosu - całkiem zamierzonego zresztą - raziły mnie na tyle, że gdyby nie moja wrodzona ciekawość i zamiłowanie do psychologii, pewnie bym ją odłożyła. Większość scen jest mocno sugestywnych, wypełnionych mrocznym klimatem, ale nie znajduje pokrycia w warstwie fabularnej, która zostaje sprowadzona jedynie do samej narracji. Wzbudziło to we mnie przekonanie, że fabuła Obsesyjnej miłości pozostaje w zasadzie miałka i dość nijaka, podczas gdy to narracja przejmuje główną rolę. Miałam przez to wrażenie, że tak naprawdę niewiele się w powieści dzieje, za to sporo miejsca poświecono wspomnieniom Deli, przeplatanych z chwilą teraźniejszą czasu akcji, a to niezmiernie mnie irytowało.
Niezmiernie brakowało mi wprowadzenia jakiegoś elementu napięcia, czegoś, co sprawi, że akcja ruszy, a moje zainteresowanie lekturą wzrośnie. Niestety tak się nie stało. Mroczna i gęsta atmosfera, jaka panowała w tej książce również nie zachęcała mnie jakoś specjalnie do zanurzenia się we wspomnienia Delii. Niekiedy brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia powodował, że w czytałam tą powieść, naprawdę króciutką, niezwykle wolno. Zwyczajnie nie potrafiłam się w nią wciągnąć, a samo zakończenie książki okazało się być dla mnie kolejną oczywistością - a powinno zaskakiwać. Mam wrażenie, że gdyby Ferrente podeszła do zaproponowanego motywu relacji matki i córki od innej strony lub też inaczej poprowadziła pewne kwestie, rezultat okazałby się o wiele bardziej satysfakcjonujący.
Klimat Obsesyjnej miłości już od pierwszej strony był niesamowicie mroczny i w zasadzie przygnębiający. Fakt, że na pierwszym planie osadzona została relacja matki i córki, gdzie jedna z kobiet zaraz na początku ginie, bynajmniej nie osładza atmosfery gęstniejącej z każdą kolejną przeczytaną stroną. Zamiast smutku z powodu śmierci osoby, która powinna być dla głównej bohaterki jedną z najważniejszych w jej życiu osób, w powieści dominują zupełnie inne emocje: lęk, obrzydzenie, obojętność. Delia, która zadaje sobie pytanie, kim była jej mama, niespecjalnie za nią tęskni, opłakuje czy też z czułością ogląda pozostawione po zmarłej rzeczy. Przez całą powieść pozostaje zawieszona w próżni, przygnieciona kłamstwami własnej przeszłości, ale całkowicie obojętna. Ferrante nie stworzyła powieści, którą przyjemnie i z chęcią się czyta, ja niekiedy potrzebowałam przerwy. Jestem skłonna przyznać jednak, że ciekawiło mnie przedstawienie rodzinnych miejsc, które we wspomnieniach Delii różniły się detalami, od tych, jakie widziała wracając tam jako dorosła osoba. To rozróżnienie i możliwość porównania detali okazały się chyba jedynym aspektem, który jakoś mnie w tej powieści zaciekawił.
Ten jeden aspekt muszę Ferrante oddać, ona doskonale wie jak pisać, potrafi stworzyć gęstą i przygnębiającą atmosferę i Obsesyjna miłość wspaniale to pokazuje. To właśnie narracja odgrywa w tej powieści rolę kluczową, w przeciwieństwie do warstwy fabularnej. W retrospekcjach Delii to właśnie język jako akt mowy ma znaczenie decydujące, w końcu to jedno małe "niewinne" kłamstwo okazało się być przyczyną nieszczęść. Szkoda, że Ferrant nie wykorzystała tego atutu i nie przedstawiła fabuły w nieco inny sposób.
Bohaterowie Obsesyjnej miłości kreowani byli na modę realizmu, co jednak nie do końca się pisarce udało. W moim odczuciu pozostali oni na takim samym poziomie, jak fabuła - zbyt nijacy i słabo zarysowani, by można było cokolwiek o nich powiedzieć. Miałam wrażenie, że pozostają poza fabułą i są jedynie postaciami na wskroś papierowymi, pozbawieni głębi, charakteru, konkretnego wrażenia, jakby służyli jedynie za niezbędną dekorację. W zasadzie, nie potrafiłam polubić nikogo z bohaterów Obsesyjnej miłości. W brutalnym i niezwykle mocnym świecie, jaki stworzyła pisarka jej bohaterowie pozostawali jedynie tłem.
Reasumując, dość mocno zawiodłam się na niniejszej pozycji i chyba dlatego czekałam na odpowiedni moment, by o niej napisać. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że było to dzieło debiutanckie, jestem skłonna nie wykluczać możliwości przeczytania innych dzieł Eleny Ferrante, zwłaszcza, że Córka mi się dość podobała. Myślę jednak, że minie trochę czasu, zanim nabiorę ochoty na kolejne dzieło z repertuaru włoskiej pisarki.
Obsesyjna miłość to pozycja dobra dla tych, którzy lubią gęstą i przygnębiającą atmosferę. Mnie zabrakło w niej głębi właściwej dla powieści utrzymanych w tonie psychologii. Fakt, że jest to powieść debiutancka, która zapoczątkowała twórczość Ferrante nie czyni jej jeszcze najlepszą, ani najbardziej poczytną. Dla mnie Córka jest znacznie lepsza od niniejszej powieści i z całego serca mogę ją polecić, a co z Obsesyjną miłością? Tę decyzję pozostawiam Wam.
Pragnienia serc to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie pozycji! Egzemplarz recenzencki otrzymany tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego czekał na odpowiednią chwilę, bym we właściwym czasie mogła rozkoszować się literackim kunsztem Victorii Black. Moje spore wymagania, jakie miałam względem tej książki nie zawiodły moich oczekiwań, a to, co otrzymałam okazało się zachwycającą mieszanką romansu rodem z literatury pięknej, a dodatkowo z domieszką wątków psychologicznych i kryminalnych. Dzięki Pragnieniom serc miałam doprawdy rewelacyjną ucztę Czytelniczą, a rzadko kiedy bywam naprawdę nasycona. Młoda pisarka zaskoczyła mnie swoim kunsztem literackim, sprawiając, że z ogromnym entuzjazmem przeczytałabym jakąś inną pozycję z jej bibliotecznego repertuaru.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Evie ma wiele powodów, by uważać się za szczęściarę, po ukończeniu studiów na kierunku filologii angielskiej, pracuje w największej bibliotece w Seattle, a dodatkowo tworzy kontynuację swojej pierwszej powieści. Problemem jest jednak brak weny, bo o ile pierwsza powieść okazała się hitem, to Evie nie ma jednak pomysłu na poprowadzenie wątków w kolejnej części. Niespodziewane spotkanie stwarza ku temu doskonałą okazję. Jace O'Connell, spadkobierca jednej z najbogatszych firm Stanach niespodziewanie proponuje jej układ, który dla Evie może okazać się olbrzymią szansą. Podczas rodzinnego zjazdu kobieta musi odgrywać rolę narzeczonej spadkobiercy. Evie targana wątpliwościami zgadza się na ten układ i tym samym trafia w sam środek intryg bogatej familii O'Connellów. Matka Jace'a, która próbuje za wszelką cenę odwieść syna od pomysłu ożenku, to tylko jeden z najmniejszych problemów, z jakimi musi zmierzyć się Evie.
- opis własny
Na lekturę Pragnienia serc wyznaczyłam sobie pewien określony czas, gdyż byłam na tyle podekscytowana tą książką, iż przeczuwałam, że w momencie, w którym rozpocznę swoją przygodę z literackim kunsztem Black natychmiast zatonę w wykreowanym przez nią świecie. Tak się zresztą stało, bo już po pierwszej stronie nieodwołalnie zakochałam się w tej historii i jej bohaterach. Pragnienia serc to ten szczególny przypadek dzieła literackiego, które wciąga już od pierwszego słowa, a jej bohaterowie na długo nie pozwala o sobie zapomnieć.
Pod względem fabularnym, Pragnienia serc początkowo wydają się być historią stylizowaną na romans bogatego spadkobiercy z uroczą bibliotekarką. Autorka jednakże posunęła się o krok dalej, ubarwiając relację bohaterów nie tylko samym wątkiem przyjaźni, ale i zaprawiając ją o intymne rozmowy, sieci intryg oraz trudną przeszłość Evelyn. Wszystkie te pozornie mniej ważne aspekty fabuły, jak i tajemnice ogromnego kalibru bardzo ubogacają powieść i sprawiają, że dzieło Black czyta się jednym tchem, na dobre i złe kibicując jej bohaterom, nie chcąc się z nimi rozstawać. Zważywszy na fakt, iż jest to moja pierwsza książka tej autorki, jaką przeczytałam, zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona! Nawet najdrobniejsze detale zostały odpowiednio dobrane, uniemożliwiając mi dostrzeżenie jakichkolwiek mankamentów. Podczas lektury tej książki nie nudziłam się ani chwilę, co więcej, żałowałam, iż historia tak szybko dotarła do finału.
Black udowodniła, że ma talent do snucia opowieści w taki sposób, aby zaintrygować swojego Czytelnika. Przez pierwszych kilka rozdziałów akcja została rozłożona w sposób miarowy, tak, że podczas lektury można było się mile zrelaksować. Później jednak Black postarała się o to, by wzbudzić większe zainteresowanie Czytelnika. Ostatecznie wyjazd Evie i Jace'a na zjazd rodziny O'Connellów skutecznie napędza akcję, burząc jej harmonijną strukturę i nie pozwalając ani na moment oderwać się od lektury. Tym jednym chwytem pisarka zjednuje sobie Czytelnika i sprawia, że ten bez reszty angażuje się w niniejszą powieść.
Podobnie jak w przypadku akcji, Black szybko porzuca lekki i swobodny klimat, zamieniając go na pełną niepewności atmosferę, co muszę przyznać, jest olbrzymim atutem tej książki. Przejście z pozornie beztroskiej obyczajowej nuty w bezlitosną sferę rodzinnych intryg, zawirowań i bolesnych tajemnic odbywa się niemal niepostrzeżenie. A to zresztą nie tylko budzi podziw względem pisarskiego kunsztu młodej pisarki, lecz przede wszystkim pobudza wyobraźnię Czytelnika i angażuje go coraz bardziej w meandry misternie utkanej fabuły.
Pragnienia serc to powieść doprawdy świetnie napisana, pozbawiona osobliwych chwytów językowych czy wzniosłego patetycznego stylu lub nadmiernej prostoty. Przeciwnie, dzieło Black zaskakuje lekkim stylem, który znakomicie komponuje się z klimatem i fabułą książki. Fakt, iż to literatura zaliczana do New Adult również ma tu swoją niebagatelną rolę, powieść wydaje się być uniwersalna względem swojego gatunku, a język jakim operuje pisarka idealnie wpasowuje się w wykreowany przez nią klimat.
Bohaterowie tej książki to jej kolejny niezbity atut. Niezmiernie mi się spodobało, że autorka postanowiła odejść od stereotypowych wizerunków młodziutkiej bibliotekarki i przystojnego, a zarazem zdeprawowanego obrazu dziedzica fortuny. Owszem, takich póz tutaj nie brakuje, lecz twórczyni zadbała o rozbudowanie obrazu wnętrza bohaterów. Wyposażyła swoją powieść w momenty, gdzie nie brakuje szczerych wyznań, głębokich przemyśleń i odsłonięcia wrażliwej duszy, a każdy z postaci odkrywa swoje lęki, tajemnice i obawy. Tym samym Black otwarcie sprzeciwia się ogólnie przyjętemu wizerunkowi "nieskazitelnej" bogatej rodziny, gdyż każda z nich ma swoje mniej lub bardziej mroczne sprawki i tajemnice, lęki i żądze, a idealnie skrojony garnitur czy dobrana zjawiskowa suknia niekoniecznie skutecznie je zamaskuje. Spodobało mi się, że pisarka nie owija w bawełnę, nie stara się usprawiedliwić działań swoich bohaterów, ale śmiało i z wrażliwością zachęca ich do samodzielnego zmierzenia się ze swoimi obawami. Oczywiście, nie muszę chyba dodawać, iż Evie kochająca bezgranicznie literaturę stała się moją ulubioną bohaterką. Pokochałam jej szczere serce, głęboką empatię i całkowite oddanie.
Po moich licznych zachwytach, nie muszę chyba dodawać, że jestem bez reszty oczarowana książką Victorii Black, która bez porównania stworzyła naprawdę niezwykłe dzieło. Jestem przekonana, że w wolnej chwili powrócę do niej z ogromną chęcią i tęsknotą za jej bohaterami.
Pragnienie serc to z pewnością książka warta przeczytania i tak na dobrą sprawę, poleciłabym ją każdemu, kto miałby ochotę zapoznać się z dziełem o niebagatelnej i tak świetnie skonstruowanej warstwie fabularnej. Na zimowe wieczory powieść rozgrzeje swoją ciepłą nutą, zaciekawi intrygą i zachwyci dokładnością detali. Warto mieć pod ręką zapas czasu lub ciepły kubek kawy, gdyż proza Black niesamowicie wciąga! Polecam serdecznie!
Moja ocena: 10/10. :)
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Amare. :)
Listopad, podobnie jak październik minął mi dosyć szybko, niemniej bardzo miło wspominam ten okres i to nie tylko dlatego, że to mój urodzinowy miesiąc. Miałam okazję obejrzeć kolejny sezon jednego z moich ulubionych seriali, czyli Gilmore Girls, a także odnowić znajomość z autorami, spośród których albo nieustannie zanurzam się w ich twórczości, albo mam okazję ponownie spotkać się z pewnymi cenionymi przeze mnie bohaterami książkowymi. Choć listopad nie był dość obfity w literaturę, uważam ten miesiąc za bardzo udany, gdyż niezwykle miło mi było powrócić do starych literackich przyjaciół, a dawno nie miałam okazji o niektórych z nich czytać. W minionym miesiącu czas wypełniły mi również spotkania rodzinne i z moją Przyjaciółką, a całości dopełniała uczelnia, literatura, blog oraz poszukiwania pracy na pół etatu (a szczęśliwie znalezionej :)). Mam więc wiele powodów, aby być dumna z mojego listopadowego miesiąca.
NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Tegoroczny listopad miałam okazję rozpocząć z nieco niespodziewanym przeze mnie akcentem literackim, powróciłam bowiem do serii Inni Anne Bishop i przeczytałam tom trzeci, Srebrzyste wizje, wobec któreJ mam bardzo ciepłe odczucia, zwłaszcza, że dawno nie czytałam nic z repertuaru książkowego tej autorki. Do recenzji odsyłam <tutaj>. Kolejną książką, jaką miałam okazję przeczytać w listopadzie jest króciutka pozycja autorstwa Francine Rivers, kolejny tom serii Rodowód Łaski, Rut, której recenzja znajduje się <tutaj>. Muszę przyznać, że z każdą następną książką Rivers coraz bardziej podziwiam tą pisarkę. Ostatnią listopadową pozycją była długo wyczekiwana przeze mnie powieść Victorii Black, Pragnienia serc, o której niebawem będzie na blogu!
Pragnienia serc, Victoria Black (recenzja już jutro)!
Z racji tego, że zasadniczo wszystkie listopadowe pozycje były dla mnie dziełami zarówno ważnymi, jak i wyczekiwanymi wybór tylko jednej pozycji wydaje się prawie niemożliwy. Chciałabym jednak wyróżnić Pragnienia serc jako pretendenta do tytułu "Najlepszej Książki Miesiąca" z tego względu, że była to książka nie tylko ambitna literacko, ale również podejmująca ciekawą tematykę. Dodatkowo, główna bohaterka była zakochana w książkach (tak jak i ja), dlatego też czytanie powieści Victorii Black było dla mnie niesłychaną przygodą literacką i wspaniałą rozrywką intelektualną!
Podobna kwestia pojawia się przy wyborze kandydata do tytułu "Najgorszej Książki Miesiąca" i w tym wypadku definitywnie nie potrafię wskazać tej jednej pozycji, która by mi się nie podobała.
CO W GRUDNIU?
Z początkiem grudnia miałam przyjemność rozpocząć lekturę kilku pozycji jednocześnie, co raczej mi się nie zdarza, ale miałam już pozytywną okazję przekonać się, że grudzień to mój miesiąc spontaniczności. Rozpoczęłam bowiem lekturę Obsesyjnej miłości Eleny Ferrante (której de facto nie miałam w planach akurat na ten miesiąc, ale ochota na włoską literaturę zwyciężyła). Zaczęłam również Władcę Pierścieni J.R.R Tolkiena, częściowo ze względu na wyzwanie czytelnicze z klasykami, które sobie postanowiłam, a częściowo dlatego, że podróż młodego Bagginsa stanowiła przedmiot niezwykle wnikliwej analizy na seminarium magisterskim. Oprócz tego rozpoczęłam czytanie Źródła Ayn Rand, powieści niezwykle ambitnej. W planach na ten miesiąc mam jeszcze Miniaturzystkę Jessie Burton oraz wybrane baśnie z Baśnie braci Grimm dla dorosłych autorstwa Philipa Pullmana. Tak więc grudzień zapowiada się ambitnie literacko, blogowo i czytelniczo! 💓