Z Dziennika Książkoholiczki

Strony

  • Strona główna
  • O mnie
  • KSIĄŻKI
  • Kącik serialowy
  • ZESTAWIENIA
  • Kontakt i Współpraca

03 września

Kącik serialowy: NORAGAMI


W czasie tegorocznych wakacji obejrzałam wiele ciekawych anime i seriali, jednak mało co która produkcja wywarła na mnie tak dobre wrażenie jak Noragami. Dlatego też uznałam, że to anime jest na tyle rewelacyjne, że warto by poświęcić mu osobny post. Sama byłam niemało zaskoczona tym, że tak bardzo spodobało mi się to anime. Jeszcze rok temu byłam bardzo negatywnie nastawiona do tej pozycji i właściwe nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, co było powodem mojej tak wielkiej niechęci. Bardzo cieszę się jednak, że po obejrzeniu drugiego odcinka udało mi się przełamać moje uprzedzenia, gdyż Noragami zachwyciło mnie swoim pozytywnym klimatem, pozwalając mi się odprężyć w chwili, kiedy  tego własnie potrzebowałam.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Yato to jeden z pomniejszych bogów, którzy we współczesnej Japonii nie mogą się poszczycić szerokim gronem wyznawców. A rzadko kiedy zdarza się ktoś kto wie, że istnieje bóstwo zwane Yato. Ubrany w dres i sypiający pod gołym niebem, Yato wiąże koniec z końcem przyjmując najróżniejsze zlecenia za minimalną opłatą pięciu yenów, aby pozyskać przychylność ludzi. Zazwyczaj zlecenia te są łatwe do wykonania, należy wyprzątać łazienkę czy zając się dzieckiem, jednak zdarzają się sytuacje, które wymagają od Yato walki z zagrażającymi ludziom demonami. W takich okolicznościach Yato spotyka Hiyori, która ma dosyć nietypowy problem oraz młodego Yukine, ducha i buntownika, którzy wkrótce staną się jego najlepszymi przyjaciółmi.
Japońskie anime mają to do siebie, że wyróżniają się niezwykłą oryginalnością, zarówno pod względem fabularnym jak i rodzajem kreski, dlatego też ciężko jest znaleźć serię, która byłaby tego oryginalnego pierwiastka pozbawiona. Obejrzałam w sowim życiu naprawdę wiele serii anime, które okazały się nieporównywalnie dobre, a przy tym na swój sposób nietuzinkowe. Noragami to własnie jedna z takich serii. I choć zdecydowanie nie określiłabym jej jako wybitną, to w pewien sposób chwyciła mnie za serce i zaoferowała kilka godzin rozrywki.

Noragami to anime, w którym fabuła nie jest zbyt spójna, gdyż każdy odcinek zawiera swoją własną historię. Wątek główny nadal jest gdzieś w tle, jednak inne wydarzenia w tym anime są ze sobą dosyć luźno powiązane. W przypadku tego anime jest to moim zdaniem ogromna zaleta, gdyż naprawdę nie potrzeba długo czekać, by poruszony w danej chwili wątek zdążył się rozkręcić, nie ma też przy tym zbędnych przedłużeń, co sprawia, że na nudę zwyczajnie nie ma miejsca. Warto zwrócić uwagę na to, że sam koncept na fabułę jest dosyć oryginalny, gdyż to, co reprezentuje sobą Yato, to całkowite przeciwieństwo bóstwa doskonałego, obdarzonego nadludzką siłą. A co gorsza Yato nie posiada nawet swojej własnej świątyni, a mało co, który śmiertelnik zdaje sobie sprawę z jego istnienia. Dlatego właśnie bóg usilnie stara się w jakiś sposób zaistnieć w oczach tych, którzy zdają sobie sprawę z jego egzystencji. Tym, co przyciąga do tego anime chyba najbardziej jest właśnie pewna niedoskonałość Yato jako boga, a jego przygody nie raz i nie dwa wywołują coraz to cieplejsze odczucia u widza.

Absolutnie najlepszą rzeczą w Noragami jest to, że to anime pochlania bez reszty już po pierwszym odcinku. I nie mam tutaj na myśli gwałtownego tempa akcji, gdyż pod tym względem anime zalicza się do tych utrzymanych w spokojnym, nieco humorystycznym tonie, choć to wcale nie oznacza, że nic się nie dzieje, gdyż twórcy postarali się również o to, by wywoływać u widza wszelkiej maści emocje od śmiechu po smutek i ekscytację. Własnie to zróżnicowanie każdego odcinka sprawia, że to anime z każdym następnym odcinkiem staje się coraz ciekawsze, bo nigdy nie wiadomo na jakie przeszkody natrafi młody bóg. Anime zostało sklasyfikowane jako shounen, co jest równoznaczne z tym, że twórcy nie zapomnieli o ekscytacji,jaką u widza wywołują walki poszczególnych bohaterów, zwłaszcza, że Yato to dosyć pechowy bóg.

Aspektem, który w tym anime zachwycił mnie chyba najbardziej jest klimat. Nie jestem jakaś przesadnie wielką fanką komedii, jednak naprawdę dawno nie miałam okazji oglądać tak świetnego humoru w anime. To właśnie humorystyczna tonacja nadaje Noragami tak ciepły i wspaniały klimat. I pod tym względem otrzymałam dokładnie to, czego w tym anime szukałam-lekkość przekazu i humor, którego po 24 odcinkach nadal nie miałam dość, a który wywoływał przyjemnie ciepłe uczucie w moim sercu. Dodatkowo trzeba też dodać, że twórcy nie oddali rzeczywistości w szarych ponurych barwach, ale postarali się o plastyczność przedstawionego w tym anime świata. Obok współczesnej Japonii wyposażonej we wszelkiego typu najnowsza technologię, istnieje świat, gdzie bogowie i mity nadal pozostają żywi w pamięci, dzięki tym, którzy o nich pamiętają. Niesamowicie urzekło mnie jak zgrabnie i płynnie przeplatają się obydwa te światy, bo to tylko sprawiło, że mój zachwyt tym anime wzrósł jeszcze bardziej.

Anime zostało wyprodukowane w 2014 roku, jest to więc jedna z nowszych produkcji i jak przystało na nowoczesną technologię,grafika prezentuje się na bardzo dobrym poziomie. Nie jestem jakoś specjalnie uprzedzona co do kreski sprzed dziesięciu lat, jednak mam też swoje wymagania, które Noragami w zupełności spełnia. Anime jest bardzo rozbudowane pod względem kolorystycznym, wszystko jest niezwykle barwne i żywe, a najmniejsze detale dopracowane. Dzięki bogatej palecie barw, niemożliwym jest by anime wprawiło widza w ponury, smutny czy melancholijny nastrój. Bardzo cieszy mnie fakt, że Noragami ma do zaoferowania znacznie więcej niż ponure odcienie szarości, tym samym nie wpędza w melancholijny nastrój, a jedynie świetnie podkreśla humor tego anime. To samo tyczy się też postaci, gdyż każda z nich ma z góry zagwarantowany unikatowy wygląd, dzięki temu można łatwo odróżnić od siebie poszczególnych bohaterów. Nie mam tutaj na myśli tylko i wyłącznie, wyróżniającego się ubioru, ale również szczegóły takie jak same twarze i ich mimika. A na szczególną uwagę zasługują oczy, które moim zdaniem świetnie odzwierciedlają charakter danej postaci. Noragami ma także do zaoferowania rewelacyjną i płynną animację, która przy niemal każdej scenie skupia na sobie wzrok widza. Walki prezentują się znakomicie, zwłaszcza jeśli chodzi o ich dynamikę i budowanie napięcia. Jednak spokojniejsze sceny, te humorystyczne również cieszą oko.

Bohaterowie Noragami to jedna z barwniejszych grup postaci, z jakimi dotychczas w anime miałam do czynienia. Każdy z bohaterów ma oryginalną osobowość, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, ze to anime naprawdę może poszczycić się swoją oryginalnością. Co jeszcze bardziej mi się w tym anime spodobało, to fakt, że wydarzenia jakie miały miejsce w serii odcisnęły swoje piętno na bohaterach podkreślając tym samym dynamikę postaci. Noragami to anime tak pozytywne, że pokochałam w niej absolutnie wszystkie postacie i naprawdę nie sposób nie odnaleźć tu swojego ulubionego bohatera zarówno wśród postaci pierwszoplanowych, jak i tych pobocznych,a tym co tak przyciąga do postaci jest właśnie ich różnorodność charakterów, które tak na dobrą sprawę przez niemal całe anime ulegają przemianom. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest Hiyori, która praktycznie przez cały zarówno pierwszy jak i drugi sezon nie zmieniła się w nawet najmniejszym stopniu. Przez całą serię byłą tą samą dziewczyną, odważną i życzliwą, kochającą sztuki walki. Właśnie ten fakt, że Hiyori pozostała bez zmienna na tle otaczających ją wydarzeń czyni tą postać na swój sposób ciekawą. Jestem pewna, że Noragami to jedna z tych serii, które z pewnością kiedyś powtórzę, choćby po to, aby jeszcze raz spotkać się z jego bohaterami.

Podsumowując, Noragami to świetne anim, jednak z pewnością nie na tyle by określić je jako wybitne. To po prostu lekka i niezwykle przyjemna seria, która nie nudzi, ale pozwala się przyjemnie odprężyć po ciężkim lub gorszym dniu. Uważam, że jest to jedna z tych serii, z którą warto się zapoznać chociażby ze względu na wymienione przeze mnie walory; wartka akcja, lekki i humorystyczny klimat, a także świetni bohaterowie sprawią, że podczas oglądania w oczy z pewnością nie zajrzy nuda czy brak zainteresowania. Polecam serdecznie!

Moja ocena:7/10 :)


Czytaj dalej »
on 03 września 0
Podziel się!
Etykiety
anime, fantasy, współczesność
Nowsze posty
Starsze posty

02 września

"Muza Koszmarów"- Laini Taylor


Jeśli czytaliście moją opinię o "Marzycielu", to doskonale wiecie, jak bardzo byłam tą książką oczarowana. Przyznam jednak, że choć byłam bardzo ciekawa dalszych losów jej bohaterów i nie mogłam doczekać się kontynuacji, to jednak miałam pewne obawy przed sięgnięciem po "Muzę Koszmarów". A przede wszystkim bałam się tego, że drugi tom okaże się dla mnie rozczarowaniem i zwyczajnie jakością nie będzie dorównywał swojemu poprzednikowi, jak się okazało, słusznie, gdyż autorka wprowadziła pewne elementy, których bym sobie nie życzyła. Dlatego też cieszę się, że powstrzymałam się od nagłych zachwytów i nieco powściągnęłam swój entuzjazm podczas lektury "Muzy Koszmarów", gdyż dzięki temu mogłam odłożyć tą lekturę na półkę będąc z niej bardzo zadowoloną.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Kiedy Lazlo odkrył prawdę o samym sobie nie zdawał sobie sprawy jak trudny wybór postawi przed nim los boga. Minya pragnie wojny, pragnie zemsty, ale aby tego dokonać potrzebuje siły Lazla. Dlatego stawia mu ultimatum, wybór, którego dokonanie jest niemożliwe: albo ocali ukochaną Sarai albo też pozwoli zginąć wszystkim mieszkańcom Szlochu. Olbrzymia cytadela skrywa tajemnice, które dawno zostały pogrzebane, sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Otwarcie tajemniczych drzwi sprowadza do świata Zeru nowych przybyszów, jednak pojawia się pytanie kim oni tak naprawdę są, przyjaciółmi czy może wrogami?

Jak wcześniej pisałam moje obawy, co do kontynuacji "Marzyciela" były w pełni uzasadnione. I choć odłożyłam tą książkę będąc z niej zadowolona, to jednak nie mogłam pozbyć się uczucia zawodu i pewnego niesmaku, jaki się we mnie zagnieździł podczas czytania. Okazało się bowiem, że autorka owszem wprowadziła kilka drobnych nowych elementów, które miały za zadnie urozmaicić fabułę książki, to jednak praktycznie nie dowidziałam się niczego, co by mnie jakoś specjalnie zaskoczyło, a jeśli już to w negatywną stronę wywołując niesmak i frustrację. Ostatecznie "Muza Koszmarów" okazała się po prostu zwieńczeniem losów bohaterów, jednak zdecydowanie nie była to lektura tak świetna jak jej poprzedniczka. Naprawdę bardzo nie chciałabym krytykować tej książki, gdyż, co prawda znalazłam w "Muzie" sporo wad, ale znalazłam także zalety, które były na tyle mocne, że znajdowałam w sobie ochotę, aby dobrnąć do końca i poznać w jaki sposób ta historia się zakończy.

Po zaskakującym i emocjonującym zakończeniu tomu pierwszego, miałam głęboką nadzieję, że autorka dostarczy mi takich samych emocji podczas czytania "Muzy", jednak tak się nie stało. Żałuję, że muszę to przyznać, ale w przypadku "Muzy Koszmarów" fabuła okazała się być po prostu niedopracowana. Podczas czytania wielokrotnie miałam wrażenie, że tak naprawdę nic się nie dzieje, a strony zapełniają wyłącznie dialogi, próby negocjacji na temat wojny i przemyślenia bohaterów książki. Brakowało mi jakiegoś napięcia, otoczki tajemnicy, ekscytacji, a przede wszystkim zadowolenia takiego, jakie odczuwałam podczas "Marzyciela". Potrzeba było naprawdę sporo czasu, bo aż ponad 200 stron, bym mogła w jakiś sposób zaangażować się w lekturę, a gdy już mi się to udało i zaczęłam odczuwać coś na kształt ekscytacji, autorka zrobiła coś czego się kompletnie nie spodziewałam i co gorsze, zaplanowany przez nią obrót spraw kompletnie nie przypadł mi do gustu. Z natury jestem osobą ciekawą, gdyż nawet gdy fabuła rozwinęła się w kierunku, który mi się kompletnie nie spodobał, byłam zdeterminowana do tego stopnia, aby przekonać się co ostatecznie stanie się z bohaterami. W pewien sposób wydarzenia towarzyszące zakończeniu, jak i samo zakończenie wydobyły ze mnie taką radość, jaką odczuwałam podczas czytania "Marzyciela" i utwierdziły mnie w przekonaniu, że dla takiego zakończenia, jakie zaoferowała mi autorka było warto tyle się namęczyć.

Chyba najlepszą rzeczą w tej książce jest to, że akcja rozpoczyna się dokładnie w momencie zakończenia tomu pierwszego, dzięki temu nie ma potrzeby przypominać sobie tego, co wydarzyło się wcześniej. Wielka szkoda, że z akcją w tej książce było tak samo jak z fabułą, co oznacza, że niemal przez całą powieść tak naprawdę nie działo się nic wartego poświęcenia większej uwagi, przez co wynudziłam się naprawdę nie mało. Spodziewałam się, że w książce pojawi się cała masa wydarzeń, które sprawią, że akcja będzie dosłownie kipieć od nadmiaru emocji. Tymczasem autorka postarała się tylko o jedno wydarzenie, które, co prawda zaskoczyło mnie, jednak jak pisałam wcześniej, nie był to taki obrót spraw, jakiego oczekiwałam i z tego powodu jestem nieco rozczarowana ta książką.
"Życzenia nie spełniają się od tak. To tylko kółeczka, które malujesz wokół tego, czego pragniesz. Trafić do celu musisz już sama."
Aspektem, który okazał się tak samo dopracowany jak w "Marzycielu" był zdecydowanie klimat tej powieści. Wszystko w tej książce wydawało mi się być magiczne i nieprawdopodobne do tego stopnia, że miałam wręcz wrażenie jakbym śniła cudowny bajkowy sen. Słowo, które ciśnie mi się na usta, aby jak najlepiej oddać klimat tej książki to baśń, baśń w swojej najczystszej postaci. Zdecydowanie tym, czego autorce nie można odmówić jest umiejętność tkania prawdziwie zaczarowanego klimatu. W książce co rusz pojawiają się tajemnicze istoty nie będące ludźmi- o głównych bohaterach nie zapominając- ożywające kamienne rzeźby, czy też portale prowadzące do innych światów. Ta książka jest po prostu przesiąknięta magią do tego stopnia, że wyrażenia baśń czy fantasy wpasowują się tutaj, jak brakujący element układanki.

Refleksyjne tematy jakie autorka porusza w tej książce są tylko kolejną jej zaletą. Autorka porusza temat konieczności wojny i przeciwstawia jej negocjację, co samo w sobie nie było złym pomysłem, ale próba przedstawiania tego, wypadła po prostu gorzej niż fatalnie. Trudno winić za to bohaterów książki, którzy są jeszcze tak na dobrą sprawę młodymi ludźmi, zbyt młodymi aby podejmować takie decyzje, ale mimo wszystko ucieszyłabym się, gdyby autorka spróbowała inaczej poruszyć ten temat w bardziej racjonalny sposób, zamiast posuwać się do samego 'ględzenia'. Kolejnym tematem, którego już przedstawienie bardzo mi się spodobało było zajrzenie wgłąb siebie, dogłębne przeanalizowanie samego siebie i postawienia sobie pytania o słuszność swoich działań kosztem innych osób. Urzekło nnie jaką wnikliwością musi cechować się autorka, skoro potrafiła w tak dogłębny sposób zaprezentować psychikę przynajmniej niektórych bohaterów, ich lęki, samotność, czy też brak wsparcia.
"Istniało takie słowo z mitologii: „sathaz”. Oznaczało pragnienie posiadania czegoś, co nigdy nie mogło być twoje. Oznaczało bezmyślną, beznadziejną tęsknotę, marzenie ulicznika o byciu królem i pochodziło z opowieści o człowieku, który ukochał księżyc. Lazlo uwielbiał tę historię, lecz teraz ją znienawidził. Mówiła bowiem o pogodzeniu się z niemożliwym, a tego zrobić nie mógł. Gdy Sarai rozwiewała się w jego ramionach, był pewien jednego: musiał z tym walczyć."
Nie można odmówić autorce kunsztu pisarskiego, gdyż język jakim operuje jest prawie tak samo niezwykły i plastyczny jak klimat tej książki. Świadczą o tym wnikliwa analiza psychologiczna bohaterów, jak również wykreowany przez autorkę klimat. Wszystko to pokazuje ogromną wrażliwość autorki i  sprawia, że czytanie pomimo wolno rozwijającej się akcji, staje się przyjemniejsze. Jetem pełna podziwu dla kwiecistego i niezwykle barwnego języka autorki, który niewątpliwie pokazuje jej pisarski talent.

O głównych bohaterach tej książki wypowiedziałam się już w recenzji "Marzyciela" i szczerze powiedziawszy mój stosunek do nich nie uległ większej zmianie, nadal uwielbiam tych bohaterów i po tym tomie, chyba jeszcze bardziej niż to możliwe. Nadal są to postacie bardzo barwne i mimo swoich nadprzyrodzonych zdolności bardzo realistyczne, a wręcz powiedziałabym ludzkie, zwłaszcza po tak dogłębnej analizie ich charakterów, jaką zaserwowała mi autorka. W "Muzie koszmarów" pojawiły się też nowe postacie i mój stosunek zwłaszcza do jednej z nich, Novy, nie był szczególnie pozytywny. Już dawno nie spotkałam się z bohaterką, której mogłabym tak bardzo nie polubić jak Novy. To najbardziej egotystyczna i wkurzająca postać, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Już na samo jej pojawienie się, dosłownie traciłam ochotę do dalszej lektury.

Podsumowując pomimo wad, które w tej recenzji przedstawiłam, to jednak książkę oceniam bardzo pozytywnie. I choć nie jest ona tak dobra jak "Marzyciel" to jednak zasługuje na swoją ocenę, gdyż w pewien sposób jest to książka wyjątkowa. Bo przyznam szczerze, że gdybym nie doszukała się zalet w tej książce, to te 5 gwiazdek, które jej wystawiłam zwyczajnie nie miałoby racji bytu. Bardzo cieszy mnie fakt, że autorka zakończyła tą historię w taki sposób, gdyż moim zdaniem jest on w pełni satysfakcjonujący.
"Muza Koszmarów" to lektura nieporównywalnie gorsza od "Marzyciela" jednak doskonale się sprawdzi jako odskocznia od ponurej rzeczywistości w deszczowy dzień. Dla miłośników powieści wysokich lotów okaże się doskonałym wyborem ze względu na piękno i kunszt języka. Miłośnicy fantasy znajdą tutaj swój własny świat i dosłownie w nim zatoną. Ostrzegam jednak, nie nastawiajcie się na to, że "Muza" będzie lepsza od swojej poprzedniczki, oszczędzicie sobie gorzkiego zawodu.
Moja ocena:5/10.

Czytaj dalej »
on 02 września 0
Podziel się!
Etykiety
fantasy, postapo
Nowsze posty
Starsze posty

01 września

PODSUMOWANIE SIERPNIA 2019


Cześć wszystkim! 

Nie mogę w to uwierzyć, ale sierpień po prostu przeleciał i wielkimi krokami zbliża się wrzesień, ostatni miesiąc moich wakacji, co dla niektórych oznacza rychły powrót w szkolne mury. Szczęśliwie, ja jednak mam jeszcze miesiąc, który mam nadzieje, uda mi się spożytkować równie czytelniczko, co poprzedni. Sierpień był dla mnie najbardziej intensywnym pod względem wakacyjnego lenistwa miesiącem, oczywiście jednak najbardziej czytelniczo, co zresztą widać po ilości i częstości pisanych przeze mnie recenzji. Mój czytelniczy głód w dużej mierze został szczęśliwie zaspokojony, gdyż w minionym miesiącu przeczytałam aż 11 książek, co jak do tej pory jest moim najlepszym miesięcznym wynikiem w trakcie tegorocznych wakacji. Uzyskany wynik bardzo mnie satysfakcjonuje tym bardziej, że sierpień obfitował praktycznie w same książkowe "perełki", może z drobnymi wyjątkami. Przeczytałam naprawdę wiele książek, które z ręką na sercu mogę Wam polecić i jak dla mnie są to naprawdę wyjątkowe pozycje.

Sierpień rozpoczęłam dokańczając zaczęte wcześniej lektury takie jak "Cmęntarz zwieżąt" Stephena Kinga oraz "Kafka nad morzem" Haruki'ego Murakami'ego i obydwie te pozycje wspominam bardzo ciepło. Następnie w kolejce znalazło się "Malfetto. Mroczne piętno" Marie Lu, książka, która tak bardzo mi się podobała, że z powodzeniem mogę zaliczyć tę serię do moich ulubionych. Później było "Drugie życie Izabel" J.A. Redmerskiej,  które zachwyciło mnie w równym stopniu co "Zabić Sarai", kolejno:"Legenda. Rebeliant" Marie Lu, "Szukając Alaski" Johna Greena oraz "Mara Dyer. Tajemnica" Michelle Hodkin, na którą miałam ochotę już od dawna, a która niestety okazała się w ostateczności niczym więcej jak dobrą lekturą.  Później przyszedł czas na "Ród. Wiedźmy z Savannah", który kompletnie mnie zawiódł, a szkoda, gdyż pomimo wielu niekompetencji ta historia miałaby zadatki na prawdziwie fascynujące dzieło oraz "Muzę Koszmarów" Laini Taylor i "W pierścieniu ognia" Suzannne Collins. Aktualnie czytam "Czarodziejkę" Agnieszki Płoszaj, której recenzja również niebawem się pojawi!


  1. "Cmęntarz zwieżąt" Stephen King <recenzja>
  2. "Malfetto. Mroczne Piętno" Marie Lu <recenzja>
  3. "Kafka nad morzem" Haruki Murakami <recenzja>
  4. "Drugie życie Izabel" J.A.Redmerski <recenzja>
  5. "Legenda. Rebeliant" Marie Lu <recenzja>
  6. "Szukając Alaski/Looking for Alaska" John Green <recenzja>
  7. "Mara Dyer. Tajemnica" Michelle Hodkin  <recenzja>
  8. "Ród. Wiedźmy z Savannah" J.D.Horn <recenzja>

9."Muza koszmarów"  Laini Taylor- <recenzja>
10."W pierścieniu ognia" Suzanne Collins-  recenzji można się wkrótce spodziewać!
11."Czarodziejka"Agnieszka Płoszaj, którą obecnie czytam.




Trudno mi ograniczyć się do jednego ulubionego tytułu miesiąca, gdyż w sierpniu miałam okazję przeczytać pod wieloma względami książki niezwykłe, które niewątpliwie mocno zapadły mi w pamięć, dlatego ograniczę się do dwóch naprawdę świetnych tytułów. Do grona moich sierpniowych ulubieńców mogę śmiało zaliczyć:

  • "Malfetto.Mroczne Piętno" Marie Lu
Nie ulega wątpliwości, że pierwszym tomem trylogii "Malfetto" autorka "kupiła" mnie całą, gdyż pokochałam tą książkę całym swoim sercem i śmiało mogę zaliczyć ją do grona moich ulubionych serii. Nawiasem mówiąc planuję w najbliższej przyszłości zrobić właśnie takie TOP ulubieńców serii książkowych, które jest zarezerwowane tylko dla tych książek, które są dla mnie naprawdę wyjątkowe. A "Malfetto" mogę z czystym siemieniem  dodać do takiej listy. Powodów dla których tak kocham tą książkę jest kilka, jednak na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się jej oryginalność oraz główna bohaterka będąca tak naprawdę antybohaterką, a także niezwykły klimat tej książki. Naprawdę dawno nie miałam okazji przeczytać tak świetnej książki z gatunku fantasy!

  • "Szukając Alaski/Looking for Alaska" John Green
John Green to pisarz naprawdę niezwykły i wyjątkowy, który poruszając pozornie banalne tematy, potrafi ukazać drzemiącą w nich głębię.W swoim życiu nie przeczytałam wielu książek z gatunku literatury młodzieżowej, gdyż ten gatunek najzwyczajniej mnie odrzuca, a infantylne zachowanie bohaterów wywołuje we mnie frustrację. Po przeczytaniu "Looking for Alaska", postanowiłam, że dam szanse młodzieżówkom spod pióra Greena, gdyż nie potrafiłam nie zakochać się w jego wrażliwości, wnikliwej analizie bohaterów oraz głębi, która sprawiła, że byłam tą książka zwyczajnie oczarowana.


  • "Ród. Wiedźmy z Savannah" J.D.Horn
Jeśli czytaliście moją opinię na temat tej książki, to doskonale wiecie, że oczekiwałam czegoś więcej i jestem tą pozycją zwyczajnie rozczarowana. Nie potrafiłam polubić któregokolwiek z bohaterów tej książki, nie mówiąc już o zżyciu się z nimi, a naiwność i tępota głównej bohaterki były po prostu przerażające. Fabuła w wielu miejscach bywała kulawa przez co pewne sytuacje wydawały się pozbawione sensu i logiki. Jestem bardzo ciekawa, czy wraz z biegiem czasu moja ogromna niechęć do tej książki zblednie, ale póki co mogę z całą pewnością stwierdzić, że do  tej pozycji na pewno nie powrócę.

CO WE WRZEŚNIU?


Wrzesień to ostatni miesiąc moich wakacji, dlatego też spośród tytułów, które chciałabym przeczytać, a których lista wciąż wzrasta, ograniczyłam się do tych, których premier bądź kontynuacji najbardziej wyczekiwałam. Podobnie jak w przypadku sierpnia liczę, że wrzesień okaże się tak samo obfity w niezwykłe pozycje, które zapadną mi w pamieć i pozostaną w moim sercu na długo. Oprócz "Czarodziejki", którą obecnie czytam chciałabym również dokończyć "Amerykańskich bogów", których akcja gwałtownie przyśpieszyła i liczę na to, że będzie coraz lepiej. Jeśli zaś chodzi o wrześniową listę to mam zamiar przeczytać następujące tytuły:

  1. "Malfetto. Drużyna Róży" Marie Lu
  2. "Aleo. Burza na północy" Tomasza  Miękina,
  3. "Gwiazd naszych wina" Johna Greena,
  4. "Z ciszy" Martyny Senator,
  5. "Opowieści rodu Otori. Po słowiczej podłodze" Lian Hearn,
  6. "Puste Granice. Ogród grzeszników #2" Kinoko Nasu,
  7. "Jak z obrazka" Jodi Picoult,
  8. "Rok Szczura. Świeca" Olgi Gromko,
  9. "Kwiat w pudełku. Japonia oczami kobiet" Karoliny Bednarz.
Czytaj dalej »
on 01 września 0
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, zapowiedz
Nowsze posty
Starsze posty

24 sierpnia

"Ród. Wiedźmy z Savannah"- J.D. Horn


Jeśli czytacie mojego bloga regularnie, to wiecie, że jestem otwarta na wszelkie książkowe nowości, jak również te z mroczniejszej półki. "Ród" to jedna z tych książek, o których usłyszałam dosyć dawno, a która wydawała mi się na tyle mroczna i tajemnicza, że spodziewałam się, że dostarczy mi kilka godzin solidnej rozrywki. Miałam wielką nadzieję, że połączenie uwielbianego przez mnie dark fantasy z powieścią dla starszych czytelników, sprawi, że książka J.D.Horn oczaruje mnie,a ja z czystym sumieniem będę mogła wystawić jej jak najbardziej pochlebną opinię. Niestety, jednak moje wyobrażenie o tej książce było dosyć mylne, a lektura pozostawiła mnie ze smakiem zawodu i świadomością, że niestety jest to powieść, która posiada sporo niedopracowań.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Niezbyt atrakcyjne miasteczko Savannah jest siedzibą jednego z najbardziej czarodziejskich rodów, Taylorów, którzy mają za zadanie strzec Granicy między światem rzeczywistym, a magicznym. Gdy jednak najpotężniejsza czarownica z rodu Taylorów ginie w tajemniczych okolicznościach, Granica jest zagrożona powodu demonów, które usiłują wedrzeć się do świata ludzi, na miejsce najpotężniejszej wiedźmy należy wybrać następczynię. Nikt się jednak nie spodziewał, że podczas losowania, które ma wyłonić następczynię, zamiast wybitnie uzdolnionej Maise zostanie wybrana czarna owca rodziny, jej bliźniacza siostra Mercy, która nie posiada magicznego talentu.

Po pozytywnych opiniach, jakie słyszałam na temat "Wiedźm z Savannah" spodziewałam się, że po przeczytaniu pierwszego tomu na ustach zagości mi wielkie wow, a książka pozostawi mnie w stanie kompletnego oniemienia, co jednak się nie wydarzyło. A to naprawdę wielka szkoda, gdyż powieść naprawdę posiada spory potencjał, niestety w zupełności zmarnowany przez autora. Powodów ku mojej niechęci wobec tej książki znalazło się o dziwo całkiem sporo, a przynajmniej wystarczająco by pozostawić mnie z tak wielkim niesmakiem,  że w najbliższym czasie z pewnością-jeśli w ogolę- nie sięgnę po kolejne tomy.  Przyznam, że czytając  komentarze dotyczące tej książki, nie mogę się nadziwić, jak bardzo ona się ludziom podobała, a co więcej, że ktoś jeszcze ją poleca, bo cóż, ja z pewnością nie.


Muszę przyznać, że o tyle, o ile sam koncept fabularny z miejsca przypadł mi do gustu, to jego wykonanie pozostawiało sporo do życzenia. Początkowo wszystko zapowiadało się świetnie, mało tego sama historia o bliźniaczkach wydawała mi się bardzo interesująca. Miałam wręcz nadzieję, że poziom opisanej historii będzie dorównywać tej w "Trylogii Engelsfors", jednak były to tylko i wyłącznie puste życzenia. Czytając ciąg dalszy miałam nieodparte wrażenie, że błądzę po omacku ponieważ, autor co chwila wyskakiwał z mnóstwem wątków pobocznych, które nie miały ze sobą żadnego związku ani też jakiegokolwiek sensu, za to często pozostawały niedokończone. Być może ta mnogość wątków pobocznych, które nie były zbyt interesujące, miała służyć temu, aby zwiększyć zainteresowanie czytelnika, co jednak w moim przypadku okazało się być kompletnym niewypałem. Mało tego, raz za razem okazywało się, że to co wmawiano głównej bohaterce przez całe lata jej życia, to nic innego jak misternie utkana sieć kłamstw. I właściwie na dobrą sprawę można by powiedzieć, że całą ta historia opiera się na tylko i wyłącznie kłamstwach, przez co bardzo często zdarzało mi się (zresztą tak jak i głównej bohaterce) w nich wszystkich pogubić i ciężko było jednoznacznie określić co jest kłamstwem, a co prawdą. W gruncie rzeczy można zaliczyć tą książkę do bardziej "typowych" dark fantasy, ponieważ, gdy już autor wyciągnął wszystkie niespodzianki z kapelusza można bardzo łatwo przewidzieć, co w następnej kolejności się wydarzy.

Skłamałabym mówiąc ze w tej historii nie ma żadnych zalet, gdyż owszem są, te drobne i niewielkie plusy, które sprawiły, że nie odłożyłam książki na półkę wpierw jej nie przeczytawszy. Bo pomimo tego, że fabuła tej książki znacznie kuleje, to jednak w pewnym stopniu wynagradza to mnogość wydarzeń, przez co podczas czytania naprawdę nie sposób się nudzić. Byłam bardzo zaskoczona tym, jak ta historia mnie wciągnęła i jak bardzo nie mogłam się od niej oderwać. Z każdą przewracaną stroną tempo akcji stawało się coraz mocniejsze, napięcie rosło, tym samym zachęcając mnie do dalszej lektury. Muszę jednak przyznać, że pewne zwroty akcji wydawały mi się po prostu absurdalne i pozbawione jakiejkolwiek logiki, przez co zwyczajnie psuły przyjemność z czytania.

Kolejna rzeczą, która bardzo mi się w tej książce spodobała jest klimat, który choć nie jest aż tak mroczny, jak się spodziewałam, to jednak potrafi chwycić za serce. Klimat to nie wątpliwie najmocniejszy atut tej książki. Czytając "Ród" łatwo można wyczuć, że to w wyeksponowanie klimatu autor wczuł się najbardziej. I choć faktycznie, oczekiwałam czegoś bardziej mrocznego, to ten poziom, który otrzymałam w pełni mnie zadowolił. Sieć intryg, kłamstw oraz magia grają w tej książce pierwsze skrzypce. Kto choć raz czytał Harry' ego Pottera w dzieciństwie, nie zapomni tej magicznej atmosfery, która dosłownie płynie z każdej kartki. Tak samo jest w przypadku tej książki, jednak tutaj zdecydowana większość osnuta jest tajemnicą.  Szkoda tylko, że tło stanowią kłamstwa, w których naprawdę ciężko jest się połapać, gdyż moim zdaniem bez nich magiczny klimat tej książki wypadł by znacznie lepiej. Niemniej naprawdę trudno jest nie wczuć się w atmosferę magii, której tajemniczość dodaje nieco mroczniejszego blasku. 
"Kłamstwo jest całkiem proste. To prawda jest taka skomplikowana. Jest jak cebula, zawsze znajdziesz kolejną warstwę, jeśli będziesz obierać dalej."
Co jeszcze spodobało mi się w tej książce to pokazanie jak wielką siłę stanowi rodzina i wzajemne wsparcie oraz jak łatwo jest zniszczyć wzajemne zaufanie za pośrednictwem kłamstw. Sposób w jaki autor opisał siłę rodziny, działanie kłamstwa pokazują jak wielką wnikliwością musiał się on kierować. Rodzina, a wiec często fundament wychowania i późniejszego życia w społeczeństwie, w tym przypadku autor bardzo podkreśla jak wielką rolę odgrywa zaufanie. Brakp zaufania, kłamstwa i intrygi mogą być w stanie zniszczyć rodzinę, jeśli ta nie ma silnych podstaw w zaufaniu. Autor również pokazuje ból po zdradzie, nieufność i samotność. Wskazuje wyraźnie, ze w sytuacji, kiedy wszyscy, którym ufałeś zdradzili Cię, możesz ufać tylko samemu sobie. To przykra, ale bolesna prawda, dlatego tak ważne są relacje rodzinne i zaufanie, jakie się z tym wiąże.

Język tej książki  nie zaskakuje specjalnie formą, jednak zdecydowanie warto nadmienić, że widoczna jest pewna doza wnikliwości i wrażliwości autora. Widać to wyraźnie na przykładzie głównej bohaterki, wykluczenia jej ze sfery magicznego życia, przez swoją "nie magiczność" stała się obiektem drwin, wyzyskiwania i ofiarą wszystkich kłamstw. Autor bardzo dogłębnie przedstawił uczucia Mercy, jej ból, smutek i poczucie winy, co wiele mówi o jego wnikliwości. Styl jakim została napisana ta książka jest prosty, jednak cechuje go szczypta ironii i 'wisielczego humoru', co dodatkowo przydaje powieści nieco szarego i ponurego nastroju.

Bohaterowie tej książki to zdecydowanie jej najgorszy aspekt. Ich działania często bywały zupełnie nie przemyślane, a konsekwencje czynów nie wzięte pod uwagę. Mam tutaj na myśli nie tylko młodych, ale również starszych bohaterów, którzy zachowują się zaskakująco naiwnie i beztrosko żyjąc w swoim świecie kłamstw. Nie mogłam się pozbyć uczucia, że bohaterowie tej książki to zwyczajnie puste i papierowe postacie, marionetki, którym brakuje jakichkolwiek ludzkich odruchów i uczuć. Nie potrafiłam polubić absolutnie żadnego z bohaterów tej książki, o zżyciu się z nimi nie wspominając, a co gorsza, dotyczyło to również głównej bohaterki. Chwilami naprawdę nie potrafiłam zrozumieć jej pokrętnej logiki, która tak na dobrą sprawę żadną logiką nie była. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak dorosła kobieta może być tak naiwna i choć momentami naprawdę jej współczułam, to jednak w następnej chwili miałam naprawdę wielką ochotę zmusić ją do jakiegokolwiek działania i ogarnięcia się. Właściwie jedyną postacią, do której zapałałam  jakąś sympatią była Jilo, najbardziej tajemnicza postać tej książki. Bardzo spodobało mi się, że tak właściwie nie można określić jej w sposób jednoznaczny i to sprawiało, że ta postać jak najbardziej budziła moją ciekawość.

Bardzo się cieszę, ze wartka akcja pozwoliła mi tak szybko przebrnąć przez tą książkę, gdyż przeczytałam ją w jeden dzień, a dodatkowo w przerwach od innego zajęcia, które wymagało,by poświecić mu całą inną uwagę. Dzięki tej książce znalazłam chwilę by się odprężyć akurat wtedy, kiedy bardzo tego potrzebowałam, dlatego też nie jestem w  stanie żałować poświęconego na lekturę czasu. Na ten moment nie planuję sięgać po kolejne części, co szczerze mówiąc bardzo mnie cieszy, gdyż naprawdę nie mam ochoty na ponowne spotkanie z tak irytującymi bohaterami
Jak można się domyślać po ilości wad, książki J.D.Horn zdecydowanie nie polecam, a już na pewno nie, gdy ktoś ma nadzieję na powieść "wysokich lotów". Jeśli jednak pragniecie chwili relaksu, szybkiej książki, która zajmie jeden dzień, to "Ród" w tym wypadku sprawdzi się idealnie.  Niemniej dla mnie jest to raczej kolejna książka z tych, do których raczej nie wrócę- całe szczęście, i której zdecydowanie nie polecam.

Moja ocena:3/10.
Czytaj dalej »
on 24 sierpnia 0
Podziel się!
Etykiety
fantasy, thiller
Nowsze posty
Starsze posty

21 sierpnia

"Mara Dyer. Tajemnica"- Michelle Hodkin


Na historię o Marze Dyer, niezobowiązującej młodzieżówce z dreszczykiem miałam ochotę już od dłuższego czasu. Stwierdziłam, że póki wakacje trwają w najlepsze, warto byłoby zapoznać się z tą książką, zwłaszcza, że po licznych recenzjach nieszczędzących pochwał ku tej trylogii, wywnioskowałam, że byłaby to historia idealna dla mnie. Muszę jednak przyznać, że po przeczytaniu tej książki mam wobec niej mieszane uczucia i niestety, nie jestem nią usatysfakcjonowana tak bardzo, jak miałam nadzieję być. Moje wyobrażenie o tej książce było zgoła inne od, tego co otrzymałam, co niewątpliwie jest jednym ze źródeł mojego drobnego rozczarowania tą pozycją.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Mara Dyer to pozornie zwyczajna nastolatka, która zmaga się z bolesną stratą. W nietypowych okolicznościach podczas wizyty w "nawiedzonym" zamkniętym szpitalu psychiatrycznym miał miejsce wypadek, w którym zginęła najlepsza przyjaciółka Mary, jej chłopak oraz jego siostra. Mara jako jedyna wychodzi cało z wypadku i stara się na nowo ułożyć sobie życie zmagając się z poczuciem winy z powodu śmierci przyjaciół. Wraz z rodziną przenosi się na Florydę i wraz z bratem rozpoczyna naukę w prywatnym liceum. Nowe miejsce i nowi znajomi mają za zadanie pomóc dziewczynie stanąć pewnie na nogi, jednak wokół Mary zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a kiedy w życie Mary wkracza Noah, sytuacja staje się jeszcze bardziej zagmatwana i tajemnicza.
Przyznam szczerze, że jeśli miałabym wybierać, czego w tej powieści jest więcej-wad czy zalet, powiedziałabym, że zalety zdecydowanie przeważają, jednak znalazło się kilka wad, które dla mnie były po prostu zbyt rażące, by moja satysfakcja tą powieścią osiągnęła tak wysoki wynik, na jaki liczyłam. Z doświadczenia wiem, że po thrillerach młodzieżowych nie powinnam się za wiele spodziewać, bo choć zdarzają się takie perły, jak na przykład "Outliersi", których kocham całym moim  sercem, to jednak zdecydowana większość z nich zwyczajnie próbuje grać na emocjach czytelnika, a naiwność i infantylne zachowania bohaterów nie sprzyjają potęgowaniu klimatu grozy czy niepewności. I w przypadku "Tajemnicy" sprawa przedstawiała się bardzo podobnie, gdyż to co otrzymałam, było zaledwie częścią tego, co spodziewałam się w tej książce znaleźć i na co tak bardzo liczyłam.

Znakomity początek książki pozwolił mi uwierzyć, że historia o Marze Dyer, będzie jedną z tych, na które warto było czekać aż do wakacji. Niestety, nic bardziej mylnego, bowiem już po kilku następnych stronach, obecna na początku atmosfera grozy się dosłownie rozwiała, przez co obawiałam się, że będę zmuszona wystawić tej pozycji o wiele niższą ocenę niż bym chciała. Na moje cudowne szczęście wraz z pojawieniem się Noaha, fabuła zaczęła się lekko rozkręcać do tego stopnia, że momentów, w których odczuwałam coś na kształt niepokoju miało kilka razy miejsce, co pozwoliło mi przetrwać do końca książki. Jednak mój entuzjazm widoczny na początku tej książki w bardzo niewielkim stopniu dorównywał temu, co działo się później, a już przy jej zakończeniu  był niemal równy zeru. Nie jest to jednak wina fabuły czy tez jej rozwoju, ale wyłącznie głównej bohaterki, której zachowanie było strasznie frustrujące i zaskakująco naiwne. Bo szczerz mówiąc, sam pomysł autorki na dalszy rozwój fabuły w jakimś stopniu przypadł mi do gustu, jednak to, co reprezentowała sobą Mara zupełnie nie było na miarę tej książki, thilleru, który miał jednak spory potencjał, ale zniszczyła go tępota głównej bohaterki. I właściwie jedyną rzeczą, która sprawiła, że czytałam dalej, była postać Noaha, który mówiąc krótko, w pewien sposób ocalił tą historię i sprawił, że z czytania jej byłam w stanie czerpać przyjemność.

Jak to w większości książek z gatunku Young Adult, tak i tutaj występuje wątek romantyczny, z tą różnicą, że szczęśliwie nie gra on pierwszych skrzypiec. Bardzo spodobało mi się to, że relacja między Noah a Marą rozwijała się powoli i subtelnie,i myślę nawet, że prościej byłoby mówić tutaj o zadurzeniu między głównymi bohaterami. Dzięki powolnemu rozwojowi tego wątku można dostrzec, jak wiele pracy Michelle Hodkin w niego włożyła, jak również bardzo łatwo można się domyślić, że ta historia miłosna szybko przerodzi się w coś większego. Kolejną rzeczą, która bardzo przypadła mi do gustu w tym wątku, jest fakt, że autorka połączyła ze sobą Noah, którego uwielbiam i Marę, której"nie trawię" i z tego względu byłam niezmiernie ciekawa, jak ta sytuacja będzie się rozwijać i pod tym względem dostałam dokładnie to, czego mogłam się spodziewać.
"Koszmary senne i halucynacje wzrokowe stały się moją nową rzeczywistością.."
Akcja to niewątpliwie jeden z atutów tej książki. I mimo iż napięcie, które tak mnie zachwyciło na początku, później do pewnego stopnia opadło, to jednak nadal w książce pojawiło się kilka momentów, w których byłam naprawdę podekscytowana czy Marze uda się jakoś wyplątać z tych wszystkich sytuacji, zawirowań, które co raz częściej pojawiały się w jej życiu. Nie ulega wątpliwości, że w tej książce dużo się dzieje, a jak na młodzieżówkę, to aż tyle się dzieje, że na nudę po prostu nie mogło być miejsca. Jestem pełna podziwu dla autorki, że pomimo tego, że stworzyła tak irytującą postać jak Mara, to jednak w jakiś sposób udało jej się sprawić, że historia opisana w tej książce mocno mnie wciągnęła. Jednak co, jak co, ale warto wspomnieć o zakończeniu książki, które moim zdaniem było po prostu okropne, a wręcz żałosne, gdyż to nie było nic innego, jak wielka i druzgocąca porażka. Gdy dobrnęłam do ostatniej strony miałam naprawdę wielką ochotę popukać się w czoło nad zaskakującą wręcz naiwnością głównej bohaterki i jej chęcią zaprzepaszczenia tego, co wraz z Noah wywalczyli, co w gruncie rzeczy jej się udało.

Zdecydowanie najlepszą rzeczą w tej książce jest klimat- trochę psychodeliczny, trochę oniryczny i zdecydowanie bardzo tajemniczy. Jednak absolutnie nie jest to tak wspaniały klimat grozy i prawdziwego niepokoju, jaki widniał na pierwszych kartach książki i to jest niestety jeden z głównych powodów mojego rozczarowania tą książką. Bo pomimo tego, że klimat jest rzeczą naprawdę w tej książce bardzo doszlifowaną, to jednak atmosfery grozy zdecydowanie tam brakuje, co boli mnie chyba najbardziej. Jeśli zaś chodzi o atuty klimatyczne tej książki, to na największą korzyść tej książki przemawia chyba fakt, że bardzo trudno jest rozróżnić fikcję od rzeczywistości, co potęguje uczucie zagubienia nie tylko głównej bohaterki, ale i samego czytelnika. Mimo, iż czytając tą książkę nie byłam ani przez moment w jakiś sposób przerażona czy wstrząśnięta, to jednak muszę docenić fakt, że autorka bardzo zgrabnie utkała osłonę tajemnicy wokół głównej bohaterki i tego, co się z nią działo. Do gustu bardzo przypadł mi fakt, że atmosfera halucynacji i omamów, w dużej mierze sprawiła, że moje zainteresowanie tą powieścią nieoczekiwanie wzrosło, a ja pragnęłam się dowiedzieć, co jest rzeczywistością, a co ułudą. Nie ulega więc wątpliwości, że klimat tej książki jest jedyny w swoim rodzaju i po prostu niepowtarzalny.
"Balansowałam na krawędzi koszmaru i pamięci, niezdolna rozstrzygnąć, co jest czym."
Język tej książki właściwie nie wyróżnia się niczym szczególnym, no może poza faktem, że autorka świetnie wie, jak manipulować czytelnikiem.I z tego względu przez całą książkę miałam nieodparte wrażenie, że wszyscy jej bohaterowie to marionetki na scenie, i że w tej książce chodzi o coś więcej niż pozornie się wydaje, a za całą sprawą stoi ktoś jeszcze. Ja po prostu nie potrafię uwierzyć, że wszystko to, co wydarzyło się w tej książce to czysty przypadek. Podobne odczucia miałam czytając "Outliersów", więc bardzo możliwe, że to znak, że powinnam się przełamać i chwycić za drugi tom trylogii o Marze, co na pewno kiedyś zrobię. Bardzo podobało mi się to, że autorka pisała w taki sposób, aby pozostawić czytelnika w stanie wielkiej niepewności, a dodatkowo używając nieco młodzieżowych i prostych wyrażeń, jej zamiar odniósł świetny skutek.

Powiedzenie, że w powieści Michelle Hodkin znalazły się postacie, które zwyczajnie przypadły mi do gustu, byłoby najzwyczajniej w świecie kłamstwem, gdyż moje odczucia co do postaci były tak skrajne, jak to tylko możliwe. Jak pisałam wcześniej, za nic nie potrafiłam polubić głównej bohaterki. Nie mogłam znieść jej samolubnego sposobu życia, jej wszelkich naiwnych prób poradzenia sobie ze wszystkim samej i świętego przekonania, że"tak będzie najlepiej". Niemal znienawidziłam jej za to, że od samego początku pozwalała sobą wszystkim manipulować, za to, że nie potrafiła być nieugięta i pozwoliła na to, aby jej 'moc' przejęła kontrolę. Z drugiej jednak strony zachwyciła mnie jej lojalność wobec najbliższych, upór,aby poznać prawdę niekiedy zostawiając za sobą krwawe ofiary.Pokochałam Noah, jego inspirującą pewność siebie, nieco arogancki sposób bycia i to, że kompletnie nie przejmował się fałszywym wizerunkiem, jaki mu przypisywano. Za jego samoakceptację, świadomość jego wad i faktu, że nie jest idealny. Bardzo również polubiłam Daniela, starszego brata Mary, który występował w roli zarówno mediatora, jak i opiekuna. Polubiłam Jami'ego, nieco zwariowanego kolesia, do którego naprawdę ciężko jest nie zapałać sympatią. Natomiast całej reszty postaci, która przewijała się przez tą książkę nie znosiłam do bólu i bardzo się ucieszyłam, że znalazła się ta trójka moich faworytów, wśród których nadal to Noah jest moim ulubieńcem.
"Myślę, że niewiedza jest gorsza- powiedziałam.- Wolałabym pamiętać."
"Mara Dyer. Tajemnica" może nie była książką, która w stu procentach sprostała moim oczekiwaniom, jednak nie zmienia to faktu, że znalazło się sporo plusów, co zresztą w tej recenzji widać. Nie będę jednak ukrywać, że oczekiwałam po tej książce trochę więcej i może w kolejnych częściach moje oczekiwania się spełnią. Michelle Hodkin napisała jakiś czas temu historię z punktu widzenia Noah, co dla mnie jest absolutnie najlepszą wiadomością, jaką mogłam usłyszeć i myślę, że nie będzie trzeba długo czekać aż sięgnę po tą trylogię.
Historia o Marze Dyer będzie idealną pozycją dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z thillerami i pragną łagodnego klimatu suspensu. Dla osób gustujących w książkach o młodzieżowym klimacie i dla tych, którzy zwyczajnie mają ochotę oderwać się od własnej rzeczywistości. Jednak fanom horrorów na miarę Kinga, zdecydowanie odradzam, jak również tym, którzy poszukują mocniejszych wrażeń, odpuście, gdyż na tej pozycji zwyczajnie się zawiedźcie. Niemniej, zainteresowanym serdecznie polecam!

Moja ocena:6/10. :)




Czytaj dalej »
on 21 sierpnia 0
Podziel się!
Etykiety
dla nastolatków, thiller, współczesność
Nowsze posty
Starsze posty

19 sierpnia

"Szukając Alaski" - John Green


John Green to autor, z którym po raz pierwszy zetknęłam się podczas lektury "W śnieżną noc" kilka dobrych lat temu. Już wtedy byłam pod wielkim wrażeniem lekkiego pióra Greena oraz faktem, że z pozoru całkiem zwyczajna młodzieżówka niesie ze sobą tyle emocji i pozostawia uczucie ciepła w sercu. Urzekło mnie z jaką łatwością Greenowi udało się w stworzyć świąteczny klimat, jak realnie oddać zimowy krajobraz i przede wszystkim, jak udało mu się tą powieścią mnie zachwycić. Musiało jednak minąć sporo czasu bo, jak wiecie nie przepadam zbytnio za książkami utrzymanymi w tonie młodzieżowym, zanim ponownie odważyłam się sięgnąć po kolejną powieść Greena i była to książka "Will Grayson,Will Grayson", która odrzuciła mnie już po kilku stronach pozostawiając mnie z gorzkim smakiem zawodu. Nie minęło jednak wiele czasu, gdy zachęcona pozytywnymi opiniami sięgnęłam po "Szukając Alaski". Coś mi mówiło, że moje trzecie spotkanie z tym autorem będę mogła zaliczyć do udanych i w tym przypadku, moje przeczucie kompletnie mnie nie zawiodło.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Miles Halter ma jeden cel, odnaleźć Wielkie Być Może, dlatego podejmuje decyzję o wyprowadzce z domu i rozpoczęciu nauki w Culver Creek, ekskluzywnej szkoły z internatem. To tam po raz pierwszy zyskuje prawdziwych przyjaciół oraz poznaje nieco zwariowaną  i przebojową Alaskę Young. Alska to dziewczyna bezkompromisowa, bezczelna i odważna, dla której Miles szybko traci poczucie rzeczywistości. Rozwijająca się między uczniami Culver Creek przyjaźń niebawem zostanie jednak poddana tragicznej próbie.
Przyznam, że kilka pierwszych stron nie zapowiadało się zbyt szczególnie, co  było po części spowodowane moim sceptycznym podejściem do tej książki, ale również tym, że początkowo nic 'specjalnego' się nie działo. Jednak po jakichś 60/70 stronach górę nad moim sceptycyzmem wzięło przyjemne zaskoczenie, co sprawiło, że o odłożeniu książki i rezygnacji z jej przeczytania nie mogło być mowy. Bowiem John Green tak mocno mnie zaskoczył, że mogłam tylko szerzej otworzyć oczy ze zdumienia i dobrnąć do końca książki."Szukając Alaski" to jedna z tych niepozornych książek, które wnoszą w życie czytelnika całą masę refleksji, która zmusza do postawienia sobie pytań i, która wymaga postawienia na nie odpowiedzi. Gdy tylko skończyłam czytać tą książkę na ustach miałam jedno wielkie WOW, gdyż absolutnie nie przypuszczałam, że ta historia aż tak mi się spodoba.

Książka dzieli się na dwie części PRZED i PO, jak można się domyślać, ten podział jest znaczący i przynajmniej dla mnie w pewnym sensie jest metaforą życia. Część PRZED opisuje beztroski czas wypełniony nadzieją i wiarą w szczęśliwą przyszłość. Z kolei PO to czas kiedy nadzieja obraca się w nicość, pozostaje ból i cierpienie, to czas, kiedy trzeba zmierzyć się z okrutną rzeczywistością, która często jest kolejnym etapem dorosłego życia. Jednak co się wydarzyło, tego można się tylko domyślać, lecz nie ulega wątpliwości, że rozwiązanie tej zagadki będzie bolesne i dramatyczne. Autorowi należy się naprawdę duży plus, za świetne poprowadzenie fabuły, bo gdy już odkryje do czego zmierzało wielkie odliczanie, pozostaje szok i niedowierzanie- ale jak to tak? jak to mogło się stać?-  ale również poczucie, że autor podarował czytelnikowi element zaskoczenia oraz niepewność, co przyniesie bohaterom przyszłość.

Nie będę ukrywać, że musiało minąć trochę czasu, zanim ta historia naprawdę mnie wciągnęła. Początkowo miałam wrażenie, że książka będzie raczej kolejną z tych typowych obyczajówek, a jednak- na moje wielkie szczęście- nie, gdyż z każdą kolejną kartką byłam coraz bardziej zauroczona tą historią, jak również burzą emocji, które się przez tą książkę przelewały. Doprowadziło to do tego, że po mizernym początku, jaki ma ta książka, a którego czytanie strasznie mnie nudziło, aż do czasu, w którym historia dotarła do takiego punktu, że pomyślałam 'o, teraz będzie ciekawie', jaki i samego końca tej historii, książka została przeze mnie dosłownie pożarta, pozostawiając mnie przy tym z niedosytem. Bo gdy tylko doszłam do końca tej historii, nie mogłam uwierzyć, że tak szybko się skończyła.
"So I walked back to my room and collapsed on the bottom bunk, thinking that if people were rain, I was drizzle and she was hurricane.” 
Uderzyło mnie to, jak pieczołowicie został dopracowany klimat. Bo choć faktycznie jest to książka młodzieżowa, to nie ulega wątpliwości, że lekkie pióro Greena pozwoliło mu zgrabnie przedstawić realia życia szkolnego. Urzekła mnie wnikliwość autora, jak również jego wielka wrażliwość w postrzeganiu świata. Choć "Looking for Alaska" plansuje w obyczajówce, to jednak przez tą książkę przelewa się cała gama uczuć, jakie towarzyszą bohaterom tej książki, i które w pewnej mierze stają się też uczuciami czytelnika. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak bardzo ta książka mnie poruszyła, jak bardzo mną wstrząsnęła i mam  przeczucie, że sięgnę po kolejne książki tego autora. Czyżbym zamierzała dać kolejną szansę pozycji "Will Grayson, Will Grayson"- obawiam się, że po tym, co autor ze mną zrobił podczas czytania "Looking for Alaska"- tak.

Język jakim operuje Green jest niezwykle uczuciowy i barwny, cechuje go pewna wnikliwa wrażliwość, z czym rzadko można się spotkać w innych książkach. Jak na dłoni widać, jak wiele samego siebie autor przelał w tę historię, która tak na dobrą sprawę jest jego literackim debiutem. Naprawdę rzadko spotyka się historie, w których jest tyle marzeń, obaw, refleksji  strachu i cierpienia młodych dorosłych. Nastolatków, którzy muszą zmierzyć, się ze świadomością, że marzenia nie zawsze się spełniają, ludzkie życie jest krótkie, a świat nie ma monopolu na bycie idealnym. To również opowieść o życiu z poczuciem winy, od którego tak naprawdę ciężko jest się uwolnić, o refleksji nad przemijaniem, samą esencją życia i bolesną stratą, a także tym, że wyjście z labiryntu nie zawsze jest proste i szybkie, a czasem może potrwać lata. Słowo labirynt to świetna metafora, która w dużej mierze oddaje sens i przesłanie tej książki, bo to labirynt jest metaforą życia i metaforą cierpienia. Nie można jednak zapominać o dozie pewnego Greenowski'ego humoru, który porusza czułe struny serca i pozostawia przyjemne uczucie ciepła. 
“Imagining the future is a kind of nostalgia. You spend your whole life stuck in the labyrinth, thinking about how you'll escape it one day, and how awesome it will be, and imagining that future keeps you going, but you never do it. You just use the future to escape the present.”
Postacie tej książki to szeroka paleta niezwykle barwnych postaci, spośród których każda z nich ma swoje własne 'demony przeszłości', z którymi musi się zmierzyć.  Każdy z bohaterów jest niezwykle barwny i żywy, co jak pisałam wcześniej, jest zasługą wnikliwego stylu Greena. I mimo, iż nie natrafiłam na postać, której bym znienawidziła, to jednak znalazły się postacie, które polubiłam mniej, a inne bardziej. W przypadku głównego bohatera, moje odczucia co do niego mieściły się w grupie tolerancji, ponieważ, jak dla mnie, był on postacią zwyczajnie nieciekawą, jedynie biernym obserwatorem, a nie czynnym uczestnikiem wydarzeń. Moją ulubioną postacią stała się niespodziewanie Alaska. To żywa, twarda i zdecydowana, niezwykle inteligentna i bezczelna dziewczyna, które bez większego skrępowania mówi o seksie, pije alkohol, pali papierosy i czerpie z życia pełnymi garściami. Jednak Alaska skrywa również swoje drugie nieperfekcyjnie oblicze, ma swoje słabości, które sprawiają, że nie jest ona postacią rodem z 'wyidealizowanych bohaterów', co mnie osobiście bardzo cieszy. Polubiłam Alaskę za jej nietuzinkowy charakter, jej brutalną szczerość i szczere pragnienie, aby nikt przez nią nie ucierpiał.

"Szukając Alaski" to powieść niezwykle wartościowa i to nie tylko dla dorastającej młodzieży, lecz także dla osób znacznie starszych. Porusza wiele tematów związanych z dorastaniem, akceptacją samego siebie, to również swoista refleksja na temat cierpienia i śmierci, jaka po raz pierwszy rodzi się w nastoletnich umysłach. Po przeczytaniu tej książki, jej historia pozostanie na długo w sercach czytelników i bardzo ciężko będzie ją stamtąd wyrzucić. To momentami słodko-gorzka proza Greenowska, która pozostawia niedosyt i z tego względu, jak pisałam wcześniej, zapewne skuszę się na to, aby sięgnąć po kolejne powieści Greena. 
Jeśli szukacie historii, która Was poruszy i pozostawi w stanie oniemienia to "Szukając Alaski" będzie naprawdę świetnym wyborem. Powieść idealna dla nastolatków próbujących się odnaleźć w dorosłym świecie, jak również dla tych, którzy choć na chwilę chcą powrócić do licealnych, studenckich czasów. Jeśli pragniecie historii, która Was odpręży, a równocześnie postawi w kręgu filozoficznych dogmatów i zawiłości-polecam serdecznie. Jest to świetna i lekka książka, przy której można się odprężyć, słowem na wakacje idealna! Myślę więc, że większych słów z mojej strony absolutnie nie potrzeba- przeczytajcie, bo naprawdę warto!

Moja ocena: 9/10. :)

Czytaj dalej »
on 19 sierpnia 1
Podziel się!
Etykiety
dla nastolatków, obyczajowe, romans
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

O AUTORCE

O AUTORCE
27 - letnia Magister Polonistyki-Literaturoznawstwa. Z zamiłowania książkoholiczka, literaturoznawczyni i blogerka, rysowniczka, a także miłośniczka języków obcych i azjatyckich dram. Kto wie, może i w przyszłości także pisarka? Możliwości jest mnóstwo! :) Aktualnie spełnia się dziennikarsko pracując w redakcji WUJ-a oraz współpracując z wydawnictwami jako recenzentka. Przyszła bibliotekarka i biblioterapeutka, która uczy się języka migowego.

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

BIBLIOTECZKA

https://lubimyczytac.pl/ksiegozbior/MiegxQJv6H

PRZECZYTANE

W tym roku chcę przeczytać...

W tym roku chcę przeczytać...
#Wyzwanie LC 2026#

Recenzje/Wpisy planowo

* "Żywe serce", Piotr Pawlukiewicz * "Genialne umysły", Jennifer Lynn Barnes * "Studium zatracenia", Ava Reid * "Burza", Sunya Mara * "Obiekty głębokiego nieba", Jakub Małecki Następne tytuły wpisów podam niebawem! :)

Znajdź mnie!

  • Lubimy Czytać
  • Strona na facebooku
  • Twitter
  • Instagram

Szukaj na tym blogu

Statystyka

Subskrybuj

Posty
Atom
Posty
Komentarze
Atom
Komentarze

Obserwatorzy

Popularny post

  • Kącik serialowy: Moon Lovers: Scarlet Heart Reyo- magia księżyca
    Tytuł oryginalny:   달의 연인 – 보보경심 려 Tytuł (latynizacja):   Dalui Yeonin – Bobogyungsim Ryeo Tytuł (alternatywny):  Time Slip: Rye...
  • Kącik serialowy: Goblin, Guardian: The Lonely and Great God- potęga przeznaczenia
    Tytuł oryginalny:   도깨비 Tytuł (latynizacja):   Dokkaebi Tytuł (alternatywny):  Goblin: The Lonely and Great God Gatunek:   fantasy, m...
  • "Shinsekai Yori"- Yuusuke Kishi
    tytuł oryginału: 新世界より tłumaczenie: Z Nowego Świata wydawnictwo:  Kōdansha data wydania: 23 stycznia 2008 liczba stron:870 sło...

Archiwum

  • ▼  2026 (19)
    • ▼  sie 2026 (3)
      • Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ru...
      • "Powroty" - ksiądz Piotr Pawlukiewicz
      • "Niewidzialne życie Addie LaRue" - Victoria E. Schwab
    • ►  lip 2026 (1)
    • ►  cze 2026 (3)
    • ►  maj 2026 (3)
    • ►  kwi 2026 (6)
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (2)
  • ►  2025 (13)
    • ►  wrz 2025 (1)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (4)
    • ►  lut 2025 (2)
  • ►  2024 (11)
    • ►  gru 2024 (1)
    • ►  lis 2024 (1)
    • ►  lip 2024 (1)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (2)
    • ►  kwi 2024 (2)
    • ►  mar 2024 (1)
    • ►  sty 2024 (2)
  • ►  2023 (31)
    • ►  gru 2023 (2)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (4)
    • ►  wrz 2023 (3)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (2)
    • ►  kwi 2023 (1)
    • ►  mar 2023 (5)
    • ►  lut 2023 (5)
    • ►  sty 2023 (1)
  • ►  2022 (46)
    • ►  gru 2022 (5)
    • ►  lis 2022 (4)
    • ►  paź 2022 (4)
    • ►  wrz 2022 (5)
    • ►  sie 2022 (6)
    • ►  lip 2022 (6)
    • ►  cze 2022 (1)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (3)
    • ►  mar 2022 (5)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (2)
  • ►  2021 (38)
    • ►  gru 2021 (2)
    • ►  lis 2021 (4)
    • ►  paź 2021 (3)
    • ►  wrz 2021 (3)
    • ►  sie 2021 (4)
    • ►  lip 2021 (4)
    • ►  cze 2021 (1)
    • ►  maj 2021 (2)
    • ►  kwi 2021 (2)
    • ►  mar 2021 (2)
    • ►  lut 2021 (6)
    • ►  sty 2021 (5)
  • ►  2020 (49)
    • ►  gru 2020 (3)
    • ►  lis 2020 (2)
    • ►  paź 2020 (4)
    • ►  wrz 2020 (4)
    • ►  sie 2020 (6)
    • ►  lip 2020 (5)
    • ►  cze 2020 (3)
    • ►  maj 2020 (2)
    • ►  kwi 2020 (5)
    • ►  mar 2020 (5)
    • ►  lut 2020 (6)
    • ►  sty 2020 (4)
  • ►  2019 (66)
    • ►  gru 2019 (6)
    • ►  lis 2019 (4)
    • ►  paź 2019 (5)
    • ►  wrz 2019 (9)
    • ►  sie 2019 (9)
    • ►  lip 2019 (6)
    • ►  cze 2019 (5)
    • ►  maj 2019 (6)
    • ►  kwi 2019 (2)
    • ►  mar 2019 (3)
    • ►  lut 2019 (5)
    • ►  sty 2019 (6)
  • ►  2018 (59)
    • ►  gru 2018 (5)
    • ►  lis 2018 (5)
    • ►  paź 2018 (7)
    • ►  wrz 2018 (9)
    • ►  sie 2018 (7)
    • ►  lip 2018 (3)
    • ►  cze 2018 (8)
    • ►  maj 2018 (2)
    • ►  kwi 2018 (2)
    • ►  mar 2018 (3)
    • ►  lut 2018 (3)
    • ►  sty 2018 (5)
  • ►  2017 (5)
    • ►  gru 2017 (4)
    • ►  lis 2017 (1)

Polecany post

Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ruchem Czystych Serc (relacja)

Napisz do mnie w sprawie recenzji/artykułu/wywiadu :)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Etykiety

Japonia (13) King (3) Murakami (6) PLOTKARA (3) Zafon (5) anime (3) arabia (1) autobiografia (5) baśnie (22) dla nastolatków (24) drama (5) fantasy (66) historyczne (32) holocaust (1) klasyk (22) klasyka dla nastolatków (11) klasyka dziecięca (2) komedia- czarny humor (12) kultura słowiańska (5) medyczne (5) mit (3) miłość (39) obyczajowe (123) podsumowanie (81) postapo (23) psychologia (31) psychologiczne (49) romans (53) science-fiction (23) stosik książkowy (34) sztuka (4) tag (2) thiller (26) thriller (14) wojna (9) współczesność (104) zapowiedz (27) zwierzęta (3) świat komiksu (1) święta (5)

Nie kopiuj, szanuj cudzą własność!!!

Prawa Autorskie

Zabraniam kopiowania MOICH tekstów i zdjęć bez uprzedniego zezwolenia.

Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych za kradzież tekstów, czy zdjęć bez upoważnienia autora przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 2-ch i/grzywnę.

Bardzo proszę o uszanowanie mojej pracy.

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Z Dziennika Książkoholiczki. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.