Z Dziennika Książkoholiczki

Strony

  • Strona główna
  • O mnie
  • KSIĄŻKI
  • Kącik serialowy
  • ZESTAWIENIA
  • Kontakt i Współpraca

07 września

"Za niebieskimi drzwiami" - Marcin Szczygielski

Za niebieskimi drzwiami Marcina Szczygielskiego to powieść, która była moim małym wyzwaniem czytelniczym w minionym miesiącu. Z jednej strony byłam ciekawa, w jaki sposób autor wykorzysta motyw autokreacji magicznego świata, z drugiej cały czas miałam wrażenie pewnego niedosytu. I choć niniejsza pozycja jest jedną z ważniejszych pozycji na mojej liście książek do pracy magisterskiej, nie potrafię pozbyć się pewnego uczucia zawodu, pomimo faktu, iż to, co akurat mnie do tej powieści przyciągnęło, akurat zostało wyjątkowo doszlifowane. Nie zmienia to jednak mojej opinii o tej powieści, czego trochę żałuję, gdyż szczerze mówiąc, spodziewałam się być nią zauroczona.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

Łukasz to dwunastoletni chłopiec, który w chwili rozpoczęcia powieści wybiera się z mamą na wymarzone wakacje. Po drodze ma miejsce wypadek, po którym obydwoje znajdują się w dość ciężkim stanie. Chłopiec ma strzaskane nogi, na domiar złego jego mama zapadła w głęboką śpiączkę. Po upływie kilku miesięcy, po Łukasza przyjeżdża ciotka Agata, która postanawia zabrać go do nadmorskiego pensjonatu, gdzie spędziła dzieciństwo. Nastolatek czuje się jednak kompletnie wyrwany z życia, jakie znał do tej pory, nie potrafi przystosować się do nowego środowiska ani też nawiązywać relacji z rówieśnikami. Przypadkowo odnalezione przez chłopca niebieskie drzwi, namalowane ręką jego matki, odkrywają przed nim niezwykły świat marzeń i fantazji.

- opis własny

Planowałam napisać niniejszą recenzję, tak jak pozostałe, czyli od razu tuż po przeczytaniu. Cieszę się jednak, że z uwagi na dość skrajne uczucia, jakie wzbudziła we mnie ta książka, dałam sobie tydzień czasu na uporządkowanie swoich myśli i opinii. Powieść Marcina Szczygielskiego przetłumaczona zresztą na język niemiecki, która dodatkowo doczekała się swojej ekranizacji, a co więcej, trafiła na Listę Skarbów Muzeum Literatury Dziecięcej we mnie obudziła dość niejednoznaczne odczucia i początkowo wydawała mi się nawet stosunkowo słaba, a jednak po czasie zdecydowanie potrafię bardziej docenić jej walory. Nie oznacza to jednak, że jestem w stanie dać tej książce wyższą notę niż te 6 gwiazdek na LubimyCzytać, co kwalifikuje ją jako "dobrą", choć jak dla mnie, zdecydowanie nie wybitną pozycję.

Pod względem fabularnym naprawdę doceniam to, w jaki sposób autor rozłożył poszczególne partie powieści, gdyż były momenty, kiedy potrafiłam wciągnąć się w tą pozycję i czytać ją z dużym zaangażowaniem. Całościowo jednak oś fabularna wypada nawet i dość dobrze, gdyby nie fakt, iż niektóre wątki pozostają urwane, albo i gorzej, całkowicie niedokończone. Bardzo brakowało mi również takiego wewnętrznego aktu przemiany bohatera, bowiem zarysowana w powieści sytuacja jest niebywale traumatyczna i zdecydowanie pozostawia ona blizny na psychice Łukasza. O ile jednak ów aspekt został mocno podkreślony, a dodatkowo wzmocniony zresztą poprzez nadbudowanie warstwy światotwórczej, w tym wymieszanie świata realnego i magicznego, o tyle zdecydowanie zabrakło momentów autorefleksji, przemiany, poczucia przebaczenia, słowem: rozwoju głównej postaci. A szkoda, bo wprowadzona przez Szczygielskiego fenomenalnie zarysowana wzajemna kompilacja światów, mogłaby wpłynąć na bohatera w nieco bardziej pozytywnym stopniu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, w jak ciekawy sposób autor wykreował magiczny świat istniejący za magicznymi niebieskimi drzwiami. Żałuję jednak, że autor nie rozbudował swojej powieści o jakieś 100 stron więcej, bo zarówno nadałoby to wymiaru stworzonemu przezeń światu, jak i pozwoliłoby rozwinąć się bohaterowi.

Poprzez urwane wątki oraz pewne niedokończone aspekty, dość mocno ucierpiała na tym akcja powieści, która czasem toczyła się po prostu zbyt szybko. Wprawdzie, iż z zamierzenia pozycja ta została sklasyfikowana jako powieść dziecięca/ młodzieżowa, jednakże podobnie, jak w przypadku fabuły oraz braku wspomnianego rozwoju bohatera Za niebieskimi drzwiami sprawia wrażenie szybkiego i niedokończonego projektu. Doceniam koncept na fabułę, wprowadzone wątki, ale zdecydowanie tym, co najbardziej rzutuje na odbiór tej książki jest brak głębi przedstawionego świata. Poszczególne wątki, co prawda, wciągnęły mnie dość mocno, z kolei inne sprawiły, że dosłownie przedzierałam się przez tą książkę z pewnym mozołem i poczuciem gorzkiego posmaku rozczarowania.

Muszę jednak oddać autorowi fakt, iż stworzony przez niego klimat, nawet bez widocznego pogłębienia, został fenomenalnie oddany. Ogromnie spodobało mi się to, w jaki sposób zostało zarysowane przejście pomiędzy światami. Za niebieskimi drzwiami dosłownie tchnie magicznym klimatem i choć nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby autor rozbudował ten "inny świat" nieco bardziej, czy wyposażył w więcej ciekawych detali, to wystarczyło jednak, bym była usatysfakcjonowana niniejszą pozycją. Koncepcja tajemniczych drzwi, które prowadzą do innego świata intrygowała mnie, odkąd tylko sięgnęłam po tą książkę. Ciekawym aspektem okazały się także "nici", które wnikały do rzeczywistego świata oraz magiczne stworzenia zamieszkujące tamtejszą fantastyczną krainę. Wszystko zostało przepięknie wymyślone i mimo, iż żałuję, że fundamenty tego fantastycznego świata były nieco rozmyte, po dłuższej refleksji, jestem skłonna przyznać autorowi rację, to znacznie lepiej pasowało do zakończenia powieści. Za niebieskimi drzwiami to książka, którą przepełniają uczucia goryczy, poczucia niesprawiedliwości i frustracji na cały świat, choć zważywszy na sytuację głównego bohatera, raczej nie ma się co dziwić, to jednak miłą odskocznią była odmiana towarzysząca Łukaszowi podczas odkrywania świata "po drugiej stronie", jego ciekawość w błądzeniu w nieznane.

Bohaterowie, czy też raczej bohater, to moim zdaniem największy mankament, jaki mogę przypisać tej książce. Zamierzeniem Szczygielskiego było odmalować postać młodego chłopca straumatyzowanego po wypadku samochodowym, przerażonego wizją rychłego sieroctwa i przepełnionego frustracją z powodu własnej niemocy. To wszystko mu się udało i to nawet lepiej niż mogłabym tego oczekiwać, z tym, że nie spodziewałam się aż tak ogromnego nasycenia powieści całą gamą negatywnych odczuć. Jeśli dodać do tego fakt, iż Łukasz jest dwunastoletnim rozkapryszonym dzieckiem, to tworzy to definitywnie ostrą mieszankę. Bardzo współczułam bohaterowi, jednakże fakt, iż on sam w zasadzie nie uległ żadnej przemianie wewnętrznej podczas powieści, okazał się dodatkowo dołujący. Zarówno koncept fabularny, jak i klimat mogłyby świetnie sprzyjać przemianie chłopca, tak, aby docenił on choćby te najmniejsze, drobne, ale dobre rzeczy. Jego rozgoryczenie, a przy tym kłótliwość i chamstwo sprawiały, że momentami naprawdę było mi ciężko wykazywać się do niego cierpliwością. Ucieszyła mnie jednak pewna rzecz, którą Łukasz zrobił, więc w pewnym sensie moja wytrwałość została nagrodzona.

Mam wrażenie, że Szczygielski wyjątkowo stronił od przyozdabiania języka, a skupiał się na jak najbardziej oszczędnym przedstawieniu treści. Tak jak w fabule i akcji uderzyło mnie pewne niedopracowanie wątków oraz zbytnia szybkość, w warstwie językowej zaskoczył mnie do pewnego stopnia "dziecięcy styl" pisania. Zdaję sobie sprawę, że z reguły jest to książka przeznaczona dla młodzieży, jednak w porównaniu do większości pozycji tego typu, styl jest tam znacznie bardziej rozbudowany. W Za niebieskimi drzwiami dominuje z kolei czysto dziecięca narracja, bardzo zresztą uproszczona. Choć w dużej mierze taki styl jest w pełni kompatybilny z odczuciami głównego bohatera, jednocześnie wyolbrzymia negatywną wymowę jego odczuć, co niekiedy wcale nie uprzyjemnia lektury, a raczej sprawia, że chwilami po prostu brakuje siły na tego typu mało przyjemny styl.

Podsumowując, Za niebieskimi drzwiami mam już za sobą, co akurat mnie cieszy, gdyż mogę wreszcie skupić się na wnikliwej analizie postaci głównego bohatera w pracy magisterskiej. Pomimo faktu, iż książkę oceniłam na "dobrą", a co za tym idzie, wystawiłam jej 6 gwiazdek, nie znaczy to wcale, że jej mankamenty aż tak mnie nie raziły, bo było wręcz odwrotnie, co zaznaczyłam w recenzji. Niemniej jednak, lektura powieści Szczygielskiego okazała się dość ciekawą odskocznią od dotychczasowo znanych mi młodzieżówek, a przy tym zaowocowała nieco inną, świeżą perspektywą na interesujące mnie zagadnienia arteterapeutyczne.

Za niebieskimi drzwiami nie jest pozycją, którą mogłabym polecić każdemu. Jest to książka niezwykle specyficzna i dość trudna do docenienia. Sądzę jednak, że będzie to pozycja idealna dla dzieci, zwłaszcza dla młodych nastolatków, którzy dopiero wchodzą w okres dojrzewania i buntu. Odnajdą się w niej również te dzieci, które nie potrafią lub mają trudności w radzeniu sobie z negatywnymi emocjami, szczególnie ze złością, frustracją, lękiem i rozgoryczeniem, a to jest bardzo ważny aspekt, jaki ta powieść porusza. Z kolei dorośli czytelnicy, czy studenci mogą mieć zupełnie inne odczucia w stosunku do tej książki i zapewne właśnie w tym tkwi fenomen pisarstwa Szczygielskiego.

Moja ocena: 6/10.:)

Czytaj dalej »
on 07 września 1
Podziel się!
Etykiety
dla nastolatków, fantasy, okruchy życia
Nowsze posty
Starsze posty

28 sierpnia

"Alyssa i czary" - A.G.Howard

Z racji tego, że przez ostatni miesiąc dość sporo czasu zaczytywałam się w literaturze fantasy, sięgnięcie po retelling Alicji w krainie czarów w wykonaniu A.G. Howard wydawało mi się niemal oczywistością. Przy okazji zyskałam możliwość komparatystycznego porównania wizji Krainy Czarów Lewisa i współczesnej pisarki. Choć historia Alicji niekoniecznie jest moją ulubioną lekturą z czasów dzieciństwa, powróciłam do niej chętnie, chcąc przekonać się jak różne są zarówno sposoby zobrazowania ów niezwykłej krainy, jak również, jak odmienne są od siebie bohaterki noszące w gruncie rzeczy dość podobne imiona Alyssa i Alicja.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE: 

 

Alyssa Gardner wywodzi się z rodu Liddellów, z którego pochodziła znana wszystkim Alicja, która jako dziecko podążyła w ślad za białym królikiem wgłąb jego leśnej dziury. Nastolatkę dręczą urojenia, które towarzyszą jej niemal od zawsze, słyszy mowę kwiatów i owadów, przez co w towarzystwie rówieśniczym jest typową outsaiderką. Odkrycie, że Kraina Czarów nie jest jedynie baśnią znaną dzieciom, ale istnieje naprawdę, sprawia, że jej świat rozsypuje się niczym starannie ułożony domek z kart. Oznacza to, że kobiety w jej rodowodzie wcale nie były szalone, ani ona, ani też jej mama przebywająca w szpitalu psychiatrycznym, czy też jej praprababka Alicja Liddell, od której wszystko się zaczęło. Alyssa musi naprawić jej błędy, aby uratować swoją rodzinę od klątwy pochodzącej z innego świata. Droga do osiągnięcia tego celu wiedzie przez króliczą norę, tę samą, do której przed laty wpadła mała Alicja. Co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni? Prawdziwa Kraina Czarów to miejsce o wiele mroczniejsze niż można by przypuszczać na podstawie historii małej Alicji.

- opis własny

 

O Alyssie i czarach słyszałam już różne opinie, toteż moja komparatystyczna ciekawska natura nie pozwoliła mi być dłużej bezczynną. Intrygowało mnie, w jaki sposób A.G. Howard weźmie na warsztat świat Krainy Czarów wykreowany przez brytyjskiego barda Carrolla Lewisa. Okazało się, że z tym postawionym sobie zadaniem poradziła sobie całkiem nieźle i to na tyle, że zasłużyła sobie w pełni na ocenę 7 gwiazdek, którą wystawiłam tej powieści na LubimyCzytać.

Powieść posiada kilka niezwykle mocnych zalet, a jedną z nich jest ogromnie ciekawy koncept wykorzystania urojeń głównej bohaterki jako motywu przewodniego w związku z jej podróżą do zwariowanej krainy dziwów. Akurat ów zabieg przemówił do mnie z całą mocą, gdyż wykorzystywanie podobnych motywów jest nie tylko przedmiotem badań w mojej pacy magisterskiej, lecz także pokrywa się z moimi zainteresowaniami. Połączenie świata magicznego fantasy i zaburzeń psychicznych to kluczowy aspekt motyw, który zostaje misternie wkomponowany w fabułę wiodąc w niej prym. Ogromnie spodobał mi się również fakt, iż zadaniem Alyssy jest nie tyle odtworzenie kroków baśniowej Alicji, ile naprawienie szkód, które dziewczynka spowodowała w Krainie Czarów. Autorka na tyle skrupulatnie zarysowała poszczególne wątki, że nie miałam najmniejszej trudności z tym, żeby wciągnąć się w niniejszą książkę, co prawda po dotarciu do jej połowy, zrobiłam sobie krótką przerwę na to, by dla odmiany zanurzyć się w pozycję obyczajową. Do pewnego stopnia towarzyszyło mi więc poczucie przesytu magii obecnej we wspomnianej krainie oraz towarzyszącej jej atmosferze pewnego upojenia żarłocznym instynktem przetrwania. 

Zastanów się nad sobą, żeby odkryć, kim masz być. Co masz wnieść do naszego świata. To i tylko to może wypełnić pustkę w nas.

Akcja Alyssy i czarów to jedynie kolejny pozytywny aspekt tej książki. Wydarzenia opisane w książce mają bowiem to do siebie, że toczą się w dynamicznym tempie, przez co bardzo łatwo jest wciągnąć się i na parę godzin zatracić w szalonym świecie Krainy Czarów. Szalonym zresztą w podwójnym sensie, gdyż tak jak wspominałam, ów świat ma w sobie sporą dozę mroku, ujawniania pewnych pierwotnych instynktów, które zderzają się z logicznym myśleniem, które cechuje Alyssę. Sprawia to wrażenie pewnego przesytu, przez co musiałam odłożyć lekturę na jakiś czas, by móc znów do niej powrócić z nowym zapałem. Wartka akcja, przesycona magią, zarówno tą baśniową, jak i mroczną, i prymitywną stanowi gwarancję zainteresowania, gdyż autorka naprawdę zgrabnie potrafi przeplatać wspomniane wątki.

Klimat w jaki Howard wyposażyła swoją książkę zasługuje na ogromne uznanie z mojej strony, gdyż stanowi najmocniejszy atut, ale zarazem też jest to ten aspekt, który kazał mi odpocząć parę dni od tej książki. Amerykańska pisarka niezwykle dobrze się spisała łącząc ze sobą baśniowy świat Alicji z Krainy Czarów autorstwa Lewisa z motywem obłędu i klątwy nękającej rodzinę Liddellów oraz jej potomkinie. Wykorzystanie koncepcji urojeń i zaburzeń psychicznych dodatkowo wzmocniło mroczny akcent wspomnianego magicznego świata, czyniąc go jeszcze bardziej niezwykłym, absurdalnym, a niekiedy nawet i odrażającym w swojej prymitywności. W powieści nie brakuje bowiem zarówno scen żywcem wyjętych z przygód Alicji, opowiedzianych rzecz jasna z zupełnie innej perspektywy, ale też nie zabraknie takich, przez które można poczuć się po prostu nieswojo, gdy do głosu dochodzą zwierzęce instynkty, co akurat autorka zarysowała z pełną pasją. Faktem jest, iż powieść Howard posiada swoją własną, niezwykłą i w pewnym sensie intrygującą atmosferę niemalże emanującej magią. Dawno nie spotkałam książki z tak mocno wyróżniającym się klimatem, która dodatkowo wzbudziłaby we mnie tak skrajne odczucia.

Przypominam sobie jego akwarele: ponure, ale piękne światy, w których gotyckie duchy płaczą czarnymi łzami nad trupami ludzi. Te surrealistyczne obrazy nieszczęścia i utraty są tak przejmujące, że rozrywają serce.

Alyssa i czary to powieść z gatunku tych, które dobrze i szybko się czyta. Styl A.G. Howard upłynnia lekturę, nie jest zbytnio zawiły, ale skupiony na istotnych detalach. Pozycja ta została zaklasyfikowana, całkiem słusznie zresztą, jako młodzieżówka i w tym duchu napisała ją jej autorka. Nie brakuje tu bowiem ani nastoletnich rozterek, ani też zmagań tak typowych dla tego wieku. Zarazem jednak wykreowany przezeń mroczny klimat na swój sposób dodaje powieści pewnego uroku, hipnotyzuje i sprawia, że od powieści momentami naprawdę trudno się oderwać. Specyficzny język, jakim operuje autorka zmusza przy tym do zastanowienia się nad własną mroczną stroną oraz pierwotnymi instynktami, jakie w każdym z nas drzemią ("zjedz lub zostań zjedzony"!). A.G. Howard zgrabnie posługuje się metaforami, ale także z pasją korzysta z logiki, aby za pośrednictwem Alyssy wyjaśnić pewne kwestie, co sprawia, że sam akt lektury wzbudza różnorodne emocje. Nie zabraknie bowiem momentów wzruszenia, zadziwienia i niedowierzenia, czy po prostu niesmaku, a w niektórych momentach nawet i śmiechu. Autorka Alyssy dobrze wie, czego potrzeba jej czytelnikom i sprawnie manipuluje wykreowaną przezeń krainą i jej postaciami, co w pewien sposób czyni ją prawdziwą Czerwoną Królową władającą swoim światem za pomocą magii pióra.

Postacie, jakie wykreowała A.G. Howard są po części zaczerpnięte z pierwowzoru, czyli książki Lewisa, aczkolwiek tylko z nazwy. Umiejętnie posługując się słowem pisanym pisarka wyposażyła bohaterów swojej książki w zupełnie nowe osobowości, a niekiedy również w całkowicie odmienne wyglądy. Przykładowo, Królik Biały, pod takim imieniem znany w Alicji... w tej powieści funkcjonuje jako Grólik Biały i jest w zasadzie szkieletem obrośniętym zwałami mięsa, co czyniło go postacią niekoniecznie zbyt miłą i "pluszową". Kraina Czarów Howard rządzi się bowiem swoimi prawami i dysponuje swoją własną paletą postaci. Autorka wprowadza całkowicie nowe postacie, zarówno te poboczne, jak i główne, jak na przykład Jeba, przyjaciela Alyssy. Do bohaterów Alyssy... z reguły raczej trudno jest mi się jednoznacznie ustosunkować, jednakże na pewno nie wzbudzają we mnie wyłącznie pozytywnych czy negatywnych uczuć, przypominają raczej pewną mieszankę fascynacji i pewnego rodzaju odrazy na widok niektórych ich aspektów, zatem jestem wobec nich ambiwalentna.

Jeśli zaś chodzi o podobieństwa łączące Alicję z Alyssą, to na pewno obydwie cechuje olbrzymi sceptycyzm oraz kierowanie się przede wszystkim logiką, a nie emocjami. I w zasadzie na tym kończą się wszelkie podobieństwa. Alyssa w przeciwieństwie do swojego literackiego pierwowzoru obarczona jest dodatkowo pewną przynależnością do ludzkiej krainy nie tylko ze względu na wiek, jak również powiązania rodzinne. Musi w końcu naprawić błędy swojej prababki, a więc ustanowić kolejne nowe zasady panujące w Krainie Czarów. Pomaga jej w tym logiczne myślenie, które zresztą nawet jeśli słuszne i podparte faktami, niejednokrotnie mnie irytowało. Bardzo brakowało mi uczucia, pasji, pewnej większej wrażliwości. Wprawdzie Alyssa dysponowała tymi cechami, jednakże to logika pozostawała na pierwszym miejscu. Przyznaję, że po ponownej lekturze Alicji..., a następnie Alyssy..., u obydwu bohaterek właśnie to mnie irytowało. Zdecydowanie bowiem nie są to postacie, które pozwalają by to uczucia, emocje miały u nich pierwszeństwo, a nawet jeśli to w bardzo mocno ograniczonym zakresie. 

Reasumując, Alyssa i czary to lektura, której zdecydowanie warto poświęcić czas i na kilka godzin przenieść się do nieco zwariowanego świata Krainy Czarów, gdzie wszystko często gęsto jest na opak niż w znanej nam rzeczywistości. Dzięki temu po skończonej lekturze w pewnym sensie zaczyna się bardziej cenić codzienną rzeczywistość i rozkoszować się jej przyjemnymi detalami, w tym możliwością przeczytania podobnej książki. Kto wie, być może w najbliższej przyszłości sięgnę także po kolejny tom, czyli Alyssę i obłęd? Myślę, że zrobię to z miłą chęcią. :)

 

Alyssa i czary to powieść niemal idealna dla fanów fantasy, przy której można spędzić kilka magicznych wieczorów. Także wielbiciele świata Krainy Czarów znajdą tutaj jej niezwykle pieczołowicie odwzorowany wzór. Tym razem historia podążania wgłąb króliczej nory dotyczy naprawienia rzekomych błędów Alicji, jest to jednakże świetny sposób na sprawdzenie, jak dobrze pamięta się oryginalną książkę Lewisa. Wreszcie, powieść dla tych, którzy pragną nowego, nieco bardziej mrocznego obrazu zwariowanej Krainy Czarów, a zarazem chcą przeczytać coś, co przypomni im książki czytane w dzieciństwie. Polecam serdecznie!

Moja ocena: 7/10. :)


Czytaj dalej »
on 28 sierpnia 1
Podziel się!
Etykiety
fantasy, obyczajowe
Nowsze posty
Starsze posty

24 sierpnia

"Tego lata stałam się piękna" - Jenny Han HIT czy KIT?!

Po powieść Jenny Han Tego lata stałam się piękna sięgnęłam zupełnie spontanicznie. Tytuł kojarzyłam z widzenia, jednakże do przeczytania tej książki skłoniły mnie następujące rzeczy: zwiastun ekranizacji oraz fakt, iż akcja książki toczy się latem. Pomyślałam więc, że będzie to doskonały tytuł rozpoczynający sierpniową porę. Mimo iż zdecydowanie nie określiłabym tej książki mianem wybitnej, co najwyżej jako pozycję wartą uwagi na "jeden raz", to muszę jednak oddać autorce to, że umieszczenie akcji powieści w samym sercu upalnej letniej pory zgrało się niemal idealnie. Dzięki temu bowiem mogłam z pełnym zaangażowaniem wczuć się w opisywane wydarzenia. Czy jednak Tego lata stałam się piękna w jakiś sposób może konkurować z trylogią Do wszystkich chłopców, których kochałam? Właśnie to pytanie postanowiłam sobie zadać przed rozpoczęciem lektury.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Cykl życia młodej Belly wyznacza jedna pora roku, lato. Pozostałe trzy w ogóle dla niej nie istnieją. Dla niej wszystko, co najlepsze ma miejsce właśnie letnią porą. To wówczas spędza czas z dwójką braci Fisher, Conradem i Jeremiahem, którzy traktują ją niczym młodszą siostrę. Jeden z nich stanowi obiekt jej dziecięcych i młodzieńczych westchnień, zaś drugi jest najlepszym przyjacielem. Tego lata jednak coś się zmieniło. Bracia nie traktują już Belly jako młodszej siostry. Zarazem są to ostatnie wakacje, które spędzają wspólnie, zanim bracia rozpoczną studia. Tegoroczne wakacje zmienią wszystko, zarówno na lepsze, jak i na gorsze.
- opis własny
Sięgając po Tego lata stałam się piękna byłam przede wszystkim ciekawa, czy Jenny Han zaskoczy mnie zupełnie nową realizacją młodzieżówki tym razem z wakacyjnym tłem. Gdzieś z tyłu głowy tliło się jednak intuicyjne przeświadczenie, że ta powieść raczej nie pretenduje do miana następcy po kultowej serii Do wszystkich chłopców, których kochałam, zresztą całkiem słuszne. Różnica między obydwoma książkami jest na tyle diametralna, że w zasadzie nawet nie mam po co ich ze sobą porównywać. Do pewnego stopnia jestem wręcz rozczarowana tym, że autorka, która napisała naprawdę świetną trylogię z historią miłosną w tle, potrafiła stworzyć powieść tak mocno obiegającą od jej stylu, umiejętności tkania fabuły czy nawet kreacji samych bohaterów. Tego lata stałam się piękna to powieść zdecydowanie nie dająca się porównać względem wspomnianej serii, a wypadająca przy niej wręcz blado i nijako.

Pod względem fabularnym powieść ta przypomina zbyt szybką jazdę rollercosterem, poszczególne epizody następują po sobie zbyt szybko, pozbawione są przy tym jakiegokolwiek głębszego przekazu, a wszystko zamyka się w niedopowiedzeniach i półsłówkach. Na uwagę zasługuje też fakt, iż działania bohaterki, skądinąd, skoncentrowanej wyłącznie na sobie, potrafiły mnie mocno zirytować. Zdaję sobie sprawę, iż literatura młodzieżowa rządzi się własnymi prawami, które może nie są do końca przemyślane, jednakże w przypadku tej książki bardzo mocno rzutuje to na negatywny odbiór książki. Fabularnie staje się ona spłycona, przez co w zasadzie trudno jest znaleźć w niej pozytywy.

Tego lata stałam się piękna zdecydowanie nie jest pozycją, po której można by się zbyt wiele spodziewać, choć znalazły by się jeden, może dwa, momenty zaskoczenia. Akcja wbrew pozorom rozwija się bardzo szybko, jednakże ceną za to jest spłycony rozwój fabuły. Wydarzenia następują po sobie kolejno, szybko, ale bez jakiegokolwiek głębszego zagłębienia się weń. Można by dopatrywać się w takim zabiegu próby realizacji typowej "młodzieżówki" wypełnionej dialogami i mnogością drobnych, choć niewiele znaczących wydarzeń. Paradoksalnie, w przypadku tej książki, dzięki jej "płytkiej warstwie" naprawdę nie potrzeba zbyt wiele czasu, aby się wciągnąć, co czyni ją pozycją idealną na lato. Sama przeczytałam tę powieść w niecałe dwa dni, choć z drugiej strony bardzo brakowało mi szerszego rozbudowania i głębi pod względem fabularnym.

Klimat to chyba największy atut, jaki jestem skłonna tej książce przypisać. Autorka znakomicie wykreowała atmosferę lata, wypełniła swoją powieść momentami o młodzieńczych imprezach, wieczorach filmowych, spalonej słońcem plaży i nocnym pływaniu w basenie. Praktycznie nie zabrakło niczego, czego potrzeba do stworzenia powieści z motywem lata w tle. Zarazem jednak fakt, iż fabuła pozbawiona została głębi, a wydarzenia toczyły się nieco zbyt szybko, nie mogłam w pełni nacieszyć się tym letnim klimatem, lecz przynajmniej udało mi się go zasmakować.

Tym, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło w niniejszej powieści, był język, który choć niemal w całości poprawnie stylizowany na młodzieżowe trendy, bardzo pasował do książki Han. Co prawda, brakowało mi niezwykle mocno jakiejś głębszej treści, jednakże dzięki temu dość szybko przebrnęłam przez tę książkę, zajęło mi to właściwie jedno popołudnie z uwzględnieniem doczytania zakończenia następnego poranka. Tym sposobem autorka bardzo zgrabnie oddała zarówno rzeczywistość w jakiej żyją obecni nastolatkowie, jak również zadbała o to, by sprawnie podkreślić ich podejście do życia, pęd za przyjemnością i nastawienie bardziej na "ja" niż "my".

Han należy również oddać to, że choć wykreowała swoich bohaterów na współczesną nastoletnią modłę bardzo sprawnie, to zarazem zadbała o to, by ukazać ich wyjątkowe i wyróżniające cechy. Dzięki temu, pomimo faktu, że ich osobowości pozostają pozbawione introspekcji, do pewnego stopnia potrafią się oni wybić ponad zwykłą powierzchowność. Najlepiej zostały zarysowane sylwetki trójki głównych postaci: Jeremiaha, Conrada i oczywiście Belly. Pisarka zadbała o to, aby każdej ze swoich bohaterów przypisać pewne szczególne cechy charakterystyczne, co zresztą wyeksplorowała do tego stopnia, że podczas lektury nie mogłam nie dostrzec tak gładko zarysowanych stereotypów. Belly uosabia chodzącą nastoletnią piękność o dość niskim poczuciu własnej wartości z nastawieniem na uwiedzenie chłopców, a w szczególności Conrada, który jest jej młodzieńczym obiektem westchnień. Praktycznie w ogóle nie zwraca uwagi na uczucia pozostałych postaci, jest mało spostrzegawcza, a przy tym chętnie manipuluje innymi. Nie ukrywam, że fakt, iż to właśnie ona była główną bohaterką, a zarazem i narratorką powieści, okropnie mnie irytował. Belly stanowiła typowy stereotyp przysłowiowej naiwnej blondynki, a jej nieumiejętność dostrzegania faktów sprawiła, że ta postać wydawała mi się płaska i mało interesująca. Spodobało mi się natomiast całkowite zróżnicowanie braci: wesołego i skłonnego do żartów, empatycznego młodszego Jeremiaha oraz ponurego i zamkniętego w sobie Conrada, jak również zaskakująco barwna postać Sussanah, mamy braci. Gdybym miała zabrać się za lekturę kolejnego tomu, zrobiłabym to dla Jeremiaha, ale już na pewno nie dla Belly czy Conrada.

Reasumując, Tego lata stałam się piękna to pozycja, która może okazać się dobrą odskocznią, ciekawą wyprawą w nastoletnie czasy, tuż przed wejściem w okres dorosłości. Dla mnie zdecydowanie taka była. Brakowało mi pewnego rodzaju głębi, postacie zostały wykreowane jako zdecydowanie zbyt płytkie, bym w jakiś sposób mogła polubić jakiegokolwiek bohatera, choć gdybym miała wybierać byłby to Jeremiah. Nie będę ukrywać, że po autorce trylogii, która wzbudziła w moim sercu zachwyt, czyli Do wszystkich chłopców, których kochałam, spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, niż to, co otrzymałam. Na tle serii o Larze Jean, historia Belly wypada zdecydowanie zbyt słabo, a w zasadzie zbyt rozczarowująco, bym mogła wystawić jej wyższą notę niż te 5/10 gwiazdek, które dałam tej książce na LubimyCzytać. W najbliższym czasie raczej nie zamierzam czytać kolejnych tomów, choć kto wie, być może w przyszłym roku najdzie mnie na tego typu historię "niższych lotów" z wakacyjnym klimatem w tle i nastoletnim romansem.
Tego lata stałam się piękna nie jest pozycją, od której należało by wiele oczekiwać, zwłaszcza, jeśli ktoś postrzega ją w kategoriach nowej lepszej historii miłosnej niż Do wszystkich chłopców, których kochałam. Pozycja zdecydowanie przeciętna i mało wymagająca, co wbrew pozorom czyni ją poczytną, w sam raz na wakacyjną porę. Jeśli szukacie powieści, której akcja przeniesie Was na nadmorską plaże, wśród rozpromienione nastoletnie towarzystwo, pozycja od Jenny Han powinna się Wam spodobać. Jednakże, nie nastawiajcie się na lekturę w jakikolwiek sposób wybitną, gdyż zwyczajnie się rozczarujecie. Ot, dobra pozycja na "jeden raz".

Moja ocena: 5/10. :)

Czytaj dalej »
on 24 sierpnia 0
Podziel się!
Etykiety
obyczajowe, romans, wakacyjne
Nowsze posty
Starsze posty

05 sierpnia

Podsumowanie Lipca 2023

 Z początkiem lipca rozpoczęłam staż w wydawnictwie ZNAK. Był to dla mnie wspaniały okres i nim się obejrzałam miesiąc już się skończył, niemniej jednak bardzo miło wspominam tamtejszą pracę. Naprawdę wiele się nauczyłam, poznałam tajniki pracy zarówno redakcji, jak i promocji, a miałam tą przyjemność, że mogłam wykonywać zlecenia z obydwu tych działów wydawniczych. Pozostaje mi czekać na październik na propozycje dalszej pracy. Lipiec był więc dość intensywny, ale z pewnością dla mnie był to czas, kiedy mogłam rozwinąć swoje twórcze pasje i spróbować pracy moich marzeń, zresztą nie byle gdzie, w końcu ZNAK to polski moloch wydawniczy! 

W lipcu rozpoczęłam lektury moich pozycji magisterskich, a głównie jest to literatura fantasy oraz psychologiczna, ale ponadto sięgnęłam też po inne pozycje z gatunku obyczajówek, tak aby nieco wczuć się w ten wakacyjny klimat. Tak jak wspominałam w ostatnim poście skończyłam również serię o Lou Clark (recenzja tutaj), którą bardzo ciepło wspominam i jestem przekonana, że za niedługo sięgnę po inne książki z pisarskiego dorobku Jojo Moyes. Zapragnęłam też powtórzyć sobie kilka filmowych produkcji, ale też zapoznać się z tymi całkiem dla mnie nowymi. Obejrzałam więc Avatara Istotę wody, który bardzo mocno mnie urzekł, zapoznałam się też z filmami takimi jak: Coco, Frozen II, a także Nasze magiczne Encanto i był to zdecydowanie obok Avatara najlepszy film lipca! Pokochałam Mirabel, jej oddanie rodzinie, a także jej determinację, z jaką poszukiwała swojego własnego miejsca w la familia magical Madrigal. Wraz z przyjaciółką miałam możliwość obejrzenia tegorocznego hitu w postaci Barbie na wielkim kinowym ekranie. Sam film natomiast był moim zdaniem całkiem okej, choć zdecydowanie było w nim za dużo różu i plastiku, tym samym nie wystawiłabym mu jakiś wysokich not. Udało mi się nareszcie obejrzeć 11 sezon Modern Family i jeśli czytaliście moją opinię o tym serialu, to wiecie, jak bardzo mi się on spodobał, a finałowy sezon stanowił świetne zwieńczenie pozostałych części. Rozpoczęłam również serial The Good Doctor, który jest dostępny na platformie Netflix i dość szybko się w niego wciągnęłam. Jest to jedna z tych produkcji z dobrą, niebanalną i wciągającą fabułą, poruszająca zresztą ciekawą historię chirurga z autyzmem i zespołem sawanta. Przyznam, że sierpień również zapowiada się obiecująco, zarówno pod względem literacko-czytelniczym, jak i tym serialowym.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

Lipiec był miesiącem, w którym sumiennie kontynuowałam lekturę Do syta pióra Michała Cichego, która podzielona jest na trzy podstawowe części: czerwiec, lipiec oraz sierpień i w takiej kolejności też je czytam. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie spokój, jaki niemalże wyziera się spod kart tej książki. Koncentracja, uważność i nastawienie na obserwację oraz przetwarzanie chwili obecnej, wręcz kontemplacja zastanej rzeczywistości to fundamenty, jakimi kieruje się autor tej książki, a także w pewnym sensie jego sposób na życie. Niesamowicie mnie to urzekło, do tego stopnia, że pewne elementy jego filozofii również zaczęłam wprowadzać w swoje życie. W następnej kolejności sięgnęłam po Marzyciela Strange The Dreamer autorstwa Laini Taylor, która to książka jest jedną z moich pozycji magisterskich. Mimo iż było to moje drugie zetknięcie się z tym niesamowitym światem, jaki Taylor stworzyła, w dalszym ciągu nie mogłam powstrzymać się od zachwytów nad tą powieścią. Wprawdzie po raz pierwszy czytałam Marzyciela kilka dobrych lat temu (na recenzję zapraszam tutaj), jednakże sam widok okładki wystarczył by powróciły przyjemne odczucia, jakie miałam podczas lektury tej książki. Z przyjemnością sięgnę także ponownie po kolejny tom niniejszej serii, czyli po Muzę Koszmarów i już nie mogę doczekać się tej chwili! Kolejną pozycją na mojej lipcowej biblioteczce okazała się być ostatnia część serii o Lou Clark, czyli Moje serce w dwóch światach Jojo Moyes, o której pisałam tutaj. Autorka w znakomity sposób zwieńczyła całą serię i tak, jak wspominałam, zamierzam w tegoroczne wakacje sięgnąć po inne pozycje z literackiego dorobku tej pisarki. W międzyczasie zaczęłam również czytać Alyssę i czary pióra A.G.Howard i chociaż sam koncept na tą powieść mnie oczarował, to jednak, potrzebowałam kilka dni przerwy i skupienia uwagi na innej książce, gdyż momentami świat wykreowany przez autorkę jawił mi się jako nieco prymitywny, skupiający się na mroczniejszej stronie fantastyki. Moje odczucia względem tej książki póki co nie są jeszcze do końca usystematyzowane, tak więc za niedługo pojawi się recenzja tej pozycji. Na początku sierpnia rozpoczęłam także lekturę Za niebieskimi drzwiami autorstwa Marcina Szczygielskiego i choć jest to stosunkowo krótka pozycja, momentami musiałam się po prostu zmuszać, aby przeczytać ją do końca. Winą za mój stosunek do tej książki muszę obarczyć jej bohatera, który krótko mówiąc nie przypadł mi zbytnio do gustu. Na szerszą opinię pozwolę sobie w recenzji, z kolei w pracy magisterskiej pozwolę sobie na znacznie bardziej obszerną analizę psychologiczną tej postaci. Z początkiem sierpnia przeczytałam również Tego lata stałam się piękna, której autorką jest Jenny Han i szczerze przyznaję, trylogia Do wszystkich chłopców, których kochałam jest nieporównywalnie lepsza, a wspomniany tom zdecydowanie się do niej nie ujmuje, stąd też moje uczucia względem tej książki są dość ambiwalentne. Tym samym w lipcu przeczytałam w sumie 6 książek, z czego trzy dokończyłam w sierpniu. A biorąc pod uwagę mój dość mocno ograniczony czas przez pracę, uznaję to za dobry wynik!:)
  1. Do syta, Michał Cichy
  2. Marzyciel Strange The Dreamer, Laini Taylor <recenzja tutaj>
  3. Moje serce w dwóch światach, Jojo Moyes <recenzja tutaj>
  4. Tego lata stałam się piękna, Jenny Han <recenzja 20.08.2023!>
  5. Alyssa i czary, A.G. Howard <recenzja 21.08.2023!>
  6. Za niebieskimi drzwiami, Marcin Szczygielski <recenzja 22.08.2023!>
Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości co do idealnego pretendenta do tytułu "Najlepszej Książki Miesiąca", a jest nim Marzyciel Laini Taylor!
  • Marzyciel Strange The Dreamer, Laini Taylor <recenzja>
W zasadzie trudno byłoby mi widzieć inny tytuł na tym miejscu. Marzyciel zajmuje w moim sercu absolutnie wyjątkowe miejsce i wiele by trzeba, żeby mu je odebrać. Laini Taylor jak nikt inny potrafi z subtelną magią tworzyć fantastyczne światy, że tak jak Sarai, jedna z bohaterek powieści bardzo chętnie spędziłabym w umyśle tytułowego Marzyciela niejeden sen. Powieść jedyna w swoim rodzaju i przez to tak wyjątkowa!
Sądząc po tym, co napisałam wcześniej, dla nikogo nie powinien być zaskoczeniem fakt, iż tytuł "Najgorszej Książki Miesiąca" otrzymuje powieść Marcina Szczygielskiego, Za niebieskimi drzwiami.
  • Za niebieskimi drzwiami, Marcin Szczygielski:
Muszę przyznać, że sam pomysł na książkę był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem i choć nie potrafię odmówić autorowi uroku pod względem stylu i zdolności kreacji fantastycznych światów, ani nawet sprawnego poruszania kwestii psychologicznych, takich jak trauma i żałoba, to jednak postać głównego bohatera w moim odczuciu jest po prostu zbyt skrajna. Dość dawno nie spotkałam bohatera, który irytowałby mnie do tego stopnia, że musiałam na chwilę odłożyć daną książkę. A w tym przypadku po prostu musiałam. Potrafię wczuć się w sytuację Łukasza, bohatera powieści, ale zdecydowanie jest to postać, która tkwi w pewnym zastoju. Bardzo mocno brakowało mi jakiegokolwiek rozwoju jego postaci w tym pozytywnym sensie, czego niestety nie otrzymałam, a szkoda, bo gdyby autor wyposażył swojego bohatera w większą dozę empatii, powieść naprawdę by na tym zyskała... Więcej pozwolę sobie przedstawić w recenzji, która pojawi się już na dniach!

CO W SIERPNIU 2023?
Sierpień rozpoczął się dużo intensywniej niż się tego spodziewałam i w zasadzie nim zdążyłam się obejrzeć byłam już zaangażowana w mnóstwo pomniejszych spraw, w tym opiekę nad dziećmi, po czym zwykle potrzebuję dnia lub dwóch, aby się naładować i wrócić do swojego "normalnego trybu". Lubię dzieci, a w zasadzie to je uwielbiam, ale przyznaję, że potrafią mnie nieco zmęczyć. Udało mi się jednak wygospodarować całkiem sporo czasu na czytania, gdyż tak, jak wspominałam, dokończyłam lekturę Alyssy i czarów A.G. Howard, przeczytałam również Za niebieskimi drzwiami Marcina Szczygielskiego oraz Tego lata stałam się piękna Jenny Han. W planach mam również kontynuację Do syta Michała Cichego, kolejną pozycje do mojej pracy magisterskiej, czyli Poczwarkę Doroty Terakowskiej, a także kilka innych pozycji, jakie wpadły mi w oko podczas lipcowego stażu w wydawnictwie. To od jakiej pozycji zacznę, pozostawiam już mojemu wewnętrznemu kompasowi czytelniczki:
  • Lassie, wróć! Eric Knight;
  • Równoumagicznienie Terry Pratchet;
  • Poczwarka Dorota Terakowska;
  • Szkoda, że Cię tu nie ma Jodi Picoult;
  • Muza Koszmarów Laini Taylor;
  • Ponad wszystko Nicole Yoon;
  • Heartstopper Alice Oseman;
  • Opowieści galicyjskie Andrzej Stasiuk;
  • Alicja w krainie czarów Lewis Caroll - po przeczytaniu Alyssy i czarów, zapragnęłam przypomnieć sobie oryginalną historię Alicji w wykonaniu Lewisa (i oczywiście chcę porównać te dwie książki, tak jak dyktuje mi moja komparatystyczna natura).

Czytaj dalej »
on 05 sierpnia 1
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, stosik książkowy, zapowiedź
Nowsze posty
Starsze posty

28 lipca

"Moje serce w dwóch światach" - Jojo Moyes

Trochę czasu musiało upłynąć nim zapragnęłam przeczytać trzeci tom serii Lou Clark, a ponieważ są wakacje nabrałam ochoty właśnie na tę lekturę, jednocześnie powtarzając Marzyciela Laini Taylor, o którym pisałam już jakiś czas temu tutaj oraz Alyssę i czary pióra A.G.Howard, której recenzji można się spodziewać już na dniach (01.08.2023; wtorek). Moje serce w dwóch światach idealnie spełniło swoje oczekiwania i zdecydowanie pozwoliło mi się odprężyć, a moje wieczory i powroty z pracy upływały mi pod motywem przewodnim niniejszej serii. Dość szybko pokochałam na nowo nie tylko i samą oryginalną Lou, ale również styl Jojo Moyes, i jestem przekonana, że w najbliższym czasie przeczytam coś z jej pisarskiego dorobku (zaciekawiły mnie ostatnio W samym sercu morza oraz Światło w środku nocy). Bycie w tym miesiącu w rozjazdach, trochę na mieszkaniu z kotem Toto, a trochę w domu sprawiły, że mogłam znacznie mocniej identyfikować się z uczuciami głównej bohaterki, nie wspominając już o tym, że mamy podobny typ osobowości.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

Louisa Clark za sprawą związku z przystojnym ratownikiem Samem przezwyciężyła swoją traumę po stracie ukochanego Willa. Za namową dawnej miłości postanowiła korzystać z życia, poznać lepiej siebie samą i dobrze wykorzystać cenny czas zanim dobrnie do przysłowiowej trzydziestki. Nathan, jej dawny kolega z pracy kontaktuje się z nią w sprawie zatrudnienia u zamożnej pary Gopników w Nowym Jorku. Lou decyduje się na wyjazd, jednocześnie pragnąc umocnić swój związek z Samem nawet w sytuacji, gdy zakochanych dzieli od siebie odległość z Londynu do Nowego Jorku. Wyjazd do miasta drapaczy chmur okaże się pełen zawirowań dla Lou i niespodziewanych zaskoczeń, a jedną z niespodzianek okaże się być Josh, mężczyzna, który wygląda dokładnie tak samo jak Will Traynor.

- opis własny

Już od dawna miałam w zamyśle, aby sięgnąć po trzeci tom przygód Louisy Clark, młodej, acz nieprzeciętnej Angielki, której kreatywne pomysły i stroje zna nie tylko jej najbliższa rodzina, ratownik Sam czy Traynorowie. Zarazem jednak nie chciałam żegnać się jeszcze z tą postacią, toteż jakoś tak wyszło, że odkładałam przeczytanie jej w oczekiwaniu na moment, kiedy moje czytelnicze serce będzie miało ochotę sięgnąć właśnie po ostatni tom serii o losach jednej z sióstr Clark. Nie musiało upłynąć zbyt dużo czasu, bym na nowo odczuła zachwyt nad tą serią, gdyż w tą książkę wciągnęłam się już dosłownie od pierwszej strony.

Fabuła Moje serce w dwóch światach urzekła mnie od pierwszych stron, bowiem już na początku można zauważyć, jak płynnie autorka przeplata wątki z drugiego tomu, by umiejscowić realizację swoich pomysłów w tym kolejnym. Lou postanowiła podążyć za swoim marzeniem, czy raczej wyruszyć z misją odnalezienia go i podróży w głąb samej siebie na ulice Nowego Jorku, szukając odpowiedzi na pytanie kim tak naprawdę jest Louisa Clark. Nowe miasto, nowe możliwości oraz nowa praca, która da jej możliwą satysfakcję. Autorka znakomicie i niezwykle autentycznie wkomponowała początkowe zagubienie swojej bohaterki w nowym miejscu, jej rozstanie z rodziną i ukochanym Samem oraz stopniową adaptację do otoczenia. Wątki, jakie grają pierwsze skrzypce w niniejszym tomie zostały znacząco rozbudowane, choć nie na tyle, aby przyćmić główny motyw i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie Louisy o własną tożsamość. W trzecim tomie swojej własnej opowieści bohaterka ma szansę przejść prawdziwą metamorfozę, dojrzeć i odnaleźć tą jedyną, niepowtarzalną drogę. Mnogość postaci w niczym zresztą nie przeszkadza, a fakt, że zostali bardzo realistycznie wykreowani zdecydowanie nie czyni ich postaciami "w tle". Autentyczność, barwność i nutka ciepła znakomicie prowadzą czytelnika przez fabułę trzeciego tomu.

W powieści Jojo Moyes zawsze potrafiłam się wciągnąć z łatwością i tak też było w tym przypadku. Na sam rozwój akcji i nawet tych pobocznych wątków nie musiałam zbyt długo czekać. Wartka akcja i lekki styl autorki sprawiają, że przez tę powieść się płynie, nie ma bowiem miejsca na jakiekolwiek znużenie fabułą i poruszanymi wątkami. Choć motywów, jakie przejawiają się w tej książce jest mnóstwo, autorka zgrabnie je od siebie oddziela i rozkłada akcję mniej więcej po równo, tak, iż to postać Lou pozostaje na planie pierwszym. Bardzo ciekawym zabiegiem jest przenikanie się obydwu światów: Londynu i Nowego Jorku, gdyż choć pozornie Lou odnajduje się w swoim nowym terenie, doskwiera jej niekiedy tęsknota za domem, a odległość niekoniecznie pomaga. Bohaterka, a wraz z nią i my, celebruje chwilę obecną, nawet, gdy pojawiają się wspomnienia czy nowe trudności, co dodatkowo równoważy akcję. Zarazem jednak niekoniecznie szybkie tempo pozwala na kontemplację tych ważnych dla bohaterki aspektów, a czytelnikom umożliwia rozkoszowanie się lekturą i przeniknięcie na nowojorskie ulice, do okazałego apartamentu Gopników czy pod miejską bibliotekę, której grozi wyburzenie.

 Niebo jest to samo. (...) O tym musimy pamiętać. Wciąż mieszkamy pod tym samym niebem.

Moyes jak nikt inny potrafi wyczarować subtelny klimat, gdzie nawet jeśli poruszane są pewne kontrowersyjne czy trudne i bolesne kwestie, to ich brzmienie nie zostaje wysunięte na plan pierwszy. Autorka otula Louisę, jej smutki i troski, wypychając ją na przód i karząc jej zawalczyć o swoje. Powieść ta ma w sobie mnóstwo uroku i ciepła, nadziei nowych szans, nie przypomina melodramatycznej historii Zanim się pojawiłeś czy Kiedy odszedłeś (linki do recenzji tutaj i tutaj), Lou postawiła bowiem już pierwsze kroki na drodze do wydobycia swojego potencjału. I choć w tym tomie nie brakuje trudnych momentów, zdecydowanie czuć jednak promienie nadziei i determinację, siłę uczuć głównej bohaterki, a także jej pragnienie odnalezienia w końcu własnego marzenia.

Język, jakim operuje Moyes to tylko jeden z atutów tej książki, jest on niezwykle prosty, nawet, jeśli weźmie się pod uwagę niektóre kwestie poruszane w tej książce, to nie razi to aż tak bardzo. Za pośrednictwem jakże kobiecego stylu, Moyes zgrabnie ujawnia ukryte schematy, motywacje i sumienie niektórych postaci, a jednocześnie tka niebanalną kolej losów Lou Clark. Prosty i lekki styl powieści czyni lekturę niesamowicie odprężającą i relaksującą, a po całym dniu pracy pozwala na kilka godzin upragnionego odpoczynku przy dobrej książce. Nie będzie przesadą, jeśli przyznam, iż przez Moje serce w dwóch światach się niemalże płynie, przy czym fakt, iż powieść ma 512 stron (jak dla mnie w sam raz) traci na znaczeniu w perespektywie kilku dni, kiedy można się w nią w pełni zanurzyć i wraz z Lou poznawać Nowy Jork, jego mieszkańców, choćby tylko w papierowym wymiarze.

Myślałam o tym, jak bardzo kształtują nas ludzie, którzy nas otaczają, i jak z tego powodu bardzo trzeba uważać, wybierając ich, a potem przyszło mi do głowy, że mimo wszystko może się okazać, że trzeba ich utracić, żeby tak naprawdę odnaleźć siebie.

Względem postaci, jakie występują w tej książce miałam bardzo różnorodne odczucia, które jednak w miarę dalszej lektury ulegały one zmianom. Przyznaję, że z początku miałam wrażenie, jakby Moyes stworzyła dość przewidywalne i stereotypowe postacie, pomijając oczywiście niesztampową i oryginalną Lou, i tak do pewnego stopnia było. Właściwie w pewnym sensie ich zachowania pozostawały wpisane w pewien schemat, jednakże, co dość przyjemnie mnie zaskoczyło, to fakt, iż później Moyes postanowiła obnażyć ich pewne cechy, ukazując tym samym ich działania w zupełnie innym świetle. W przypadku tej historii był to zupełne odwrócenie proporcji, a te postacie, które na pierwszy rzut oka wydawały się "w porządku" zrzucały swoje maski odsłaniając kierujące nimi motywy. Bardzo spodobał mi się ten zabieg, bo choć niektórych zachowań właściwie się spodziewałam, o tyle niektóre mnie zaskoczyły, tak pozytywnie, jak i negatywnie. 

Pokochałam na przykład Margaret DeWitt, która z początku przedstawiana była przez Moyes jako ekscentryczna staruszka, której obce jest zainteresowanie się innymi, a która wiecznie sypie pretensjami. Później jednak zdecydowanie lepiej ją rozumiałam i była to kolejna postać po Lou, którą pokochałam z całego serca, a wraz z nią i uroczego mopsa imieniem Dean Martin. Odwrócenie perspektywy uważam za bardzo mocny atut tej książki, gdyż w zasadzie nie tylko pozwala on spojrzeć na całą sytuację Lou w Nowym Jorku od drugiej strony medalu, ale również ujawnia dwulicowość niektórych postaci, a innym pozwala ukazać swoje "złote serca". Jestem pełna podziwu dla postaci Lou, która znacznie rozwinęła się w tym tomie, znalazła swoje własne "Ja", marzenia i cele, do których zaczęła wytrwale dążyć. Natura Lou jest zmienna, stąd zmieniają się jej problemy, zawirowania życiowe aż po dążenie do duchowej dorosłości. Zarówno jej wątpliwości, lęki, obawy, jak i niegasnący optymizm zostały w tym tomie bardzo dobrze wyeksponowane. A to pozwoliło pisarce wydobyć na wierzch właśnie te cechy Lou: jej upór, czułość, zaangażowanie, sprawiając, że jej metamorfoza została przedstawiona w niesamowicie autentyczny sposób.

Lektura Moje serce w dwóch światach pozostawiła mnie z całą gamą ciepłych odczuć względem tej serii, samej Lou oraz jak wspominałam na początku miłości do prozy Jojo Moyes. Nie jest to wprawdzie lektura wybitna czy "wysokich lotów", ale zdecydowanie bardziej taka z gatunku tych, przy których można się naprawdę odprężyć i po prostu relaksować się dobrą książką. Bardzo cieszy mnie fakt, iż jest to jedna z kilku pozycji, z którymi rozpoczęłam tegoroczne lato, a Moje serce w dwóch światach to książka, która zdecydowanie wpisuje się w taki klimat. Mam ogromną nadzieję, że inne pozycje z biblioteczki od Jojo Moyes okażą się równie niezapomniane i frapujące, gdyż powieść wieńcząca losy Lou jest nie tylko wspaniała, ale także celebruje podążanie za głosem serca i akceptację własnego "Ja". To zdecydowanie mój "must read" tego lata!

 

 Moje serce w dwóch światach z pewnością jest pozycją, którą wspomina się miło i z czułością. Pozycja idealna na letnie wieczory, a dla tych, którzy chcą poznać oryginalną i kreatywną bohaterkę jest to wręcz pozycja obowiązkowa. Fanom prozy Jojo Moyes, jak również wielbicielom serii o Lou Clark chyba nie muszę już tego mówić - pokochacie tą książkę! Polecam serdecznie!

Moja ocena: 8/10. :)

 

 

Czytaj dalej »
on 28 lipca 0
Podziel się!
Etykiety
literatura piękna, obyczajowe, okruchy życia
Nowsze posty
Starsze posty

05 lipca

"Anne z Zielonych Szczytów" - Lucy Maud Montgomery

Czerwiec był miesiącem, w którym Anne była postacią niemal dominującą, powróciłam bowiem do serialu Anne with an E i postanowiłam na własnej skórze przekonać się czy tłumaczenie Anny Bańkowskiej jest tak dobre, jak słyszałam. Bardzo miło było mi powrócić do Zielonych Szczytów, zwłaszcza w czasie wolnym przed sesją, gdy potrzebowałam się odstresować. Lektura "nowej Anne" w wykonaniu Bańkowskiej pozwoliła mi zobaczyć historię Anne w zupełnie innym świetle. A opowiedziane przez nią losy rudowłosej dziewczynki mają w sobie pewien nieodparty urok. 

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE: Lullaby, The Crue

Historii o Anne, rudowłosej marzycielce, która wskutek pomyłki panny Spencer trafia na Zielone Szczyty, chyba nie trzeba już nikomu przedstawiać. Niemniej w nowym tłumaczeniu Bańkowskiej czuć pewien specyficzny klimat, swoiste ciepło i niezaprzeczalny urok Wyspy Księcia Edwarda, a historia losów Anne nabiera zupełnie innego charakteru. Tłumaczenie to jest zresztą najbliższe oryginałowi, a jak przyznała sama Bańkowska, ktoś musiał się ostatecznie podjąć tego zadania. Mała Shirley jednoczy serce mrukliwego, acz łagodnego Matthew Cuthbert i ostatecznie zostaje w Zielonych Szczytach i przy okazji ubarwia życie mieszkańcom. 

- opis własny

W zasadzie nie potrzeba było dużo czasu bym zakochała się w tak bliskim oryginałowi tłumaczeniu Bańkowskiej. Choć główny kontekst historii Anne jest niemal identyczny z opowieścią w tłumaczeniu Rozalii Berensteinowej, na którym wychowałam się ja i moje rodzeństwo (i zapewne znaczna większość znanych mi ludzi), co bystrzejsze oko z pewnością dostrzeże subtelne różnice w opowiedzianej historii. Przyznaję, że gdy wyszło nowe tłumaczenie, sama byłam dość sceptycznie nastawiona względem wprowadzonych zmian i tudzież "poprawek", jednak moja otwarta i ciekawska natura kazała mi zaglądnąć do środka i osobiście przekonać się, co tak naprawdę skrywają nowe i piękne okładki historii o "nowej Anne". 

Choć fabuła historii o rudowłosej marzycielce, która wskutek straszliwej pomyłki trafia na Zielone Szczyty i zostaje adoptowana przez rodzeństwo Cuthbertów jest mi (i wam zapewne również) doskonale znana, to jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że historia, którą czytam jest zgoła zupełnie inna. Być może była to kwestia przekładu, gdzie tłumaczka stroni od naśladowania swoich poprzedniczek i skupia się na jak najwierniejszym oddaniu oryginalnego toku powieści Lucy Maud Montgomery. Stąd niekiedy pojawiają się detale, których w tłumaczeniu Berensteinowej nie ma (zdaję sobie sprawę, że czytałam ten przekład jako dziecko, ale mam to do siebie, że doskonale pamiętam wszystkie książki, jakie przeczytałam), co sprawia, że historia ta była dla mnie w miarę dalszej lektury coraz bardziej intrygująca. Faktem jest, że jeśli chodzi o schemat fabularny, Bańkowska ściśle trzyma się "scenariusza" autorki, jednak chcąc pozostać wierną oryginałowi, tłumaczka ubogaca fabułę wplatając w nią nawet te najdrobniejsze zmiany, aż po te najbardziej rzucające się w oczy, jak brak pokoiku na facjatce, zmiana tytułu na Zielone Szczyty i rezygnacja ze spolszczania imion, czy też dążenie do wyrazistej kreacji bohaterów. Jak sama przyznała, było to zadanie, które ktoś musiał wykonać, aż w końcu to ona sama postanowiła się go podjąć i moim zdaniem całkiem słusznie, bo choć w moim sercu Anne jako dziewczynka pozostanie Anią, to jednak mając na myśli dorosłą kobietę i historię wierną oryginałowi będzie to Anne.

Bardzo łatwo przyszło mi wciągnąć się w lekturę nowego przekładu autorstwa Bańkowskiej. Podczas sesji, kiedy miałam naprawdę niewiele czasu, żeby się odprężyć, wieczory spędzane na czytaniu Anne z Zielonych Szczytów znakomicie spełniały swoją rolę, przenosząc mnie na Wyspę Księcia Edwarda i pozwalając mi zanurzyć się w pełnym baśni świecie małej, a później dorosłej Anne. Wartka i lekka akcja sprawia, że przez kolejne rozdziały po prostu się płynie, a w miarę dalszej lektury zdecydowanie nie jest ani trochę nudno. Przeciwnie, historia Anne od samego początku angażuje czytelnika i pozwala mu w pełni wczuwać się w opowieści Anne, i wraz z nią poznawać na nowo znane już z dawnych lat kąty Zielonych Szczytów. 

Klimat Anne z Zielonych Szczytów jest absolutnie wyjątkowy i zdecydowanie zasługuje na uwagę. Bańkowska potrafiła wydobyć to, co najlepsze z oryginalnego przekładu i decydując się na przysłowiowy powrót do korzeni, postarała się o jak najwierniejsze oddanie detali. Widać to przede wszystkim w języku, ale również i w klimacie powieści. Przez tą książkę dosłownie płynie się lekko i przyjemnie, a wszystko okraszone jest subtelną nutą baśniowości, zupełnie jak gdyby całą historię Anne opowiadała nam sama bohaterka, a niniejsza książka stanowiła coś w rodzaju pamiętnika. Nowa tłumaczka postarała się też o to, by jak najrzetelniej opisać przyrodę i oddała to w iście baśniowym stylu! Motyw bogatej wyobraźni Anne bardzo mocno wysuwa się na plan pierwszy, co sprawia, że lektura tej książki, zwłaszcza w okresie letnim idealnie wprowadza w nastrój właściwy do oddawania się marzeniom.

Kolejnym aspektem, który urzekł mnie w nowym przekładzie Bańkowskiej jest język powieści. W porównaniu do "oryginalnego" tłumaczenia Berensteinowej jest on o wiele bardziej subtelny i delikatny, pełen zmyślnych metafor, tak trafnie wpisujących się w umiejętność Anne do snucia swoich wyobrażonych opowieści. Ponadto, nowa tłumaczka pokusiła się również o to, aby wzbogacić nowy przekład o przypisy wyjaśniające, co poniektóre nazwy, chociażby kwiatów i wskazanie ich etymologii. Oczywiście, niektóre nazwy zostały wymyślone przez główną bohaterkę, czego również autorka tłumaczenia nie omieszkała napomknąć. Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, że powieść w nowym przekładzie jest o wiele bardziej obfita niż jej poprzednia wersja, całkiem możliwe, że jest to wynik poszukiwań i naprawdę dogłębnego przygotowania się Bańkowskiej do "przepisania" na nowo historii o rudowłosej Anne.

Tym, co ogromnie mnie zaskoczyło w nowym przekładzie była kreacja bohaterów. Pozornie wydawali się być dokładnie tacy sami, jakich pamiętałam ich czytając przekład Berensteinowej, miałam wrażenie, że są zdecydowanie bardziej dojrzali i rozbudowani, do tego stopnia, że przypisywanie im statusu wyłącznie postaci papierowych byłoby czystym absurdem. Zachwyciła mnie ich głęboka, wielowarstwowa budowa, ale przede wszystkim ich realność. Podziwiam to, jak bardzo Bańkowska wczuła się w rolę przekładoznawczyni i z jak pieczołowitą dokładnością starała się oddać oryginalną historię Anne Shirley. Co ciekawe, tak dogłębne przedstawienie postaci pozwoliło na wyeksponowanie ich najbardziej rozpoznawalnych cech i przykładowo niekiedy słuchając (czytając) wypowiedzi Anne niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że jej postać jest niesłychanie dramatyczna, zwłaszcza, kiedy wpadała w swoje "otchłanie rozpaczy" i zdecydowanie bardziej gadatliwa niż ją zapamiętałam z tłumaczenia Berensteinowej, a Matthew okazywał się być o wiele bardziej mrukliwy, a zarazem na swój sposób czuły. Strasznie mnie to rozbawiło, ale Bańkowska wydawała się przykładać ogromną wagę do eksponowania (nawet niekiedy niepotrzebnego wyolbrzymiania) cech swoich bohaterów. Oczywistym jest, że nadal uwielbiam postać Anne, jednakże jej dramatyzm i gadulstwo zostały przedstawione w książce w sposób niemal hiperboliczny.

Podczas czytania historii Anne w nowym przekładzie miałam również okazję, tak jak wspominałam na początku, obejrzeć dostępny na platformie Netflix serial Anne with an E będący adaptacją tradycyjnie znanej Ani z Zielonego Wzgórza. Stąd też wszelkie "błędy" tłumaczeniowe i spolszczone imiona bohaterów pozostają bez zmian, choć w samą historię wpleciono pewne nowości, rozszerzono ją też o pewne wątki nie wspomniane w książkowej historii. Z racji tego, że oglądałam i czytałam tą samą historię w podobnym czasie były takie aspekty, które mi po prostu zgrzytały, jak na przykład tendencja do posługiwania się spolszczonymi imionami bohaterów. Same nowe i oryginalne netflixowe wątki nie były złe. Aczkolwiek mocno rzucała się w oczy nietuzinkowa postać Ani i jej pełen pasji charakter, co akurat zostało oddane jak najbardziej trafnie i w bardzo drobiazgowy sposób. I to aż do tego stopnia, że nie mogłam się nadziwić, jak taka otwarta i elastyczna osoba może w każdym odcinku nosić tą samą fryzurę, nie wspominając już o tym, że to upięcie włosów, jakie miała Ania, zupełnie jej nie pasowało. Pomijając jednak ów aspekt, muszę pochwalić, iż twórcy zdobyli się na oryginalność wzbogacając fabułę o wątki osób nieheteronormatywnych lub przedstawicieli mniejszości etnicznych, co pozwoliło w pełni oddać otwarty i akceptujący charakter głównej bohaterki, a przy tym nadało serialowi głębszego wymiaru. Sam serial Anne with an E okazał się bardzo wzruszający i pełen ciepła oraz wyobraźni, które tak cenię w historii o Ani! Bardzo serdecznie polecam obejrzeć netflixową produkcję, choć raczej nie w tym samym czasie, kiedy czyta się Anię z Zielonego Wzgórza/Anne z Zielonych Szczytów.

"Ania czy Anne, kim jest bohaterka Lucy Maud Montgomery?" to pytanie przewodnie niniejszej recenzji, które jednak postanowiłam pozostawić jako kategorię otwartą, bo choć znam historię Ani od dzieciństwa, to jednak Anne, bohaterka tak podobna, a zarazem inna, również zaskarbiła sobie pewne szczególne miejsce w moim sercu. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że Zielone Szczyty, jak i wszelkie nowości, jakie wprowadziła Bańkowska stworzyły zupełnie nową - i jakże bogatą! - historię o szarookiej marzycielce zapoczątkowują nową erę opowieści o panience Shirley-Cuthbert i szczerze mówiąc podoba mi się to. Myśląc o dziewczynce, zawsze będę miała w głowie Anię z dawnych lat, lecz myśląc o kobiecie i oryginalnej historii napisanej z myślą o przede wszystkim, dorosłych czytelnikach, to zdecydowanie będzie to Anne. Opowiedziana na nowo historia Bańkowskiej ma swój wyjątkowy urokliwy i wypełniony emocjami klimat, który na długo pozostanie w moim sercu!

Anne z Zielonych Szczytów w wykonaniu Anny Bańkowskiej to dzieło, które zasługuje na docenienie. A wśród czytelniczek o rudowłosej marzycielce pozycja ta powinna obowiązkowo znaleźć się na półce i to zarówno wśród fanek "tradycyjnego" tłumaczenia historii Ani, jak również obecnego młodszego pokolenia. Zdecydowanie jest to historia, jaką docenią przede wszystkim kobiety, a słyszałam również, że doceniają i mężczyźni. Przede wszystkim jednak, warto się przełamać i dać szansę nowej historii Anne, udzielić jej głosu oraz pozwolić sobie dostrzec, jak bardzo historia ta ewoluowała pod względem głębi i emocji w wykonaniu Bańkowskiej. Polecam serdecznie!

Moja ocena: 9/10.

Czytaj dalej »
on 05 lipca 5
Podziel się!
Etykiety
obyczajowe
Nowsze posty
Starsze posty

04 lipca

Podsumowanie Maja i Czerwca 2023

Cześć! Zarówno maj, jak i czerwiec upłynęły mi pod znakiem intensywnych przygotowań do sesji, czytania tekstów, realizowania projektów studenckich oraz oczywiście czytania dla przyjemności. Po szczęśliwie i perfekcyjnie zdanej sesji letniej, mogłam na spokojnie skupić się na opiece nad kotkiem o imieniu Toto, weekendowym wyjeździe do Warszawy, rozpoczęciu stażu w Wydawnictwie Znak oraz powrócić do regularnego trybu blogowania i recenzowania. Nawiasem wspominając, dokładnie dzisiaj mija rocznica mojej Obrony pracy licecnackiej, uznałam więc, że będzie to idealna data na niniejszy wpis. :)
 
Niniejszy okres był bogaty zarówno pod względem literackim, studenckim, jak i kulturowym. Powróciłam bowiem do kontynuuowania rozpoczętego już dawno netflix'owego serialu Anne with an E, o którym za niedługo (bo już jutro 05.07!) w zaplanowanym porównawczym wpisie o nowej Anne Lucy Maud Montgomery w nowym tłumaczeniu Anny Bańkowskiej. Ponadto ponownie zabrałam się za niesamowicie stworzoną japońską serię animowaną, jaką jest Fruits Basket (o nim również będzie w lipcowych postach!). Rozpoczęłam również inne serie, takie jak The Crown, The Umbrella Academy, Hyouka czy Ouran High School Club. Przyznam szczerze, że lipiec zapowiada się szalenie entuzjastycznie, gdyż mam w planach wiele książek, wiele seriali oraz staż w polskim molochu wydawniczym. Będzie więc zdecydowanie literacko, co zresztą ogromnie mnie cieszy!

 NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

 
W maju ewidentnym wiodącym motywem czytelniczym były u mnie reportaże, choć nie zabrakło również wielu innych tekstów, już stricte fabularnych. Dzięki studenckiemu pakietowi w Legimi, miałam wreszcie możliwość przeczytać Galateę Madeline Miller, o której jednak miałam nieco inne wyobrażenia niż to, co ostatecznie otrzymałam. Mimo tego uważam, że warto było po nią sięgnąć, jest też stosunkowo krótka, a zatem idealna na 20 minutową podróż tramwajem. W następnej kolejności sięgnęłam już po bardziej studenckie lektury jak Śnieg Stanisława Przybyszewskiego, Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego czy Antologię Zebrało się śliny pod redakcją małżeństwa Kaczmarskich. Później w ramach zajęć seminaryjnych sięgnęłam po Mniejsze zło Andrzeja Sapkowskiego i mimo, iż nie należę do fandomu Wiedźmina, ani jakoś specjalnie nie przepadam za tą serią, to to opowiadanie przypadło mi do gustu. Tak, jak wspominałam w podsumowaniu kwietniowym, dokończyłam Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young, o których pisałam <tutaj>. Z eseistyki przeczytałam Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy i przyznam szczerze, że brakowało mi w niej takiej ludzkiej perspektywy. Fakt, że główny bohater stracił matkę i próbuje odnaleźć ją w pozostawionych przez nią rzeczach i domowych sprzętach jakby nie do końca do mnie przemawiał. Brakowało mi takiej głębi spojrzeniai i warstwy emocjonalnej. O wiele bardziej natomaist spodobała mi się Uprawa roślin południowych metodą Miczurina autorstwa Weroniki Murek. Autorka zadbała o rozbudowanie fabuły mimo pozostania przy konwencji eseistycznej, a losy, jakie spotkały jej bohaterów naprawdę mnie intrygowały. W następnej kolejności przeczytałam również Fikcję jako możliwość Anny Łebkowskiej, którą oceniam jednak raczej jako przeciętną. Ciekawą pozycją majową okazał się być dla mnie Wypiór Grzegorza Uzdańskiego, pisany na poły prozą, na poły w formie poematu dygresyjnego. Autor nie bał się rzucić zupełnie nowego, skądinąd bardzo oryginalnego spojrzenia na postać Mickiewicza, który w jego wykonaniu jest dość wiekowym już wampirem za dnia pomieszkującym w szafie, przy okazji rujnując związek dwójki innych bohaterów. Ogromnie spodobało mi się tak ciekawe ujęcie tej postaci, widać w tym bowiem kreatywność i zamysł twórczy, który wręcz kipi oryginalnością! Maj był więc miesiącem w dużej mierze poświęconym literaturze studenckiej, za to niezwykle oryginalnej, w którym przeczytałam aż 10 pozycji!
 
W czerwcu natomiast, z racji zbliżającej się sesji przeczytałam całkiem sporo poezji współczesnej, w tym Drogą panią Schubert Ewy Lipskiej, Było minęło Juliana Kornahausera oraz Chirurgiczną precyzję Stanisława Barańczaka. Zagłębiłam się również szerzej w gatunek esejów i reportaży zaczytując się w Melancholii. O tych co nigdy nie odnajdą straty Marka Bieńczyka oraz Białą gorączkę Jacka Hugo-Badery, które bardzo mi się spodobały, choć może nie na tyle bym jakoś szczególnie zakochała się w reportażach. Niemniej, bardzo polubiłam ten gatunek. Udało mi się również skończyć lekturę Dziecka salonu Janusza Korczaka z czego jestem absolutnie zachwycona! Mój "sposób na Korczaka" okazał się trafiony i dzięki temu mam tą książkę już za sobą! Trudno natomiast jest mi jednoznacznie stwierdzić, czy książka mi się nie podobała, choć początek zdecydowanie do najlepszych nie należał, a przez całą drugą połowę nie było też lepiej. Niemniej, mając na względzie ideę, jaka przyświecała napisaniu tej książki, oceniam ją raczej na taką "średnią" niż do gruntu pozycję "złą". W następnej kolejności sięgnęłam po nowe tłumaczenie Ani z Zielonych Wzgórz Lucy Maud Montgomery, tym razem w przekładzie Anny Bańkowskiej, w której to wykonaniu tytuł brzmi Anne z Zielonych Szczytów i po zapoznaniu się z powieścią, stwierdzam, że obydwa tytuły dość celnie oddają miejsce pobytu Anne. Jako osoba, która jako dziecko zaczytywała się w typowo spolszczonej serii o  Ani z Zielonych Wzgórz, gdy tylko zobaczyłam wspomnianą sagę w nowym przekładzie byłam dość sceptycznie nastawiona do niego, w duchu przekonując się, że to już nie będzie taka sama historia. Potrzebowałam czasu, a z racji tego, że mam entuzjastyczną osobowość i ciekawą nowych rzeczy, postanowiłam jednak dać Anne szansę. Miałam jednak rację, historia Anne zawiera całkiem sporo nowszych informacji, których brakuje tej spolszczonej wersji, niemniej, jest też bliższa oryginałowi Montgomery. Przyznam szczerze, iż to nowe tłumaczenie mnie urzekło i już w kolejnym wpisie będzie o tym więcej! W międzyczasie ponowiłam lekturę Promyczka autorstwa Kim Holden i sięgając do tej książki już 4 albo nawet i 5 raz stwierdzam, że magia tej książki nigdy nie przemija! Będąc już po skończonej sesji, rozpoczęłam natomiast Alyssę i czary pióra A.G.Howard, która przynajmniej na razie bardzo mi się podoba. Czerwiec zakończyłam więc wynikiem 8 przeczytanych książek!

Tym samym w maju i czerwcu przeczytałam w sumie aż 17 pozycji, co przy dość mocno ograniczonym czasie i zbliżającej się sesji uważam za imponujący wynik!
  1. Galatea, Madeline Miller;
  2. Śnieg, Stanisław Przybyszewski;
  3. Życie na Korei, Andrzej Sosnowski;
  4. Antologia Zebrało się śliny;
  5. Mniejsze zło, Andrzej Sapkowski;
  6. Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-young <recenzja>;
  7. Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha;
  8. Uprawa roślin  południowych metodą Miczurina, Weronika Murek;
  9. Fikcja jako możliwość, Anna Łebkowska;
  10. Wypiór, Grzegorz Uzdański;
  11. Droga pani Schubert, Ewa Lipska;
  12. Było minęło, Juliana Kornahausera;
  13. Chirurgiczna prezycja, Stanisław Barańczak;
  14. Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty, Marek Bieńczyk;
  15. Biała gorączka, Jacek Hugo-Bader;
  16. Dziecko salonu, Janusz Korczak;
  17. Anne z Zielonych Szczytów Lucy Maud Montgomery w przekładzie Anny Bańkowskiej <recenzja 05.07.2023!>
  18. Promyczek, Kim Holden <recenzja>
  19. Alyssa i czary, A.G.Howard <recenzja niebawem!>


Podczas minionych dwóch miesięcy przeczytałam wiele naprawdę świetnych tytułów, z chęcią wciągnęłam się w gatunek reportażu, który czytam raczej rzadko. Niemniej chyba nikogo nie zdziwi, jeśli tytuł "Najlepszych Książek Miesiąca" otrzymają Promyczek Kim Holden oraz Anne z Zielonych Szczytów w przekładzie Anny Bańkowskiej.

  • Promyczek, Kim Holden - ta książka jest ze mną od naprawdę dawna i to na tyle długo, bym wyrobiła już sobie nawyk sięgania po nią w poszukiwaniu inspracji. Mam osobowość zbliżoną do Kate, bohaterki książki, toteż czasami czuję potrzebę przypomnienia filozofii cieszenia się dniem i przysłowiowego "carpe diem!", a nikt inny jak właśnie panna Promyczek w pełni żyje tą dewizą. Pomimo, że powtarzam tą książkę już nimela po raz piąty, nadal mocno mnie ona porusza. Podziwiam styl pisania Holden oraz to, że potrafi wycisnąć ze mnie tyle emocji!
  • Anne z Zielonych Szczytów w przekładzie Anny Bańkowskiej - dobrze jest wrócić do książki, którą zna się z dziecięcych lat, a wyobraźni Anne mało jaka inna postać literacka jest w stanie dorównać (chociaż Lazlo z Marzyciela faktycznie by potrafił). Nowe tłumaczenie Bańkowskiej jest po prostu cudowne i wszystkie pewne nieścisłości lub niuanse zostają w tym tłumaczeniu wyjaśnione. Miło jest zobaczyć Anne tak bliską oryginalnej wersji!

 

Niewątpliwie idealnym pretendentem do kategorii "Najgorszych Książek Miesiąca" będzie Dziecko salonu Janusza Korczaka.

  • Dziecko salonu Janusza Korczaka - przyznam szczerze, że okropnie się z tą pozycją męczyłam. Rozumiem ideę i walkę o demokratyczne traktowanie sierot i w pełni ją popieram, ale sposób w jaki Korczak wplótł ją do swojej książki zdecydowanie mu się nie udał. Podczas lektury doskwierało mi poczucie znużenia i niemal natychmiast miałam ochotę odłożyć ją na półkę. Gdyby nie mój "sposób na Korczaka" pewnie męczyłabym ją dalej. Szczęśliwie jednak ta pozycja już za mną!

 CO W LIPCU 2023?

Z racji tego, iż mam już mniej więcej rozplanowane, jak chcę poprowadzić moją pracę magisterską, zarówno pod względem literackim, jak i badawczym (terapeutyczna moc kreowania fantastycznych światów literackich w pracy, inaczej arteterapia, osób z zaburzeniami lub określonymi predyspozycjami psychicznymi, jak przykładowo WWO), w lipcu skupię się na wybranych do niej pozycjach, choć nie zabraknie również oczywiście pozycji, jakie będę musiała czytać do pracy w Wydawnictwie.  Jak widać na grafice, moje plany na lipiec są dość obfite, co tylko wzmaga moją ekscytację na możliwości przeczytania tak intrygująco zapowiadających się pozycji! Lipiec zapowiada się baśniowo i magicznie, gdyż w kontekście pracy magisterskiej, mam w planach powtórzyć lekturę Marzyciela Laini Taylor, a ponadto zapoznać się z pozycją A.G.Howard Alyssą w krainie czarów, Za niebieskimi drzwiami Marcina Szczygielskiego oraz Baśniową opowieściami Stephana Kinga. W następnej kolejności czekają mnie lektury bardziej "obyczajowe" i znów reportażowe, jak chociażby Pusty las Moniki Sznajderman czy Czytając Polskę Kingi Dunin. Później z kolei zamierzam sięgnąć po Opowieści galicyjskie Andrzeja Stasiuka oraz Poczwarkę Doroty Terakowskiej, a także spróbować zapoznać się z Columbine Dave'a Cullena.



 

Czytaj dalej »
on 04 lipca 0
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, stosik książkowy, zapowiedź
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

O AUTORCE

O AUTORCE
27 - letnia Magister Polonistyki-Literaturoznawstwa. Z zamiłowania książkoholiczka, literaturoznawczyni i blogerka, rysowniczka, a także miłośniczka języków obcych i azjatyckich dram. Kto wie, może i w przyszłości także pisarka? Możliwości jest mnóstwo! :) Aktualnie spełnia się dziennikarsko pracując w redakcji WUJ-a oraz współpracując z wydawnictwami jako recenzentka. Przyszła bibliotekarka i biblioterapeutka, która uczy się języka migowego.

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

BIBLIOTECZKA

https://lubimyczytac.pl/ksiegozbior/MiegxQJv6H

PRZECZYTANE

W tym roku chcę przeczytać...

W tym roku chcę przeczytać...
#Wyzwanie LC 2026#

Recenzje/Wpisy planowo

* "Żywe serce", Piotr Pawlukiewicz * "Genialne umysły", Jennifer Lynn Barnes * "Studium zatracenia", Ava Reid * "Burza", Sunya Mara * "Obiekty głębokiego nieba", Jakub Małecki Następne tytuły wpisów podam niebawem! :)

Znajdź mnie!

  • Lubimy Czytać
  • Strona na facebooku
  • Twitter
  • Instagram

Szukaj na tym blogu

Statystyka

Subskrybuj

Posty
Atom
Posty
Komentarze
Atom
Komentarze

Obserwatorzy

Popularny post

  • Kącik serialowy: Moon Lovers: Scarlet Heart Reyo- magia księżyca
    Tytuł oryginalny:   달의 연인 – 보보경심 려 Tytuł (latynizacja):   Dalui Yeonin – Bobogyungsim Ryeo Tytuł (alternatywny):  Time Slip: Rye...
  • Kącik serialowy: Goblin, Guardian: The Lonely and Great God- potęga przeznaczenia
    Tytuł oryginalny:   도깨비 Tytuł (latynizacja):   Dokkaebi Tytuł (alternatywny):  Goblin: The Lonely and Great God Gatunek:   fantasy, m...
  • "Shinsekai Yori"- Yuusuke Kishi
    tytuł oryginału: 新世界より tłumaczenie: Z Nowego Świata wydawnictwo:  Kōdansha data wydania: 23 stycznia 2008 liczba stron:870 sło...

Archiwum

  • ▼  2026 (19)
    • ▼  sie 2026 (3)
      • Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ru...
      • "Powroty" - ksiądz Piotr Pawlukiewicz
      • "Niewidzialne życie Addie LaRue" - Victoria E. Schwab
    • ►  lip 2026 (1)
    • ►  cze 2026 (3)
    • ►  maj 2026 (3)
    • ►  kwi 2026 (6)
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (2)
  • ►  2025 (13)
    • ►  wrz 2025 (1)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (4)
    • ►  lut 2025 (2)
  • ►  2024 (11)
    • ►  gru 2024 (1)
    • ►  lis 2024 (1)
    • ►  lip 2024 (1)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (2)
    • ►  kwi 2024 (2)
    • ►  mar 2024 (1)
    • ►  sty 2024 (2)
  • ►  2023 (31)
    • ►  gru 2023 (2)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (4)
    • ►  wrz 2023 (3)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (2)
    • ►  kwi 2023 (1)
    • ►  mar 2023 (5)
    • ►  lut 2023 (5)
    • ►  sty 2023 (1)
  • ►  2022 (46)
    • ►  gru 2022 (5)
    • ►  lis 2022 (4)
    • ►  paź 2022 (4)
    • ►  wrz 2022 (5)
    • ►  sie 2022 (6)
    • ►  lip 2022 (6)
    • ►  cze 2022 (1)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (3)
    • ►  mar 2022 (5)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (2)
  • ►  2021 (38)
    • ►  gru 2021 (2)
    • ►  lis 2021 (4)
    • ►  paź 2021 (3)
    • ►  wrz 2021 (3)
    • ►  sie 2021 (4)
    • ►  lip 2021 (4)
    • ►  cze 2021 (1)
    • ►  maj 2021 (2)
    • ►  kwi 2021 (2)
    • ►  mar 2021 (2)
    • ►  lut 2021 (6)
    • ►  sty 2021 (5)
  • ►  2020 (49)
    • ►  gru 2020 (3)
    • ►  lis 2020 (2)
    • ►  paź 2020 (4)
    • ►  wrz 2020 (4)
    • ►  sie 2020 (6)
    • ►  lip 2020 (5)
    • ►  cze 2020 (3)
    • ►  maj 2020 (2)
    • ►  kwi 2020 (5)
    • ►  mar 2020 (5)
    • ►  lut 2020 (6)
    • ►  sty 2020 (4)
  • ►  2019 (66)
    • ►  gru 2019 (6)
    • ►  lis 2019 (4)
    • ►  paź 2019 (5)
    • ►  wrz 2019 (9)
    • ►  sie 2019 (9)
    • ►  lip 2019 (6)
    • ►  cze 2019 (5)
    • ►  maj 2019 (6)
    • ►  kwi 2019 (2)
    • ►  mar 2019 (3)
    • ►  lut 2019 (5)
    • ►  sty 2019 (6)
  • ►  2018 (59)
    • ►  gru 2018 (5)
    • ►  lis 2018 (5)
    • ►  paź 2018 (7)
    • ►  wrz 2018 (9)
    • ►  sie 2018 (7)
    • ►  lip 2018 (3)
    • ►  cze 2018 (8)
    • ►  maj 2018 (2)
    • ►  kwi 2018 (2)
    • ►  mar 2018 (3)
    • ►  lut 2018 (3)
    • ►  sty 2018 (5)
  • ►  2017 (5)
    • ►  gru 2017 (4)
    • ►  lis 2017 (1)

Polecany post

Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ruchem Czystych Serc (relacja)

Napisz do mnie w sprawie recenzji/artykułu/wywiadu :)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Etykiety

Japonia (13) King (3) Murakami (6) PLOTKARA (3) Zafon (5) anime (3) arabia (1) autobiografia (5) baśnie (22) dla nastolatków (24) drama (5) fantasy (66) historyczne (32) holocaust (1) klasyk (22) klasyka dla nastolatków (11) klasyka dziecięca (2) komedia- czarny humor (12) kultura słowiańska (5) medyczne (5) mit (3) miłość (39) obyczajowe (123) podsumowanie (81) postapo (23) psychologia (31) psychologiczne (49) romans (53) science-fiction (23) stosik książkowy (34) sztuka (4) tag (2) thiller (26) thriller (14) wojna (9) współczesność (104) zapowiedz (27) zwierzęta (3) świat komiksu (1) święta (5)

Nie kopiuj, szanuj cudzą własność!!!

Prawa Autorskie

Zabraniam kopiowania MOICH tekstów i zdjęć bez uprzedniego zezwolenia.

Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych za kradzież tekstów, czy zdjęć bez upoważnienia autora przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 2-ch i/grzywnę.

Bardzo proszę o uszanowanie mojej pracy.

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Z Dziennika Książkoholiczki. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.