Z Dziennika Książkoholiczki

Strony

  • Strona główna
  • O mnie
  • KSIĄŻKI
  • Kącik serialowy
  • ZESTAWIENIA
  • Kontakt i Współpraca

28 lipca

"Moje serce w dwóch światach" - Jojo Moyes

Trochę czasu musiało upłynąć nim zapragnęłam przeczytać trzeci tom serii Lou Clark, a ponieważ są wakacje nabrałam ochoty właśnie na tę lekturę, jednocześnie powtarzając Marzyciela Laini Taylor, o którym pisałam już jakiś czas temu tutaj oraz Alyssę i czary pióra A.G.Howard, której recenzji można się spodziewać już na dniach (01.08.2023; wtorek). Moje serce w dwóch światach idealnie spełniło swoje oczekiwania i zdecydowanie pozwoliło mi się odprężyć, a moje wieczory i powroty z pracy upływały mi pod motywem przewodnim niniejszej serii. Dość szybko pokochałam na nowo nie tylko i samą oryginalną Lou, ale również styl Jojo Moyes, i jestem przekonana, że w najbliższym czasie przeczytam coś z jej pisarskiego dorobku (zaciekawiły mnie ostatnio W samym sercu morza oraz Światło w środku nocy). Bycie w tym miesiącu w rozjazdach, trochę na mieszkaniu z kotem Toto, a trochę w domu sprawiły, że mogłam znacznie mocniej identyfikować się z uczuciami głównej bohaterki, nie wspominając już o tym, że mamy podobny typ osobowości.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

Louisa Clark za sprawą związku z przystojnym ratownikiem Samem przezwyciężyła swoją traumę po stracie ukochanego Willa. Za namową dawnej miłości postanowiła korzystać z życia, poznać lepiej siebie samą i dobrze wykorzystać cenny czas zanim dobrnie do przysłowiowej trzydziestki. Nathan, jej dawny kolega z pracy kontaktuje się z nią w sprawie zatrudnienia u zamożnej pary Gopników w Nowym Jorku. Lou decyduje się na wyjazd, jednocześnie pragnąc umocnić swój związek z Samem nawet w sytuacji, gdy zakochanych dzieli od siebie odległość z Londynu do Nowego Jorku. Wyjazd do miasta drapaczy chmur okaże się pełen zawirowań dla Lou i niespodziewanych zaskoczeń, a jedną z niespodzianek okaże się być Josh, mężczyzna, który wygląda dokładnie tak samo jak Will Traynor.

- opis własny

Już od dawna miałam w zamyśle, aby sięgnąć po trzeci tom przygód Louisy Clark, młodej, acz nieprzeciętnej Angielki, której kreatywne pomysły i stroje zna nie tylko jej najbliższa rodzina, ratownik Sam czy Traynorowie. Zarazem jednak nie chciałam żegnać się jeszcze z tą postacią, toteż jakoś tak wyszło, że odkładałam przeczytanie jej w oczekiwaniu na moment, kiedy moje czytelnicze serce będzie miało ochotę sięgnąć właśnie po ostatni tom serii o losach jednej z sióstr Clark. Nie musiało upłynąć zbyt dużo czasu, bym na nowo odczuła zachwyt nad tą serią, gdyż w tą książkę wciągnęłam się już dosłownie od pierwszej strony.

Fabuła Moje serce w dwóch światach urzekła mnie od pierwszych stron, bowiem już na początku można zauważyć, jak płynnie autorka przeplata wątki z drugiego tomu, by umiejscowić realizację swoich pomysłów w tym kolejnym. Lou postanowiła podążyć za swoim marzeniem, czy raczej wyruszyć z misją odnalezienia go i podróży w głąb samej siebie na ulice Nowego Jorku, szukając odpowiedzi na pytanie kim tak naprawdę jest Louisa Clark. Nowe miasto, nowe możliwości oraz nowa praca, która da jej możliwą satysfakcję. Autorka znakomicie i niezwykle autentycznie wkomponowała początkowe zagubienie swojej bohaterki w nowym miejscu, jej rozstanie z rodziną i ukochanym Samem oraz stopniową adaptację do otoczenia. Wątki, jakie grają pierwsze skrzypce w niniejszym tomie zostały znacząco rozbudowane, choć nie na tyle, aby przyćmić główny motyw i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie Louisy o własną tożsamość. W trzecim tomie swojej własnej opowieści bohaterka ma szansę przejść prawdziwą metamorfozę, dojrzeć i odnaleźć tą jedyną, niepowtarzalną drogę. Mnogość postaci w niczym zresztą nie przeszkadza, a fakt, że zostali bardzo realistycznie wykreowani zdecydowanie nie czyni ich postaciami "w tle". Autentyczność, barwność i nutka ciepła znakomicie prowadzą czytelnika przez fabułę trzeciego tomu.

W powieści Jojo Moyes zawsze potrafiłam się wciągnąć z łatwością i tak też było w tym przypadku. Na sam rozwój akcji i nawet tych pobocznych wątków nie musiałam zbyt długo czekać. Wartka akcja i lekki styl autorki sprawiają, że przez tę powieść się płynie, nie ma bowiem miejsca na jakiekolwiek znużenie fabułą i poruszanymi wątkami. Choć motywów, jakie przejawiają się w tej książce jest mnóstwo, autorka zgrabnie je od siebie oddziela i rozkłada akcję mniej więcej po równo, tak, iż to postać Lou pozostaje na planie pierwszym. Bardzo ciekawym zabiegiem jest przenikanie się obydwu światów: Londynu i Nowego Jorku, gdyż choć pozornie Lou odnajduje się w swoim nowym terenie, doskwiera jej niekiedy tęsknota za domem, a odległość niekoniecznie pomaga. Bohaterka, a wraz z nią i my, celebruje chwilę obecną, nawet, gdy pojawiają się wspomnienia czy nowe trudności, co dodatkowo równoważy akcję. Zarazem jednak niekoniecznie szybkie tempo pozwala na kontemplację tych ważnych dla bohaterki aspektów, a czytelnikom umożliwia rozkoszowanie się lekturą i przeniknięcie na nowojorskie ulice, do okazałego apartamentu Gopników czy pod miejską bibliotekę, której grozi wyburzenie.

 Niebo jest to samo. (...) O tym musimy pamiętać. Wciąż mieszkamy pod tym samym niebem.

Moyes jak nikt inny potrafi wyczarować subtelny klimat, gdzie nawet jeśli poruszane są pewne kontrowersyjne czy trudne i bolesne kwestie, to ich brzmienie nie zostaje wysunięte na plan pierwszy. Autorka otula Louisę, jej smutki i troski, wypychając ją na przód i karząc jej zawalczyć o swoje. Powieść ta ma w sobie mnóstwo uroku i ciepła, nadziei nowych szans, nie przypomina melodramatycznej historii Zanim się pojawiłeś czy Kiedy odszedłeś (linki do recenzji tutaj i tutaj), Lou postawiła bowiem już pierwsze kroki na drodze do wydobycia swojego potencjału. I choć w tym tomie nie brakuje trudnych momentów, zdecydowanie czuć jednak promienie nadziei i determinację, siłę uczuć głównej bohaterki, a także jej pragnienie odnalezienia w końcu własnego marzenia.

Język, jakim operuje Moyes to tylko jeden z atutów tej książki, jest on niezwykle prosty, nawet, jeśli weźmie się pod uwagę niektóre kwestie poruszane w tej książce, to nie razi to aż tak bardzo. Za pośrednictwem jakże kobiecego stylu, Moyes zgrabnie ujawnia ukryte schematy, motywacje i sumienie niektórych postaci, a jednocześnie tka niebanalną kolej losów Lou Clark. Prosty i lekki styl powieści czyni lekturę niesamowicie odprężającą i relaksującą, a po całym dniu pracy pozwala na kilka godzin upragnionego odpoczynku przy dobrej książce. Nie będzie przesadą, jeśli przyznam, iż przez Moje serce w dwóch światach się niemalże płynie, przy czym fakt, iż powieść ma 512 stron (jak dla mnie w sam raz) traci na znaczeniu w perespektywie kilku dni, kiedy można się w nią w pełni zanurzyć i wraz z Lou poznawać Nowy Jork, jego mieszkańców, choćby tylko w papierowym wymiarze.

Myślałam o tym, jak bardzo kształtują nas ludzie, którzy nas otaczają, i jak z tego powodu bardzo trzeba uważać, wybierając ich, a potem przyszło mi do głowy, że mimo wszystko może się okazać, że trzeba ich utracić, żeby tak naprawdę odnaleźć siebie.

Względem postaci, jakie występują w tej książce miałam bardzo różnorodne odczucia, które jednak w miarę dalszej lektury ulegały one zmianom. Przyznaję, że z początku miałam wrażenie, jakby Moyes stworzyła dość przewidywalne i stereotypowe postacie, pomijając oczywiście niesztampową i oryginalną Lou, i tak do pewnego stopnia było. Właściwie w pewnym sensie ich zachowania pozostawały wpisane w pewien schemat, jednakże, co dość przyjemnie mnie zaskoczyło, to fakt, iż później Moyes postanowiła obnażyć ich pewne cechy, ukazując tym samym ich działania w zupełnie innym świetle. W przypadku tej historii był to zupełne odwrócenie proporcji, a te postacie, które na pierwszy rzut oka wydawały się "w porządku" zrzucały swoje maski odsłaniając kierujące nimi motywy. Bardzo spodobał mi się ten zabieg, bo choć niektórych zachowań właściwie się spodziewałam, o tyle niektóre mnie zaskoczyły, tak pozytywnie, jak i negatywnie. 

Pokochałam na przykład Margaret DeWitt, która z początku przedstawiana była przez Moyes jako ekscentryczna staruszka, której obce jest zainteresowanie się innymi, a która wiecznie sypie pretensjami. Później jednak zdecydowanie lepiej ją rozumiałam i była to kolejna postać po Lou, którą pokochałam z całego serca, a wraz z nią i uroczego mopsa imieniem Dean Martin. Odwrócenie perspektywy uważam za bardzo mocny atut tej książki, gdyż w zasadzie nie tylko pozwala on spojrzeć na całą sytuację Lou w Nowym Jorku od drugiej strony medalu, ale również ujawnia dwulicowość niektórych postaci, a innym pozwala ukazać swoje "złote serca". Jestem pełna podziwu dla postaci Lou, która znacznie rozwinęła się w tym tomie, znalazła swoje własne "Ja", marzenia i cele, do których zaczęła wytrwale dążyć. Natura Lou jest zmienna, stąd zmieniają się jej problemy, zawirowania życiowe aż po dążenie do duchowej dorosłości. Zarówno jej wątpliwości, lęki, obawy, jak i niegasnący optymizm zostały w tym tomie bardzo dobrze wyeksponowane. A to pozwoliło pisarce wydobyć na wierzch właśnie te cechy Lou: jej upór, czułość, zaangażowanie, sprawiając, że jej metamorfoza została przedstawiona w niesamowicie autentyczny sposób.

Lektura Moje serce w dwóch światach pozostawiła mnie z całą gamą ciepłych odczuć względem tej serii, samej Lou oraz jak wspominałam na początku miłości do prozy Jojo Moyes. Nie jest to wprawdzie lektura wybitna czy "wysokich lotów", ale zdecydowanie bardziej taka z gatunku tych, przy których można się naprawdę odprężyć i po prostu relaksować się dobrą książką. Bardzo cieszy mnie fakt, iż jest to jedna z kilku pozycji, z którymi rozpoczęłam tegoroczne lato, a Moje serce w dwóch światach to książka, która zdecydowanie wpisuje się w taki klimat. Mam ogromną nadzieję, że inne pozycje z biblioteczki od Jojo Moyes okażą się równie niezapomniane i frapujące, gdyż powieść wieńcząca losy Lou jest nie tylko wspaniała, ale także celebruje podążanie za głosem serca i akceptację własnego "Ja". To zdecydowanie mój "must read" tego lata!

 

 Moje serce w dwóch światach z pewnością jest pozycją, którą wspomina się miło i z czułością. Pozycja idealna na letnie wieczory, a dla tych, którzy chcą poznać oryginalną i kreatywną bohaterkę jest to wręcz pozycja obowiązkowa. Fanom prozy Jojo Moyes, jak również wielbicielom serii o Lou Clark chyba nie muszę już tego mówić - pokochacie tą książkę! Polecam serdecznie!

Moja ocena: 8/10. :)

 

 

Czytaj dalej »
on 28 lipca 0
Podziel się!
Etykiety
literatura piękna, obyczajowe, okruchy życia
Nowsze posty
Starsze posty

05 lipca

"Anne z Zielonych Szczytów" - Lucy Maud Montgomery

Czerwiec był miesiącem, w którym Anne była postacią niemal dominującą, powróciłam bowiem do serialu Anne with an E i postanowiłam na własnej skórze przekonać się czy tłumaczenie Anny Bańkowskiej jest tak dobre, jak słyszałam. Bardzo miło było mi powrócić do Zielonych Szczytów, zwłaszcza w czasie wolnym przed sesją, gdy potrzebowałam się odstresować. Lektura "nowej Anne" w wykonaniu Bańkowskiej pozwoliła mi zobaczyć historię Anne w zupełnie innym świetle. A opowiedziane przez nią losy rudowłosej dziewczynki mają w sobie pewien nieodparty urok. 

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE: Lullaby, The Crue

Historii o Anne, rudowłosej marzycielce, która wskutek pomyłki panny Spencer trafia na Zielone Szczyty, chyba nie trzeba już nikomu przedstawiać. Niemniej w nowym tłumaczeniu Bańkowskiej czuć pewien specyficzny klimat, swoiste ciepło i niezaprzeczalny urok Wyspy Księcia Edwarda, a historia losów Anne nabiera zupełnie innego charakteru. Tłumaczenie to jest zresztą najbliższe oryginałowi, a jak przyznała sama Bańkowska, ktoś musiał się ostatecznie podjąć tego zadania. Mała Shirley jednoczy serce mrukliwego, acz łagodnego Matthew Cuthbert i ostatecznie zostaje w Zielonych Szczytach i przy okazji ubarwia życie mieszkańcom. 

- opis własny

W zasadzie nie potrzeba było dużo czasu bym zakochała się w tak bliskim oryginałowi tłumaczeniu Bańkowskiej. Choć główny kontekst historii Anne jest niemal identyczny z opowieścią w tłumaczeniu Rozalii Berensteinowej, na którym wychowałam się ja i moje rodzeństwo (i zapewne znaczna większość znanych mi ludzi), co bystrzejsze oko z pewnością dostrzeże subtelne różnice w opowiedzianej historii. Przyznaję, że gdy wyszło nowe tłumaczenie, sama byłam dość sceptycznie nastawiona względem wprowadzonych zmian i tudzież "poprawek", jednak moja otwarta i ciekawska natura kazała mi zaglądnąć do środka i osobiście przekonać się, co tak naprawdę skrywają nowe i piękne okładki historii o "nowej Anne". 

Choć fabuła historii o rudowłosej marzycielce, która wskutek straszliwej pomyłki trafia na Zielone Szczyty i zostaje adoptowana przez rodzeństwo Cuthbertów jest mi (i wam zapewne również) doskonale znana, to jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że historia, którą czytam jest zgoła zupełnie inna. Być może była to kwestia przekładu, gdzie tłumaczka stroni od naśladowania swoich poprzedniczek i skupia się na jak najwierniejszym oddaniu oryginalnego toku powieści Lucy Maud Montgomery. Stąd niekiedy pojawiają się detale, których w tłumaczeniu Berensteinowej nie ma (zdaję sobie sprawę, że czytałam ten przekład jako dziecko, ale mam to do siebie, że doskonale pamiętam wszystkie książki, jakie przeczytałam), co sprawia, że historia ta była dla mnie w miarę dalszej lektury coraz bardziej intrygująca. Faktem jest, że jeśli chodzi o schemat fabularny, Bańkowska ściśle trzyma się "scenariusza" autorki, jednak chcąc pozostać wierną oryginałowi, tłumaczka ubogaca fabułę wplatając w nią nawet te najdrobniejsze zmiany, aż po te najbardziej rzucające się w oczy, jak brak pokoiku na facjatce, zmiana tytułu na Zielone Szczyty i rezygnacja ze spolszczania imion, czy też dążenie do wyrazistej kreacji bohaterów. Jak sama przyznała, było to zadanie, które ktoś musiał wykonać, aż w końcu to ona sama postanowiła się go podjąć i moim zdaniem całkiem słusznie, bo choć w moim sercu Anne jako dziewczynka pozostanie Anią, to jednak mając na myśli dorosłą kobietę i historię wierną oryginałowi będzie to Anne.

Bardzo łatwo przyszło mi wciągnąć się w lekturę nowego przekładu autorstwa Bańkowskiej. Podczas sesji, kiedy miałam naprawdę niewiele czasu, żeby się odprężyć, wieczory spędzane na czytaniu Anne z Zielonych Szczytów znakomicie spełniały swoją rolę, przenosząc mnie na Wyspę Księcia Edwarda i pozwalając mi zanurzyć się w pełnym baśni świecie małej, a później dorosłej Anne. Wartka i lekka akcja sprawia, że przez kolejne rozdziały po prostu się płynie, a w miarę dalszej lektury zdecydowanie nie jest ani trochę nudno. Przeciwnie, historia Anne od samego początku angażuje czytelnika i pozwala mu w pełni wczuwać się w opowieści Anne, i wraz z nią poznawać na nowo znane już z dawnych lat kąty Zielonych Szczytów. 

Klimat Anne z Zielonych Szczytów jest absolutnie wyjątkowy i zdecydowanie zasługuje na uwagę. Bańkowska potrafiła wydobyć to, co najlepsze z oryginalnego przekładu i decydując się na przysłowiowy powrót do korzeni, postarała się o jak najwierniejsze oddanie detali. Widać to przede wszystkim w języku, ale również i w klimacie powieści. Przez tą książkę dosłownie płynie się lekko i przyjemnie, a wszystko okraszone jest subtelną nutą baśniowości, zupełnie jak gdyby całą historię Anne opowiadała nam sama bohaterka, a niniejsza książka stanowiła coś w rodzaju pamiętnika. Nowa tłumaczka postarała się też o to, by jak najrzetelniej opisać przyrodę i oddała to w iście baśniowym stylu! Motyw bogatej wyobraźni Anne bardzo mocno wysuwa się na plan pierwszy, co sprawia, że lektura tej książki, zwłaszcza w okresie letnim idealnie wprowadza w nastrój właściwy do oddawania się marzeniom.

Kolejnym aspektem, który urzekł mnie w nowym przekładzie Bańkowskiej jest język powieści. W porównaniu do "oryginalnego" tłumaczenia Berensteinowej jest on o wiele bardziej subtelny i delikatny, pełen zmyślnych metafor, tak trafnie wpisujących się w umiejętność Anne do snucia swoich wyobrażonych opowieści. Ponadto, nowa tłumaczka pokusiła się również o to, aby wzbogacić nowy przekład o przypisy wyjaśniające, co poniektóre nazwy, chociażby kwiatów i wskazanie ich etymologii. Oczywiście, niektóre nazwy zostały wymyślone przez główną bohaterkę, czego również autorka tłumaczenia nie omieszkała napomknąć. Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, że powieść w nowym przekładzie jest o wiele bardziej obfita niż jej poprzednia wersja, całkiem możliwe, że jest to wynik poszukiwań i naprawdę dogłębnego przygotowania się Bańkowskiej do "przepisania" na nowo historii o rudowłosej Anne.

Tym, co ogromnie mnie zaskoczyło w nowym przekładzie była kreacja bohaterów. Pozornie wydawali się być dokładnie tacy sami, jakich pamiętałam ich czytając przekład Berensteinowej, miałam wrażenie, że są zdecydowanie bardziej dojrzali i rozbudowani, do tego stopnia, że przypisywanie im statusu wyłącznie postaci papierowych byłoby czystym absurdem. Zachwyciła mnie ich głęboka, wielowarstwowa budowa, ale przede wszystkim ich realność. Podziwiam to, jak bardzo Bańkowska wczuła się w rolę przekładoznawczyni i z jak pieczołowitą dokładnością starała się oddać oryginalną historię Anne Shirley. Co ciekawe, tak dogłębne przedstawienie postaci pozwoliło na wyeksponowanie ich najbardziej rozpoznawalnych cech i przykładowo niekiedy słuchając (czytając) wypowiedzi Anne niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że jej postać jest niesłychanie dramatyczna, zwłaszcza, kiedy wpadała w swoje "otchłanie rozpaczy" i zdecydowanie bardziej gadatliwa niż ją zapamiętałam z tłumaczenia Berensteinowej, a Matthew okazywał się być o wiele bardziej mrukliwy, a zarazem na swój sposób czuły. Strasznie mnie to rozbawiło, ale Bańkowska wydawała się przykładać ogromną wagę do eksponowania (nawet niekiedy niepotrzebnego wyolbrzymiania) cech swoich bohaterów. Oczywistym jest, że nadal uwielbiam postać Anne, jednakże jej dramatyzm i gadulstwo zostały przedstawione w książce w sposób niemal hiperboliczny.

Podczas czytania historii Anne w nowym przekładzie miałam również okazję, tak jak wspominałam na początku, obejrzeć dostępny na platformie Netflix serial Anne with an E będący adaptacją tradycyjnie znanej Ani z Zielonego Wzgórza. Stąd też wszelkie "błędy" tłumaczeniowe i spolszczone imiona bohaterów pozostają bez zmian, choć w samą historię wpleciono pewne nowości, rozszerzono ją też o pewne wątki nie wspomniane w książkowej historii. Z racji tego, że oglądałam i czytałam tą samą historię w podobnym czasie były takie aspekty, które mi po prostu zgrzytały, jak na przykład tendencja do posługiwania się spolszczonymi imionami bohaterów. Same nowe i oryginalne netflixowe wątki nie były złe. Aczkolwiek mocno rzucała się w oczy nietuzinkowa postać Ani i jej pełen pasji charakter, co akurat zostało oddane jak najbardziej trafnie i w bardzo drobiazgowy sposób. I to aż do tego stopnia, że nie mogłam się nadziwić, jak taka otwarta i elastyczna osoba może w każdym odcinku nosić tą samą fryzurę, nie wspominając już o tym, że to upięcie włosów, jakie miała Ania, zupełnie jej nie pasowało. Pomijając jednak ów aspekt, muszę pochwalić, iż twórcy zdobyli się na oryginalność wzbogacając fabułę o wątki osób nieheteronormatywnych lub przedstawicieli mniejszości etnicznych, co pozwoliło w pełni oddać otwarty i akceptujący charakter głównej bohaterki, a przy tym nadało serialowi głębszego wymiaru. Sam serial Anne with an E okazał się bardzo wzruszający i pełen ciepła oraz wyobraźni, które tak cenię w historii o Ani! Bardzo serdecznie polecam obejrzeć netflixową produkcję, choć raczej nie w tym samym czasie, kiedy czyta się Anię z Zielonego Wzgórza/Anne z Zielonych Szczytów.

"Ania czy Anne, kim jest bohaterka Lucy Maud Montgomery?" to pytanie przewodnie niniejszej recenzji, które jednak postanowiłam pozostawić jako kategorię otwartą, bo choć znam historię Ani od dzieciństwa, to jednak Anne, bohaterka tak podobna, a zarazem inna, również zaskarbiła sobie pewne szczególne miejsce w moim sercu. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że Zielone Szczyty, jak i wszelkie nowości, jakie wprowadziła Bańkowska stworzyły zupełnie nową - i jakże bogatą! - historię o szarookiej marzycielce zapoczątkowują nową erę opowieści o panience Shirley-Cuthbert i szczerze mówiąc podoba mi się to. Myśląc o dziewczynce, zawsze będę miała w głowie Anię z dawnych lat, lecz myśląc o kobiecie i oryginalnej historii napisanej z myślą o przede wszystkim, dorosłych czytelnikach, to zdecydowanie będzie to Anne. Opowiedziana na nowo historia Bańkowskiej ma swój wyjątkowy urokliwy i wypełniony emocjami klimat, który na długo pozostanie w moim sercu!

Anne z Zielonych Szczytów w wykonaniu Anny Bańkowskiej to dzieło, które zasługuje na docenienie. A wśród czytelniczek o rudowłosej marzycielce pozycja ta powinna obowiązkowo znaleźć się na półce i to zarówno wśród fanek "tradycyjnego" tłumaczenia historii Ani, jak również obecnego młodszego pokolenia. Zdecydowanie jest to historia, jaką docenią przede wszystkim kobiety, a słyszałam również, że doceniają i mężczyźni. Przede wszystkim jednak, warto się przełamać i dać szansę nowej historii Anne, udzielić jej głosu oraz pozwolić sobie dostrzec, jak bardzo historia ta ewoluowała pod względem głębi i emocji w wykonaniu Bańkowskiej. Polecam serdecznie!

Moja ocena: 9/10.

Czytaj dalej »
on 05 lipca 5
Podziel się!
Etykiety
obyczajowe
Nowsze posty
Starsze posty

04 lipca

Podsumowanie Maja i Czerwca 2023

Cześć! Zarówno maj, jak i czerwiec upłynęły mi pod znakiem intensywnych przygotowań do sesji, czytania tekstów, realizowania projektów studenckich oraz oczywiście czytania dla przyjemności. Po szczęśliwie i perfekcyjnie zdanej sesji letniej, mogłam na spokojnie skupić się na opiece nad kotkiem o imieniu Toto, weekendowym wyjeździe do Warszawy, rozpoczęciu stażu w Wydawnictwie Znak oraz powrócić do regularnego trybu blogowania i recenzowania. Nawiasem wspominając, dokładnie dzisiaj mija rocznica mojej Obrony pracy licecnackiej, uznałam więc, że będzie to idealna data na niniejszy wpis. :)
 
Niniejszy okres był bogaty zarówno pod względem literackim, studenckim, jak i kulturowym. Powróciłam bowiem do kontynuuowania rozpoczętego już dawno netflix'owego serialu Anne with an E, o którym za niedługo (bo już jutro 05.07!) w zaplanowanym porównawczym wpisie o nowej Anne Lucy Maud Montgomery w nowym tłumaczeniu Anny Bańkowskiej. Ponadto ponownie zabrałam się za niesamowicie stworzoną japońską serię animowaną, jaką jest Fruits Basket (o nim również będzie w lipcowych postach!). Rozpoczęłam również inne serie, takie jak The Crown, The Umbrella Academy, Hyouka czy Ouran High School Club. Przyznam szczerze, że lipiec zapowiada się szalenie entuzjastycznie, gdyż mam w planach wiele książek, wiele seriali oraz staż w polskim molochu wydawniczym. Będzie więc zdecydowanie literacko, co zresztą ogromnie mnie cieszy!

 NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

 
W maju ewidentnym wiodącym motywem czytelniczym były u mnie reportaże, choć nie zabrakło również wielu innych tekstów, już stricte fabularnych. Dzięki studenckiemu pakietowi w Legimi, miałam wreszcie możliwość przeczytać Galateę Madeline Miller, o której jednak miałam nieco inne wyobrażenia niż to, co ostatecznie otrzymałam. Mimo tego uważam, że warto było po nią sięgnąć, jest też stosunkowo krótka, a zatem idealna na 20 minutową podróż tramwajem. W następnej kolejności sięgnęłam już po bardziej studenckie lektury jak Śnieg Stanisława Przybyszewskiego, Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego czy Antologię Zebrało się śliny pod redakcją małżeństwa Kaczmarskich. Później w ramach zajęć seminaryjnych sięgnęłam po Mniejsze zło Andrzeja Sapkowskiego i mimo, iż nie należę do fandomu Wiedźmina, ani jakoś specjalnie nie przepadam za tą serią, to to opowiadanie przypadło mi do gustu. Tak, jak wspominałam w podsumowaniu kwietniowym, dokończyłam Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young, o których pisałam <tutaj>. Z eseistyki przeczytałam Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy i przyznam szczerze, że brakowało mi w niej takiej ludzkiej perspektywy. Fakt, że główny bohater stracił matkę i próbuje odnaleźć ją w pozostawionych przez nią rzeczach i domowych sprzętach jakby nie do końca do mnie przemawiał. Brakowało mi takiej głębi spojrzeniai i warstwy emocjonalnej. O wiele bardziej natomaist spodobała mi się Uprawa roślin południowych metodą Miczurina autorstwa Weroniki Murek. Autorka zadbała o rozbudowanie fabuły mimo pozostania przy konwencji eseistycznej, a losy, jakie spotkały jej bohaterów naprawdę mnie intrygowały. W następnej kolejności przeczytałam również Fikcję jako możliwość Anny Łebkowskiej, którą oceniam jednak raczej jako przeciętną. Ciekawą pozycją majową okazał się być dla mnie Wypiór Grzegorza Uzdańskiego, pisany na poły prozą, na poły w formie poematu dygresyjnego. Autor nie bał się rzucić zupełnie nowego, skądinąd bardzo oryginalnego spojrzenia na postać Mickiewicza, który w jego wykonaniu jest dość wiekowym już wampirem za dnia pomieszkującym w szafie, przy okazji rujnując związek dwójki innych bohaterów. Ogromnie spodobało mi się tak ciekawe ujęcie tej postaci, widać w tym bowiem kreatywność i zamysł twórczy, który wręcz kipi oryginalnością! Maj był więc miesiącem w dużej mierze poświęconym literaturze studenckiej, za to niezwykle oryginalnej, w którym przeczytałam aż 10 pozycji!
 
W czerwcu natomiast, z racji zbliżającej się sesji przeczytałam całkiem sporo poezji współczesnej, w tym Drogą panią Schubert Ewy Lipskiej, Było minęło Juliana Kornahausera oraz Chirurgiczną precyzję Stanisława Barańczaka. Zagłębiłam się również szerzej w gatunek esejów i reportaży zaczytując się w Melancholii. O tych co nigdy nie odnajdą straty Marka Bieńczyka oraz Białą gorączkę Jacka Hugo-Badery, które bardzo mi się spodobały, choć może nie na tyle bym jakoś szczególnie zakochała się w reportażach. Niemniej, bardzo polubiłam ten gatunek. Udało mi się również skończyć lekturę Dziecka salonu Janusza Korczaka z czego jestem absolutnie zachwycona! Mój "sposób na Korczaka" okazał się trafiony i dzięki temu mam tą książkę już za sobą! Trudno natomiast jest mi jednoznacznie stwierdzić, czy książka mi się nie podobała, choć początek zdecydowanie do najlepszych nie należał, a przez całą drugą połowę nie było też lepiej. Niemniej, mając na względzie ideę, jaka przyświecała napisaniu tej książki, oceniam ją raczej na taką "średnią" niż do gruntu pozycję "złą". W następnej kolejności sięgnęłam po nowe tłumaczenie Ani z Zielonych Wzgórz Lucy Maud Montgomery, tym razem w przekładzie Anny Bańkowskiej, w której to wykonaniu tytuł brzmi Anne z Zielonych Szczytów i po zapoznaniu się z powieścią, stwierdzam, że obydwa tytuły dość celnie oddają miejsce pobytu Anne. Jako osoba, która jako dziecko zaczytywała się w typowo spolszczonej serii o  Ani z Zielonych Wzgórz, gdy tylko zobaczyłam wspomnianą sagę w nowym przekładzie byłam dość sceptycznie nastawiona do niego, w duchu przekonując się, że to już nie będzie taka sama historia. Potrzebowałam czasu, a z racji tego, że mam entuzjastyczną osobowość i ciekawą nowych rzeczy, postanowiłam jednak dać Anne szansę. Miałam jednak rację, historia Anne zawiera całkiem sporo nowszych informacji, których brakuje tej spolszczonej wersji, niemniej, jest też bliższa oryginałowi Montgomery. Przyznam szczerze, iż to nowe tłumaczenie mnie urzekło i już w kolejnym wpisie będzie o tym więcej! W międzyczasie ponowiłam lekturę Promyczka autorstwa Kim Holden i sięgając do tej książki już 4 albo nawet i 5 raz stwierdzam, że magia tej książki nigdy nie przemija! Będąc już po skończonej sesji, rozpoczęłam natomiast Alyssę i czary pióra A.G.Howard, która przynajmniej na razie bardzo mi się podoba. Czerwiec zakończyłam więc wynikiem 8 przeczytanych książek!

Tym samym w maju i czerwcu przeczytałam w sumie aż 17 pozycji, co przy dość mocno ograniczonym czasie i zbliżającej się sesji uważam za imponujący wynik!
  1. Galatea, Madeline Miller;
  2. Śnieg, Stanisław Przybyszewski;
  3. Życie na Korei, Andrzej Sosnowski;
  4. Antologia Zebrało się śliny;
  5. Mniejsze zło, Andrzej Sapkowski;
  6. Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-young <recenzja>;
  7. Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha;
  8. Uprawa roślin  południowych metodą Miczurina, Weronika Murek;
  9. Fikcja jako możliwość, Anna Łebkowska;
  10. Wypiór, Grzegorz Uzdański;
  11. Droga pani Schubert, Ewa Lipska;
  12. Było minęło, Juliana Kornahausera;
  13. Chirurgiczna prezycja, Stanisław Barańczak;
  14. Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty, Marek Bieńczyk;
  15. Biała gorączka, Jacek Hugo-Bader;
  16. Dziecko salonu, Janusz Korczak;
  17. Anne z Zielonych Szczytów Lucy Maud Montgomery w przekładzie Anny Bańkowskiej <recenzja 05.07.2023!>
  18. Promyczek, Kim Holden <recenzja>
  19. Alyssa i czary, A.G.Howard <recenzja niebawem!>


Podczas minionych dwóch miesięcy przeczytałam wiele naprawdę świetnych tytułów, z chęcią wciągnęłam się w gatunek reportażu, który czytam raczej rzadko. Niemniej chyba nikogo nie zdziwi, jeśli tytuł "Najlepszych Książek Miesiąca" otrzymają Promyczek Kim Holden oraz Anne z Zielonych Szczytów w przekładzie Anny Bańkowskiej.

  • Promyczek, Kim Holden - ta książka jest ze mną od naprawdę dawna i to na tyle długo, bym wyrobiła już sobie nawyk sięgania po nią w poszukiwaniu inspracji. Mam osobowość zbliżoną do Kate, bohaterki książki, toteż czasami czuję potrzebę przypomnienia filozofii cieszenia się dniem i przysłowiowego "carpe diem!", a nikt inny jak właśnie panna Promyczek w pełni żyje tą dewizą. Pomimo, że powtarzam tą książkę już nimela po raz piąty, nadal mocno mnie ona porusza. Podziwiam styl pisania Holden oraz to, że potrafi wycisnąć ze mnie tyle emocji!
  • Anne z Zielonych Szczytów w przekładzie Anny Bańkowskiej - dobrze jest wrócić do książki, którą zna się z dziecięcych lat, a wyobraźni Anne mało jaka inna postać literacka jest w stanie dorównać (chociaż Lazlo z Marzyciela faktycznie by potrafił). Nowe tłumaczenie Bańkowskiej jest po prostu cudowne i wszystkie pewne nieścisłości lub niuanse zostają w tym tłumaczeniu wyjaśnione. Miło jest zobaczyć Anne tak bliską oryginalnej wersji!

 

Niewątpliwie idealnym pretendentem do kategorii "Najgorszych Książek Miesiąca" będzie Dziecko salonu Janusza Korczaka.

  • Dziecko salonu Janusza Korczaka - przyznam szczerze, że okropnie się z tą pozycją męczyłam. Rozumiem ideę i walkę o demokratyczne traktowanie sierot i w pełni ją popieram, ale sposób w jaki Korczak wplótł ją do swojej książki zdecydowanie mu się nie udał. Podczas lektury doskwierało mi poczucie znużenia i niemal natychmiast miałam ochotę odłożyć ją na półkę. Gdyby nie mój "sposób na Korczaka" pewnie męczyłabym ją dalej. Szczęśliwie jednak ta pozycja już za mną!

 CO W LIPCU 2023?

Z racji tego, iż mam już mniej więcej rozplanowane, jak chcę poprowadzić moją pracę magisterską, zarówno pod względem literackim, jak i badawczym (terapeutyczna moc kreowania fantastycznych światów literackich w pracy, inaczej arteterapia, osób z zaburzeniami lub określonymi predyspozycjami psychicznymi, jak przykładowo WWO), w lipcu skupię się na wybranych do niej pozycjach, choć nie zabraknie również oczywiście pozycji, jakie będę musiała czytać do pracy w Wydawnictwie.  Jak widać na grafice, moje plany na lipiec są dość obfite, co tylko wzmaga moją ekscytację na możliwości przeczytania tak intrygująco zapowiadających się pozycji! Lipiec zapowiada się baśniowo i magicznie, gdyż w kontekście pracy magisterskiej, mam w planach powtórzyć lekturę Marzyciela Laini Taylor, a ponadto zapoznać się z pozycją A.G.Howard Alyssą w krainie czarów, Za niebieskimi drzwiami Marcina Szczygielskiego oraz Baśniową opowieściami Stephana Kinga. W następnej kolejności czekają mnie lektury bardziej "obyczajowe" i znów reportażowe, jak chociażby Pusty las Moniki Sznajderman czy Czytając Polskę Kingi Dunin. Później z kolei zamierzam sięgnąć po Opowieści galicyjskie Andrzeja Stasiuka oraz Poczwarkę Doroty Terakowskiej, a także spróbować zapoznać się z Columbine Dave'a Cullena.



 

Czytaj dalej »
on 04 lipca 0
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, stosik książkowy, zapowiedź
Nowsze posty
Starsze posty

05 maja

Podsumowanie Kwietnia 2023

Zanim się obejrzałam nadszedł słoneczny maj i długo wyczekiwana studencka przerwa. W moim wypadku była ona niemal w całości wypełniona spotkaniami rodzinnymi, a także spotkaniami z Przyjaciółką i wspólną wycieczką do Rudna i podziwiania Zamku Tenczyńskiego, także majówkę spędziłam w bardzo aktywny, zdrowy i satysfakcjonujący mnie sposób. Wprawdzie nie udało mi się zrealizować wszystkich moich planów czytelniczych, jednakże i tak jestem kontent, gdyż udało mi się przeczytać większość z tych najważniejszych pozycji.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:
Na przełomie maja i kwietnia rozpoczęłam również oglądanie kilku interesujących mnie pozycji serialowych, między innymi The Crown, The Umbrella Academy, It is okay, not to be okay, Hyouka i jeszcze kilkoma innymi. Sądzę więc, że jeśli po frapującym okresie przygotowań do sesji, zaliczeń i projektów najdzie mnie ochota na dłuższe zakopanie się w serialowym świecie, będę miała sporą pulę propozycji.

Kwiecień spędziłam w sposób iście rzetelnej studentki, w zasadzie przeczytałam niemal wszystkie ważniejsze na ten miesiąc pozycje na zajęcia z Krytyki Literackiej oraz przeczytałam pozycję, na którą polowałam już od dłuższego czasu. Miniony już okres "trochę zimy, trochę lata" rozpoczęłam z dość ciekawą pozycją, jaką był Kieszonkowy atlas kobiet autorstwa Sylwii Chutnik, w sumie była to jedna z książek, która przypadła mi do gustu, choć nie określiłabym jej mianem nawet świetnej, ale zaledwie dobrej pozycji. Powieść została podzielona na cztery rozdziały, spośród których każdy zawiera osobną historię czterech różnych kobiet o imieniu Maria oraz wariantach tego imienia. O ile pierwsza historia podobała mi się zdecydowanie najbardziej i bardzo mnie wciągnęła, o tyle, im dalej czytałam, tym bardziej ogarniało mnie poczucie pewnego zniesmaczenia. Sylwia Chutnik stworzyła historię dobrą, ale pozbawioną polotu, który sprawiłby, że oceniłabym tą pozycję znacznie wyżej. Kolejną pozycją po jaką sięgnęłam była Antologia. Zebrało się śliny wydana przez Biuro Literackie skupiająca w sobie współczesne dzieła poezji polskiej. Nie powiem, żebym po tej lekturze została nagle fanką współczesnej liryki, niezmiennie lepiej czuję się w formach prozatorskich i raczej wolę typową  "poezję piękną" z okresu Romantyzmu czy Młodej Polski, ale kto wie, być może zachwyci mnie współczesny kunszt liryki amerykańskiej? Na mojej półce w kolejce znajdowały się Guguły Wioletty Grzegorzowskiej, pozycja, na którą miałam ogromną chęć już od dłuższego czasu. I słusznie, ponieważ niniejsza książka zachwyciła mnie swoją historią, a konkretnie bogatą paletą wspomnień z dzieciństwa autorki.

W następnej kolejności sięgnęłam po Zwał Sławomira Shutego, który - muszę to szczerze przyznać - absolutnie mnie nie zachwycił i to na tyle, że jak na tak krótkie dzieło liczące ok. 200 stron, musiałam męczyć się z nim tydzień. Styl autora mocno pachnie oniryzmem, dodatkowo sama historia utrzymana jest w mocno negatywnym tonie, przez  co niejednokrotnie nie potrafiłam się zmusić, aby czytać dalej. Później z kolei dokończyłam wspominaną w poprzednim podsumowaniu Szkołę po japońsku Kumiko Makihary, o której mam same pochlebne opinie, o czym pisałam zresztą <tutaj>. Następnie sięgnęłam po wybitną i świetną powieść, na ten moment chyba najlepszą z  serii książek azjatyckich, mianowicie Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young, która jest wyjątkowa w każdym aspekcie literackim i psychologicznym. Urzekła mnie zarysowana w niej głębia relacji, jaka tworzy się między Yun-su, a Yu-jeong. Książka pod każdym względem niezwykła i warta przeczytania! Ostatnią pozycją kwietniową było opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, Mniejsze zło, które jak dla mnie nie wyróżniało się jednak niczym szczególnym, ale było ciekawym doświadczeniem spotkania z tym pisarzem i to na tyle, że raczej chętnie skuszę się na inne jego opowiadania. Tym samym w kwietniu przeczytałam 7 książek, co jest dość sporym i satysfakcjonującym wynikiem.

 
  1. Kieszonkowy atlas kobiet, Sylwia Chutnik;
  2. Antologia. Zebrało się śliny. Nowe głosy z polski, wydane przez Biuro Literackie;
  3. Guguły, Wioletta Grzegorzowska;
  4. Zwał, Sławomir Shuty;
  5. Szkoła po japońsku, Kumiko Makihara <recenzja tutaj>;
  6. Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-young <recenzja tutaj>;
  7. Mniejsze zło, Andrzej Sapkowski.
W tym miesiącu pretendentów do tytułu "Najlepszej Książki Miesiąca" jest aż dwóch, a są to: Nasze szczęśliwe czasy pióra Gong Ji-young oraz Guguły Wioletty Grzegorzowskiej.
  • Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-young <recenzja>
W mojej recenzji wielokrotnie podkreślam, jak ważna jest głębia spojrzenia autorki na wydarzenia, jakie ukształtowały Yun-su oraz Yu-jeong. Rany doznane w dzieciństwie mocno rzutowały na ich późniejsze dorosłe życie. Autorka w przepiękny sposób ukazuje, jak nawiązanie relacji z osobą, która rozumie wnętrze drugiej osoby okazuje się kluczowe do przebaczenia samemu sobie. Nasze szczęśliwe czasy poruszały mnie niemal na każdej stronie i długo nie pozwolą o sobie zapomnieć. Książka absolutnie wyjątkowa!
  • Guguły, Wioletta Grzegorzowska
Niniejsza powieść tchnie duchem przeszłości i skłania Czytelnika do zagłębienia się w obrazy z PRL-owskiej wsi położonej na Jurze Częstochowskiej. Bardzo zaskoczyły mnie tak mocno zakorzenione tam zarówno chrześcijańskie wierzenia, jak i pewne stare przesądy stanowiące fundament kulturowy tamtejszej społeczności. Grzegorzowska niezwykle sprawnie operuje językiem, widać w nim nostalgię za latami dzieciństwa przeplataną z elementami baśniowości i czaru uroków polskiej wsi. Nie jest to pozycja w jakiś sposób wybitna, jednakże zdecydowanie daje wgląd na życie naszych rodziców/dziadków w dobie PRL-u. Książka jak najbardziej warta przeczytania!

W kwietniowej odsłonie mam również pretendenta do tytułu "Najgorszej Książki Miesiąca" i chyba nikogo nie zdziwi fakt, iż będzie nim Zwał Sławomira Shutego.
  • Zwał, Sławomir Shuty
Powiedzieć, że ta pozycja była trudna i tak byłoby określeniem trochę na wyrost. Proza Shutego już od pierwszych stron w moim odczuciu była mocno nijaka, zbyt silnie zakorzeniona w tematyce nużącej i depresyjnej, przez co niejednokrotnie po prostu odkładałam ją na półkę i zabierałam się za inną, ciekawszą pozycję. Dodatkowo warstwa oniryczna, którą autor zarzuca Zwał w drugiej połowie wcale nie poprawia sytuacji, a jedynie wprowadza większy zamęt, przez co jeszcze trudniej się ją czyta.

CO W MAJU 2023?
Z racji, że moje majówkowe plany wypełnione zostały spotkaniami z bliskimi, ten "krótki" (u mnie aż tygodniowy) okres wypełniłam sobie takimi pozycjami, które mogę przeczytać stosunkowo szybko. Dokończyłam więc rozpoczęte jeszcze w kwietniu Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young, pozycję, która wywarła na mnie niesamowite wrażenie i na której recenzję serdecznie zapraszam <tutaj>. Następnie rozkoszując się faktem darmowego dostępu do platformy Legimi (to przywileje studiowania! :D) zaopatrzyłam się w dość imponującą kolekcję pozycji (dzięki temu znalazłam pozycję Uprawa roślin doniczkowych metodą Miczurina autorstwa Weroniki Murek, niedostępną w uczelnianej bibliotece, a konieczną na zajęcia z krytyki literackiej), jak również mnóstwo innych ciekawych dzieł, które z pewnością przydadzą mi się podczas przedzierania się przez meandry pracy magisterskiej. Przeczytałam również Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego oraz  Śnieg Stanisława Przybyszewskiego, a także (nareszcie!) Galateę pióra Katarzyny Miller, na którą polowałam już od dłuższego czasu. Przeczytałam również Rzeczy, których nie wyrzuciłem pióra Marcina Wichy. Aktualnie jednak wracam do pozycji studenckich i spośród nich zamierzam przeczytać następujące pozycje (wymieniam również te przeczytane):
  1. Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-young;
  2. Życie na Korei, Andrzej Sosnowski;
  3. Śnieg, Stanisław Przybyszewski;
  4. Galatea, Katarzyna Miller;
  5. Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Marcin Wicha;
  6. Fikcja jako możliwość, Anny Łebkowskiej;
  7. Dziecko zagubione w rzeczywistości, Alfred Brauner;
  8. Powieść postmodernistyczna, Brian McHale;
  9. Oliwer Twist, Charles Dickens;
  10. Dziecko salonu, Janusz Korczak - na powieści Korczaka mam już sposób i myślę, że okaże się on skuteczny;
  11. Dzieci ulicy, Janusz Korczak;
  12. Zgliszcza, Klaudia Muniak;
  13. Uprawa roślin doniczkowych metodą Miczurina, Weronika Murek;
  14. Wypiór, Grzegorz Uzdański;
  15. Imperium, Ryszard Kapuściński;
  16. Prowadź swój pług przez kości umarłych, Olga Tokarczuk;
  17. Anne z Zielonych Sczytów, Lucy Maud Montgomery w nowym przekładzie Anny Bańkowskiej - rozpatrując fenomen Anne jako postaci z WWO przy badaniach magisterskich, natknęłam się na informację, iż w rzeczywistości saga o rudowłosej była adresowana do dorosłych, a błąd i interpretacja mienia postaci jako "Ania" spowodował, że została ona zaklasyfikowana jako powieść dla dzieci i młodzieży. Zapoznawszy się z darmowym fragmentem stwierdziłam zresztą, że Ania i Anne to w zasadzie dwie różne bohaterki, aczkolwiek posiadające pewne cechy wspólne.
Jak widzicie po mojej nieco długiej liście, w maju spotkam się przeważnie z autorami polskimi, za to poznam ich z perspektywy różnych gatunków. Trzymajcie za mnie kciuki!

Czytaj dalej »
on 05 maja 1
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, stosik książkowy, zapowiedź
Nowsze posty
Starsze posty

01 maja

O kilku azjatyckich książkach, jakie ostatnio przeczytałam

Zgodnie z obietnicą, dziś planowany post o kilku azjatyckich książkach, które niedawno przeczytałam. Pozycje te nie są może jakoś bardzo zróżnicowane względem regionu - są to dwie koreańskie książki oraz jedna japońska, za to, jeśli chodzi o tematykę zdecydowanie nie można by określić tego zbioru mianem homogenicznego. Zaskakujące, jak wiele ostatnio odkrywam "nowych" obliczy azjatyckiej kultury w literackich odsłonach, z drugiej strony to tylko dowodzi mojej fascynacji dalekowschodnim folklorem. W dzisiejszym poście nie zabraknie dość specyficznej tematyki, od motywów społecznych i japońskiej edukacji poprzez klimaty wojny i wykluczenia społecznego. Przyznaję jednak, że twórczość Han Kang nieustannie ostatnio przewija się wokół mnie, bo i tym razem będę pisać o innym, za to długo wyczekiwanym dziełem tej pisarki.

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

  • Nadchodzi chłopiec - Han Kang
Tak, jak wspominałam, dzieła twórczości Han Kang ostatnio bardzo często wpadają w moje żądne lektury czytelnicze łapki, ale w przypadku tej książki byłam ogromnie ciekawa, w jaki sposób autorka zrealizuje poruszany tam wątek dziesięciodniowej masakry w 1980 roku w południowokoreańskim Kwangju. Kang poraziła sobie z tym zadaniem rewelacyjnie i tak jak wspominałam, po lekturze, Wegetarianki, o której pisałam w poprzednim poście poświęconym stosikom książkowym, byłam ogromnie ciekawa porównania ze sobą tych dwóch pozycji. Nadchodzi chłopiec jednak definitywnie okazał się być jeszcze lepszą pozycją niż Wegetarianka, co sprawiło, że chętnie skuszę się na inne pozycje autorstwa Han Kang.

Koreańska pisarka ponownie odważnie sięgnęła po dość trudną tematykę, czyniąc główną osią fabularną wydarzenia z 1980 roku, a konkretnie masakrę ludności cywilnej w Kwangju. Młody chłopiec Tongho ginie od kul, mimo iż wyszedł z budynku z podniesionymi dłońmi niczym białą flagą. To właśnie jego śmierć w dużej mierze wyznacza linię fabularną tej książki. Jednocześnie autorka prezentuje niezwykle ważną kwestię, mianowicie działań opresyjnych ze strony państwa skierowanych ku obywatelom i jednocześnie tak radykalnych, że do stłumienia oporu należało użyć wszelkiej dostępnej broni. 

Warstwę fabularną Nadchodzi chłopiec budują przede wszystkim wspomnienia oraz narracje różnych postaci odnoszące się do wydarzeń zarówno przed śmiercią Tongho, jak i po niej, a także snują własne opowieści o swoich losach. Nie ulega wątpliwości, że postać niewinnie zabitego chłopca w niesamowity sposób spaja narrację dzieła Kang, jego śmierć jest na ustach wszystkich Koreańczyków. Choć stanowi ona główny wątek powieści, ten właściwy moment następuje dopiero w połowie książki, a jej pierwszą część wypełniają wydarzenia sprzed masakry pozwalające uzyskać choć połowiczny obraz wydarzeń z 1980 roku. Opowieści innych postaci, jak i samego Tongho budują pewne specyficzne napięcie, jakie rzuca się w oczy już od pierwszych stron książki, a zarazem zachęcają czytelnika do dalszego zapoznawania się z lekturą. Ów motyw opowieści tworzy wartką akcję, dzięki czemu książkę czyta się szybko, choć niekoniecznie lekko ze względu na poruszaną tematykę.

Autorka Wegetarianki zabłysnęła językiem właśnie w Nadchodzi chłopiec, gdzie poprzez specyficznie skonstruowaną narrację stworzyła dzieło opowiadające o masakrze ludności cywilnej w sposób niezwykle poruszający. Przyznam szczerze, że po lekturze Wegetarianki spodziewałam się bardziej suchego i mniej emocjonalnego języka, tymczasem Nadchodzi chłopiec jest wyjątkowo subtelny, a przez to tak wyjątkowy. Spodziewałam się krwawych, drastycznych, groteskowych momentów, co dostałam wprawdzie, jednakże nie w roli tak bezpośredniego opisu. Han Kang w swojej książce sięgnęła znacznie głębiej, stworzyła powieść o wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli ową masakrę i na podstawie ich retrospekcji pokusiła się o napisanie dzieła wyrażającego nie tyle indywidualny charakter straty, co zbiorową tragedię. Aspekt tragiczności został zresztą o tyle wyeksponowany, że Kang nie ograniczyła swojej narracji do wyłącznie żyjących postaci, ale użyczyła również głosu zmarłym, w tym także dzieciom. Ujawnia to jej pisarską wrażliwość i niezwykle ubogaca powieść. Nadchodzi chłopiec jest więc bez wątpienia dziełem, które porusza do głębi ogromem tragedii, ale też wyjątkowo subtelną i pięknie smutną odsłoną literacką.

Nadchodzi chłopiec wyróżnia się również niebanalnie stworzonym klimatem. Han Kang uczyniła wprawdzie masakrę z 1980 roku motywem głównym, jednak to wspomnienia tych, którzy ją przetrwali oraz udzielenie głosu duszom zmarłych świadczy o wyjątkowości tego dzieła i ukazuje głębię spojrzenia autorki, jak również jej odwagę i śmiałość, by wypróbowywać taką tematykę we współczesnej prozie. Zaskakująco łatwo jest zagłębić się w klimat stworzony przez Kang, choć dominującą emocją, jaki towarzyszy lekturze jest smutek, to jednak specyficzna narracja pisarki nadaje jej nadziei na lepszą władzę, bądź przyszłość, a zarazem pozwala celebrować pamięć o tych, którzy (niesłusznie) odeszli.

Nadchodzi chłopiec to wyjątkowa pozycja, nad którą jednak trzeba rozważyć, nim usiądzie się do napisania opinii. Nie jest to powieść łatwa, ale z pewnością jest wyjątkowa i na swój sposób tragicznie piękna. Książka Han Kang na długo pozostaje w sercu każdego Czytelnika.

Moja ocena: 9/10. :)
  • Szkoła po japońsku - Kumiko Makihara

Po lekturze Nadchodzi chłopiec miałam ochotę na stosunkowo lekką pozycję, choć nie mniej fascynującą. Mój wybór padł na Szkołę po japońsku autorstwa Kumiko Makihary, co okazało się być kolejnym strzałem w dziesiątkę nie tylko ze względu na moje zainteresowania kulturą japońską, ale miało także związek z moim wykształceniem psychologiczno-pedagogicznym. Dzięki temu mogłam uzyskać szerszy wgląd na tzw. "edukację japońską" i zestawić ją z edukacją amerykańską, o której w powieści Makihary jest mowa, jak również z modelem polskiego kształcenia. Różnice, jakie zaobserwowałam są ogromne i na dobrą sprawę, każdy model edukacyjny ma swoje plusy i minusy, a system japoński niekoniecznie jest tym najdoskonalszym. Byłam zaskoczona, ponieważ potrzebowałam przebrnąć przez jakieś 50 stron tej książki, aby na dobre się w nią wciągnąć, a kiedy mi się to udało, pozwoliłam się oczarować elokwentnemu językowi Makihary.

Edukacja w Japonii to prawdziwe dążenie do doskonałości i pragnienie dołączenia do elity społeczeństwa. Prestiżowa szkoła, oczywiście "jak najlepsza", to szczyt marzeń każdego japońskiego rodzica. Kumiko Makihara od samego początku odstająca od japońskich standardów, poważyła się na mocno nietypowe posunięcie, poślubiając Amerykanina, a następnie adoptując wraz z nim dziecko z Kazachstanu. Droga edukacji ich syna Taro to prawdziwa droga przez mękę, od dumy z powodu dostania się do wymarzonej placówki, po niezliczone godziny nauki do trudnych egzaminów, a także dążenia do przynależności do grona "doskonałych japońskich matek".

Japońska edukacja jawi się przede wszystkim jako droga do osiągnięcia doskonałości, perfekcji w każdej formie oraz pewnego konformizmu w postaci jak najmocniejszego ujednolicenia wychowanków. Karność oraz dyscyplina w szkole japońskiej są na porządku dziennym, a wszelka niedoskonałość jest niwelowana i postrzegana w kategoriach ogólnej porażki tak rodzica, jak i dziecka. Niesforność Taro okazała się przeszkodą w osiągnięciu upragnionej przez Kumiko perfekcyjności, w obliczu wychowywania syna, matka staje przed trudnym zadaniem: rozdzieleniem miłości macierzyńskiej i wytyczenia drogi dla swojego dziecka pośród japońskich konwenansów. 

Wspominałam, że potrzebowałam chwili, aby na dobre wciągnąć się w lekturę i móc się nią rozkoszować. Myślę, iż w dużej mierze wynikało to z rozbieżności między systemami edukacyjnymi, polskim i japońskim, które wyzierają z tej książki niemal od pierwszych stron. Moje zainteresowanie kulturą Japonii pozwoliło mi jednak w pewnej mierze przezwyciężyć ów rozdźwięk, choć przyznaję, momentami ciężko było mi zaakceptować nader drastyczne metody i wymogi edukacyjne azjatyckiej placówki. O ile podobała mi się wpajana dzieciom idea samodzielności i rzetelności, na przykład samodzielne sprzątanie klas, inicjatywy szkolnych przedsięwzięć, o tyle pewnych aspektów po prostu nie byłam w stanie zaakceptować, w tym nieustannego dążenia do perfekcyjności i surowej dyscypliny, w tym kar cielesnych, a także wykluczenia społecznego, jakie stosowane są wobec uczniów, którzy w jakiś, nawet minimalny sposób odstają od reszty klasy. 

Kumiko Makihara decydując się na opowiedzenie swojej historii o drodze edukacji swojego syna, odsłania wiele prawd o japońskim systemie edukacyjnym, który zwłaszcza w placówkach elitarnych jest na porządku dziennym. Obserwowanie zmagań Taro i jego matki spaja fabułę, której nadrzędną osią pozostaje życie skoncentrowane na jak najwyższych wynikach szkolnej edukacji, a niepowodzenia i sukcesy małego bohatera napędzają akcję, sprawiając, że chce mu się kibicować. Jakkolwiek różnice między polskim, a japońskim systemem edukacyjnym pozostają wręcz rażące. Japonia celebruje perfekcję, doskonałość, a przy tym stawia zarówno rodzicom, jak i dzieciom wymagania niemalże niemożliwe do spełnienia. Zbiorowość, konformizm i postawa harmonijna przy zastosowaniu wszelkich reguł grzecznościowych zostają mocno zaakcentowane na każdej stronie niniejszej książki, kreując tym samym niepowtarzalny klimat, demaskujący perfekcyjną naturę Japończyków. 

Interesujące okazuje się również zaprezentowanie modelu amerykańskiej edukacji, jakiego podejmuje się sama Kumiko Makihara wysyłając Taro do gimnazjum w USA, gdzie panują diametralne różnice w systemie edukacji, a wolność i jednostkowa celebracja indywidualności wiodą prym. W Japonii jakiekolwiek odstępstwa byłyby nie do pomyślenia, gorszące społeczeństwo, z kolei w USA "wolność jest prawdziwą wolnością". Co ciekawe, tak silny rozdźwięk nie odbił się jakoś źle na samym Taro, choć zarówno on, jak i Kumiko dość mocno odczuli tę różnicę.

Japończycy znani są ze swojego oszczędnego i wyważonego stylu, co zresztą mocno zostało uwydatnione w niniejszej pozycji, gdzie wiele kwestii nie jest wyrażonych w sposób dosadni, ale pośredni w zawoalowany, pozbawiony polaryzacji. Szkoła po japońsku to książka, która w dużej mierze jest dziełem autobiograficznym, w którym autorka podejmuje się próby rozliczenia z własną przeszłością, jak również stara się odnaleźć własne "ja" zagubione na płaszczyźnie kulturowej, zdobytym wykształceniu i poczuciu indywidualności jako odrębna jednostka. Mimo to, sam język jest w odbiorze niezwykle przyjemny i jeśli tylko Czytelnik ma w sobie odrobinę otwartości i tolerancji, to z łatwością dostrzeże piękno niniejszego dzieła.

Szkoła po japońsku to pozycja, do której warto jest mieć nie tylko ciekawe nastawienie względem japońskiego systemu edukacji, ale przede wszystkim otwartość na skrajnie różne wartości, jakie dominują w azjatyckim społeczeństwie. Dla mnie, jako Komparatystyki z wykształcenia, nasycona autobiografią historia Kumiko i Taro była nie tylko ciekawym doświadczeniem multikulturowym, ale pozwoliła mi też porównać ze sobą polskie, japońskie oraz amerykańskie standardy edukacyjne. Doszłam do wniosku, że jednak polskie szkoły sytuują się gdzieś po środku, nie mamy wprawdzie tak silnych nawyków perfekcjonistycznych ani konformistycznych, ani też tak drastycznie wpojonej karności, jaka cechuje japońską edukację, ale nie mamy również przysłowiowej celebracji wolności i tak wysokiego poczucia tolerancji dla indywidualizmu jak w modelu amerykańskim. Polski system jest gdzieś po środku i także nie jest idealny, a nawet wymagałby zaczerpnięcia niektórych metod z obydwu wspomnianych systemów, to jednak na całe szczęście nie zasadza się na tak wymuszonej jednakowości i uniwersalizmie, ani na tak wolnościowym podejśiu jak Amerykański. Pozycja doskonała dla pedagogów, osób zainteresowanych komparatystycznym podejściem do systemów edukacji, a także tych, którzy interesują się Japonią.

Moja ocena: 8/10. :)
  • Nasze szczęśliwe czasy - Gong Ji-young
Na Nasze szczęśliwe czasy autorstwa Gong Ji-Young trafiłam za sprawą mojej Przyjaciółki, która bardzo polecała mi tą pozycje, podobnie zresztą było w przypadku Nadchodzi chłopiec. Spośród opisanych w tym wpisie książek, to właśnie Nasze szczęśliwe czasy określiłabym jako pozycję, która spodobała mi się najbardziej. Jest to bowiem niezwykła historia, która tak jak powyżej zrecenzowane dzieła mocno porusza serca.

Na kartach niniejszej książki Gong Ji-Young przedstawia niezwykłą opowieść o relacji skazańca z wyrokiem śmierci, młodego Yun-su oraz Yu-jeong, młodej kobiety, pochodzącej z bogatej rodziny, którą życie naznaczyło cierpieniem i poczuciem odrzucenia przez własną rodzinę. Jej pogarda dla świata i nienawiść izolują ją od społeczeństwa, a jedyną osobą, z którą Yu-jeong jest w stanie zbudować jakąkolwiek relację jest ciotka Monika, siostra zakonna. To właśnie ona od 30 lat odwiedza skazańców i odpowiada nie tylko za proces ich resocjalizacji, ale również obdarza ich matczynym uczuciem, którego często nie byli w stanie zaznać. Ciotka Monika doprowadza do spotkania Yun-su i Yu-jeong, którzy odkrywają, że jest coś, co ich łączy: smutek, który powoduje, że między tą dwójką tworzy się specyficzna więź. Czego mogą się od siebie nawzajem nauczyć i wzmocnić łączące ich uczucie mając na spotkania przeznaczony jedynie jeden dzień w tygodniu? Czy miłość i przebaczenie mogą odmienić ich życie?

Autorka nie tylko odważnie sięga po dość niekonwencjonalną i trudną tematykę, ale właśnie wykorzystując tak dramatyczną sytuację usiłuje ukazać naturę człowieczeństwa. Zarówno Yun-su, jak i Yu-jeong nie mieli w życiu łatwo, co pchnęło ich do podjęcia radykalnych kroków. Akcja dzieje się tuż przed 1998 rokiem, gdy kara śmierci wciąż jeszcze obowiązywała, co dodatkowo determinuje nastrój pewnego współczucia dla Yun-su, który pomimo tego, o co go oskarżano, wciąż pozostaje człowiekiem, któremu ciotka Monika chce ukazać, iż ma on szansę na odkupienie swoich win. Autorka unika wartościowania postaw moralnych bohaterów, skupiając się na chrześcijańskich motywach wybaczenia, żalu i samoakceptacji. 

Muszę przyznać, że wyszło jej to niesamowicie, ponieważ dramatyzm sytuacji bohaterów z każdą kolejną stroną się pogłębia, a Czytelnik, w tym wypadku i ja, szczerze współczuje postaciom i gorąco trzyma za nich kciuki. Choć w utworze motyw chrześcijański jest obecny, nie jest on wyeksponowany w fanatycznej odsłonie, a z takimi opiniami niestety się spotkałam. Gong Ji-yeong nie traktuje chrześcijaństwa jako jedynej drogi odkupienia, bardziej chodzi o gruntowną samoświadomość własnych błędów i pragnienie ich odkupienia.  Autorka eksponując w swoim dziele wątki autoagresji i samonienawiść, jednocześnie kreśli przepiękny obraz wewnętrznej przemianu, jaka dokona się wówczas, gdy człowiek zaakceptuje fakt bycia doskonałym w swojej niedoskonałości. Religia nie jest tutaj jedynym wyznacznikiem przebaczenia i miłości, czy też jako system nie jest nim w ogóle, ale podstawą jest właśnie ów samoświadomość. W ten sposób Gong Ji-yeong maluje przepiękną historię o odkupieniu, wykorzystując przy tym niebanalną fabułę powieści.

Tym, co w dużej mierze kreuje wartką i płynną akcję tej książki jest rozbudowana warstwa emocjonalna, dzięki której to ta specyficzna relacja między Yun-su, a Yu-jeong  zostaje wysunięta na plan pierwszy. Rozwój wzajemnej relacji tej dwójki to coś naprawdę niesamowitego i wspaniałym doświadczeniem była możliwość jej obserwowania. Tak, jak wspominałam w tle ciągle widoczny jest tragiczny aspekt powieści, której [dość oczywisty spoiler] szczęśliwe zakończenie z góry skazane jest na porażkę, co tylko dodatkowo wzmacnia uczucie empatii wobec bohaterów. 

Nasze szczęśliwe czasy wbrew pozorom nie są pozycją w jakikolwiek sposób łatwą, ale właśnie przez to wymowa dzieła tak bardzo zapada w pamięć. W zasadzie jej tragiczność zasadza się na kilku wątkach, od zaniedbanego dzieciństwa Yun-su, po pozornie szczęśliwe życie Yu-jeong, wschodzącej gwiazdy i wziętej piosenkarki, która boryka się nie tylko z problemami emocjonalnymi wynikającymi z doświadczenia przemocy seksualnej i fizycznej, ale również z piętnem odrzucenia przez własną rodzinę. Autorka stroni od pięknych słówek i ukazywania iluzji "pięknego, bogatego życia" lub też wartościowania kary śmierci jako zasłużonej i należnej "najohydniejszym przestępcom", unika jakiejkolwiek polaryzacji i skupia się na tym, aby dotrzeć do głębi, piękna każdego człowieka bez kategoryzacji na "dobry i zły". Gong Ji-young wkłada te słowa w usta Yu-jeong jako swoiste przesłanie książki: wszyscy są równi, każdy zasługuje na drugą szansę.

Styl niniejszej pozycji również jest o tyle specyficzny, że autorka nie tylko podzieliła narrację na tą z perspektywy Yun-su i Yu-jeong, ale też dodatkowo wzbogaciła ją poprzez dodanie kartek z pamiętnika, swoistej spowiedzi i historii skazanego bohatera. Muszę przyznać, że obydwie perspektywy bardzo mocno mnie urzekły, ale historia Yun-su opowiedziana w dość niekonwencjonalny sposób z wykorzystaniem narracji niemalże dziecięcej, była po prostu rozczulająca. Ogromnie współczułam małemu Yun-su tragedii dzieciństwa, z którą musiał się on mierzyć. Jak można się domyślać, autorka bardzo sprawnie operuje stylem bogatym w emocje, przy czym nie są one jakieś hiperboliczne, czy stonowane, są za to głębokie i poruszające. Proza Gong Ji-young w dużej mierze oparta jest na wierze w przebaczenie, w zmianę ludzkiej natury niekoniecznie poprzez odwoływanie się do religii czy etyki moralności, ale właśnie na samoakceptacji i świadomości, że każdy człowiek popełnia błędy. To wszystko sprawia, że język Naszych szczęśliwych czasów wciąga i czaruje Czytelnika swoim niekiedy smutnym, ale pełnym nadziei pięknem.

Nasze szczęśliwe czasy to niezwykła powieść zbudowana w dużej mierze przez bogatą warstwę emocjonalną, jaka wyziera się z niemal każdej strony, trafiając tym samym głęboko do serca Czytelnika i pozostając tam na długo. Gong Ji-young stworzyła powieść silnie osadzoną na kanwie wzajemnego odkupienia i przebaczenia tym, którzy zawinili, a czasem nawet samemu sobie. Wymowa tej książki porusza i przenika do głębi, emocjonalnie porusza i oczyszcza duszę. To nie tylko bardzo dobry kawałek literatury wysokiej, to przede wszystkim powieść, o której się nie zapomina. Bardzo chciałabym sięgnąć po kolejne dzieła tej autorki i liczę, że kiedyś one powstaną, wówczas z pewnością od razu po nie sięgnę!

Moja ocena: 10/10. :)

Tematyka poruszanych w tym wpisie książek jest nieco zróżnicowana, a co więcej niekiedy głęboko przejmująca. A literatura, która potrafi dotknąć serca Czytelnika, nie tylko poprzez trudną tematykę, ale również poprzez przepiękny, wrażliwy sposób jej oddania, jest prawdziwym skarbem. Zarówno Nadchodzi chłopiec Han Kang, jak i Nasze szczęśliwe czasy Gong Ji-young to powieści, które pokochałam całym sercem i, o których na pewno nie prędko zapomnę!




Czytaj dalej »
on 01 maja 0
Podziel się!
Etykiety
Azja, Japonia, obyczajowe, psychologiczne, reportaż, stosik książkowy, współczesność
Nowsze posty
Starsze posty

01 kwietnia

Podsumowanie Marca 2023

Kwiecień rozpoczął się obietnicą pięknej i słonecznej pogody, i mam szczerą nadzieję, że ta obietnica zostanie w najbliższym czasie spełniona. Od końca marca miałam już mniej więcej pomysł na to, co chcę przeczytać w kolejnym miesiącu i jakie ciekawe serialowe produkcje wpadły mi ostatnio w oko (Nocny agent oraz Przed kim uciekamy mamo?). Moja lista czytelnicza zawiera w sobie jak zwykle całkiem sporo pozycji, co mnie bardzo cieszy, tym bardziej, że literatura współczesna ostatnio zajmuje szczególne miejsce na moim Wydziale, a to daje mi możliwość połączenia przyjemnego z pożytecznym). Myślę więc, że kwiecień okaże się bardzo ciekawym pod względem czytelniczym miesiącem! Szczerze mówiąc, w marcu zabrakło mi nieco czasu na przeczytanie wszystkich pozycji z listy, choć i tak uważam, że przeczytałam całkiem sporo, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia rodzinne, dlatego uważam, że mogę być z siebie dumna! Nie przedłużając zatem, zapraszam na podsumowanie marca 2023!

NALEŻY CZYTAĆ PRZY PIOSENCE:

Marzec zdecydowanie należał do kategorii miesiąca z dominacją pozycji osadzonych w kulturze azjatyckiej z motywami amerykańskiego i polskiego thrillera. Nadchodzi chłopiec Han Kang był świetnym otwarciem mojego kolejnego cyklu  azjatyckiej literatury, co oznacza, że niebawem znów szykuje się wpis typu "O trzech książkach, które ostatnio przeczytałam", tym razem z motywami zarówno Korei, jak i Japonii. W minionym miesiącu miałam przyjemność zapoznać się ciekawą pozycją monograficzną, mianowicie Światotwórstwo w fantastyce autorstwa Krzysztofa Maja, która stanowiła punkt wyjścia dyskusji wokół prac magisterskich na seminarium. Pozycja szalenie ciekawa, za to momentami napisana tak zawile, że szczerze przyznaję, iż dotarłam zaledwie do jej połowy. W międzyczasie miałam dość wątpliwą przyjemność ponownego spotkania z twórczością Doroty Masłowskiej i jej Wojny polsko-ruskiej, która mówiąc szczerze bardzo mi się nie spodobała, i utwierdziła mnie w przekonaniu, że z własnej woli na pewno już po jej dzieła nie sięgnę. Przyznaję, sama idea zawarta w tej książce jest zrozumiała, natomiast sposób w jaki została napisana zdecydowanie pozostawia wiele do życzenia. 

Następnie sięgnęłam po Terapię Klaudii Muniak, która niestety okazała się być dla mnie pozycją dość mocno rozczarowującą (ale nie na tyle by spróbować jej twórczości w nowym dystopijnym wydaniu, jestem zdecydowana przeczytać Zgliszcza!). Moje zamiłowanie do psychologii okazało się w tym wypadku nie wystarczające i w zasadzie kwestia poczytalności głównej bohaterki już od kilku pierwszych stron podskórnie wyczuwałam, co się święci (zresztą, miałam rację). Żałuję, że autorka nie stonowała nieco objawów głównej postaci lub chociaż wyciszyła pewne wzorce jej zachowań, wówczas zakończenie nie byłoby aż tak przewidywalne. 

Rozkoszą czytelniczą okazał się być dla mnie Pacjent Jaspera DeWitta, książka, na którą polowałam niemalże od chwili jej premiery! Byłam absolutnie oczarowana tą książką, co ważniejsze w pełni usatysfakcjonowała ona moje psychologiczne zachcianki i literackie miłostki. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam, to takie, że zakończenie wydawało mi się urwane w trakcie (najwyraźniej przeczytałam ją zdecydowanie za szybko) i bardzo chciałabym wiedzieć coś więcej o dalszym życiu Parkera. 

Zwieńczeniem marcowych przygód okazała się być iście psychologiczna pozycja, jaką jest Enneagram w działaniu pióra Kathleen V. Hurley we współpracy z Theodore'm E. Dobson'em. Dla mnie, pasjonatki psychologii sięgnięcie po tą pozycję okazało się być strzałem w dziesiątkę! Nie tylko otrzymałam dogłębny opis każdego z dziewięciu typów, ale również pytania, które mogły pomóc w identyfikacji swojego typu (przynajmniej mam już niemal jasność co do swojego typu w triadzie intelektu (typ 6w7), drobne wątpliwości, co do triady instynktu (typ 1w2 lub 9w1) oraz całą gamę możliwości, jeśli chodzi o typ serca (prawdopodobnie typ 2w1). Zatem najprawdopodobniej byłabym typem 1w2-2w1-6w7 (126, Wspierający) lub 2w1-9w1-6w7 (296, Dobry Samarytanin lub 279, Rozjemca). Co jeszcze bardzo mi się spodobało, to zarys historii i rozwoju tej psychologicznej teorii. Zdecydowanie polecam tą pozycję każdemu, kto chciałby przybliżyć sobie teorię enneagramu oraz podjąć próbę zidentyfikowania swojego typu. Na przemian z Enneagramem w działaniu przeczytałam jeszcze Szkołę po japońsku Kumiko Makihary, która bardzo mi się spodobała. Autorka klarownie ukazała różnice kulturowe, głównie amerykańskie i japońskie, także te odnoszące się do sposobów wychowania, jak i edukacji, co więcej, zrobiła to w bardzo ciekawy sposób. Tym samym, w marcu przeczytałam aż 6 pozycji! :)

  • Nadchodzi chłopiec, Han Kang <recenzja zbiorcza w O książkach azjatyckich, które ostatnio przeczytałam>
  • Wojna polsko-ruska pod flagą białoczerwoną, Doroty Masłowskiej
  • Enneagram w działaniu, Kathleen V. Hurley
  • Szkoła po japońsku, Kumiko Makihary <recenzja zbiorcza w O książkach azjatyckich, które ostatnio przeczytałam>
  • Pacjent, Jasper DeWitt <recenzja tutaj>
  • Terapia, Klaudia Muniak <recenzja tutaj>

Na tytuł "Najlepszej Książki Miesiąca" zdecydowanie zasługuje:

  • Pacjent, Jaspera DeWitta
Naprawdę dawno nie czytałam tak wciągającego thrillera medycznego i to już chyba od czasów Pacjentki Alex Michaelides, o której zresztą pisałam na blogu i można ją znaleźć w spisie recenzji. DeWitt słusznie okazał się być nazywany następcą Michaelides, gdyż zarówno sam jego pomysł na powieść, jak również ciekawy styl pisarski sprawiły, że byłam tą powieścią oczarowana. Żałuję jedynie, że powieść tak szybko się skończyła i chętnie pokusiłabym się na kontynuację!

Jeśli czytaliście ten wpis uważnie, to zapewne zauważyliście moje rozczarowanie Wojną polsko-ruską Doroty Masłowskiej, która tym samym idealnie kwalifikuje się do tytułu "Najgorszej Książki Miesiąca".

  • Wojna polsko-ruska pod flagą białoczerwoną, Dorota Masłowska
Za twórczością Masłowskiej nie przepadałam już od momentu, gdy na pierwszym roku studiów przeczytałam jej dramat Między nami dobrze jest. O ile jeszcze sam dramat i sztukę mogłam jeszcze znieść, o tyle zetknięcie się ze stylem niniejszej pisarki na kanwie prozatorskiej okazało się już od pierwszych stron skazane na porażkę. Sposób pisania tej pisarki, jej styl wypowiedzi zdecydowanie do mnie nie przemawiają i raczej wątpię, by kiedyś miało się to zmienić.

CO W KWIETNIU 2023?

Kwiecień oficjalnie już się rozpoczął, co więcej dla mnie z dość mocnym przytupem czytelniczym, przez co mam na myśli oczywiście nowe, czytelnicze plany miesięczne. Wprawdzie kilka pozycji zdążyłam już przeczytać i mam je już za sobą (Zwał Shutego, Kieszonkowy atlas kobiet Sylwii Chutnik oraz Szkołę po japońsku Kumiko Makihary). Jak można zauważyć po liście pozycji zaplanowanych na ten miesiąc, kilka z nich to tytuły o niewielkiej objętości (Guguły Grzegorzowskiej) i niekoniecznie utwory prozatorskie (antologia Zebrało się śliny). Z pomocą aplikacji Focus To Do rozplanowałam sobie czytanie poszczególnych pozycji i mam ogromną nadzieję, że uda mi się je wszystkie przeczytać. Kwiecień zapowiada się więc jako czytelniczy i pracowity miesiąc, czyli w zasadzie miesiąc idealny <3. Wesołych świąt i trzymajcie za mnie czytelnicze kciuki!

 

  1. Fikcja jako możliwość, Anna Łebkowska
  2. Dziewczynka w baśniowym lesie, P.Peju
  3. Oliwer Twist, Charles Dickens
  4. Dziecko salonu, Janusz Korczak
  5. Dzieci ulicy, Janusz Korczak
  6. Dziecko zagubione w rzeczywistości, Alferd Brauner
  7. Dworska tancerka, Shin Kyung-Sook
  8. Guguły, Wioletta Grzegorzowska
  9. Zebrało się śliny. Antologia
  10. Zgliszcza, Klaudia Muniak
  11. Nasze szczęśliwe czasy, Gong Ji-young
  12. Ciemno, prawie noc, Joanna Bator
  13. Prowadź swój pług przez kości umarłych, Olga Tokarczuk
  14. Kieszonkowy atlas kobiet, Sylwia Chutnik
  15. Zwał, Sławomir Shuty.
Czytaj dalej »
on 01 kwietnia 1
Podziel się!
Etykiety
podsumowanie, stosik książkowy, zapowiedź
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

O AUTORCE

O AUTORCE
27 - letnia Magister Polonistyki-Literaturoznawstwa. Z zamiłowania książkoholiczka, literaturoznawczyni i blogerka, rysowniczka, a także miłośniczka języków obcych i azjatyckich dram. Kto wie, może i w przyszłości także pisarka? Możliwości jest mnóstwo! :) Aktualnie spełnia się dziennikarsko pracując w redakcji WUJ-a oraz współpracując z wydawnictwami jako recenzentka. Przyszła bibliotekarka i biblioterapeutka, która uczy się języka migowego.

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

Cytat, określający mnie chyba najlepiej

BIBLIOTECZKA

https://lubimyczytac.pl/ksiegozbior/MiegxQJv6H

PRZECZYTANE

W tym roku chcę przeczytać...

W tym roku chcę przeczytać...
#Wyzwanie LC 2026#

Recenzje/Wpisy planowo

* "Żywe serce", Piotr Pawlukiewicz * "Genialne umysły", Jennifer Lynn Barnes * "Studium zatracenia", Ava Reid * "Burza", Sunya Mara * "Obiekty głębokiego nieba", Jakub Małecki Następne tytuły wpisów podam niebawem! :)

Znajdź mnie!

  • Lubimy Czytać
  • Strona na facebooku
  • Twitter
  • Instagram

Szukaj na tym blogu

Statystyka

Subskrybuj

Posty
Atom
Posty
Komentarze
Atom
Komentarze

Obserwatorzy

Popularny post

  • Kącik serialowy: Moon Lovers: Scarlet Heart Reyo- magia księżyca
    Tytuł oryginalny:   달의 연인 – 보보경심 려 Tytuł (latynizacja):   Dalui Yeonin – Bobogyungsim Ryeo Tytuł (alternatywny):  Time Slip: Rye...
  • Kącik serialowy: Goblin, Guardian: The Lonely and Great God- potęga przeznaczenia
    Tytuł oryginalny:   도깨비 Tytuł (latynizacja):   Dokkaebi Tytuł (alternatywny):  Goblin: The Lonely and Great God Gatunek:   fantasy, m...
  • "Shinsekai Yori"- Yuusuke Kishi
    tytuł oryginału: 新世界より tłumaczenie: Z Nowego Świata wydawnictwo:  Kōdansha data wydania: 23 stycznia 2008 liczba stron:870 sło...

Archiwum

  • ▼  2026 (19)
    • ▼  sie 2026 (3)
      • Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ru...
      • "Powroty" - ksiądz Piotr Pawlukiewicz
      • "Niewidzialne życie Addie LaRue" - Victoria E. Schwab
    • ►  lip 2026 (1)
    • ►  cze 2026 (3)
    • ►  maj 2026 (3)
    • ►  kwi 2026 (6)
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (2)
  • ►  2025 (13)
    • ►  wrz 2025 (1)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (4)
    • ►  lut 2025 (2)
  • ►  2024 (11)
    • ►  gru 2024 (1)
    • ►  lis 2024 (1)
    • ►  lip 2024 (1)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (2)
    • ►  kwi 2024 (2)
    • ►  mar 2024 (1)
    • ►  sty 2024 (2)
  • ►  2023 (31)
    • ►  gru 2023 (2)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (4)
    • ►  wrz 2023 (3)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (2)
    • ►  kwi 2023 (1)
    • ►  mar 2023 (5)
    • ►  lut 2023 (5)
    • ►  sty 2023 (1)
  • ►  2022 (46)
    • ►  gru 2022 (5)
    • ►  lis 2022 (4)
    • ►  paź 2022 (4)
    • ►  wrz 2022 (5)
    • ►  sie 2022 (6)
    • ►  lip 2022 (6)
    • ►  cze 2022 (1)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (3)
    • ►  mar 2022 (5)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (2)
  • ►  2021 (38)
    • ►  gru 2021 (2)
    • ►  lis 2021 (4)
    • ►  paź 2021 (3)
    • ►  wrz 2021 (3)
    • ►  sie 2021 (4)
    • ►  lip 2021 (4)
    • ►  cze 2021 (1)
    • ►  maj 2021 (2)
    • ►  kwi 2021 (2)
    • ►  mar 2021 (2)
    • ►  lut 2021 (6)
    • ►  sty 2021 (5)
  • ►  2020 (49)
    • ►  gru 2020 (3)
    • ►  lis 2020 (2)
    • ►  paź 2020 (4)
    • ►  wrz 2020 (4)
    • ►  sie 2020 (6)
    • ►  lip 2020 (5)
    • ►  cze 2020 (3)
    • ►  maj 2020 (2)
    • ►  kwi 2020 (5)
    • ►  mar 2020 (5)
    • ►  lut 2020 (6)
    • ►  sty 2020 (4)
  • ►  2019 (66)
    • ►  gru 2019 (6)
    • ►  lis 2019 (4)
    • ►  paź 2019 (5)
    • ►  wrz 2019 (9)
    • ►  sie 2019 (9)
    • ►  lip 2019 (6)
    • ►  cze 2019 (5)
    • ►  maj 2019 (6)
    • ►  kwi 2019 (2)
    • ►  mar 2019 (3)
    • ►  lut 2019 (5)
    • ►  sty 2019 (6)
  • ►  2018 (59)
    • ►  gru 2018 (5)
    • ►  lis 2018 (5)
    • ►  paź 2018 (7)
    • ►  wrz 2018 (9)
    • ►  sie 2018 (7)
    • ►  lip 2018 (3)
    • ►  cze 2018 (8)
    • ►  maj 2018 (2)
    • ►  kwi 2018 (2)
    • ►  mar 2018 (3)
    • ►  lut 2018 (3)
    • ►  sty 2018 (5)
  • ►  2017 (5)
    • ►  gru 2017 (4)
    • ►  lis 2017 (1)

Polecany post

Spędź tydzień z Bogiem (i wspólnotą)! Wakacje z Ruchem Czystych Serc (relacja)

Napisz do mnie w sprawie recenzji/artykułu/wywiadu :)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Etykiety

Japonia (13) King (3) Murakami (6) PLOTKARA (3) Zafon (5) anime (3) arabia (1) autobiografia (5) baśnie (22) dla nastolatków (24) drama (5) fantasy (66) historyczne (32) holocaust (1) klasyk (22) klasyka dla nastolatków (11) klasyka dziecięca (2) komedia- czarny humor (12) kultura słowiańska (5) medyczne (5) mit (3) miłość (39) obyczajowe (123) podsumowanie (81) postapo (23) psychologia (31) psychologiczne (49) romans (53) science-fiction (23) stosik książkowy (34) sztuka (4) tag (2) thiller (26) thriller (14) wojna (9) współczesność (104) zapowiedz (27) zwierzęta (3) świat komiksu (1) święta (5)

Nie kopiuj, szanuj cudzą własność!!!

Prawa Autorskie

Zabraniam kopiowania MOICH tekstów i zdjęć bez uprzedniego zezwolenia.

Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych za kradzież tekstów, czy zdjęć bez upoważnienia autora przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 2-ch i/grzywnę.

Bardzo proszę o uszanowanie mojej pracy.

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Z Dziennika Książkoholiczki. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.